• Tłumacz języka migowego
Ratownictwo i ochrona ludności Paweł Rochala

Obrazy z oblężonego miasta

20 Maja 2022

Wojna ukraińska, mimo niektórych nowoczesnych środków walki, prowadzona jest w sposób taktycznie zacofany. Prowadzi to do ogromnych strat w infrastrukturze. Najbardziej cierpią ci, o których dobro trwa walka, czyli cywile. Artykuł opisuje stan na 14 kwietnia 2022 r. 

Po półtora miesiąca walk można wyciągnąć kilka wniosków, które nie będą nieuprawnionymi uogólnieniami. Wojna ta, choć odbywa się dosłownie na tych samych terenach, gdzie w czasie II wojny światowej dochodziło do wielkich bitew manewrowych, kiedy strony po dwa razy zdobywały Charków bez jego całkowitego zniszczenia, przypomina raczej tę zimową z Finlandii. Z tym że Finowie potrafili niszczyć całe unieruchomione dywizje sowieckie, nim doszły do miejsc wrażliwych militarnie. O stronie ukraińskiej nie można tego powiedzieć.

Aktualne pozostają spostrzeżenia co do palności budynków i sposobów ich zapalania wskazane w poprzednim artykule, jednak zdarzeń jest wielokrotnie więcej, a strażaków widać mniej, za to bywają w kamizelkach kuloodpornych.

23 marca 2022 r. Autobusy ustawione przez obrońców ukraińskiego batalionu Azow, aby utrudnić posuwanie się w głąb miasta siłom rosyjskim i prorosyjskim/ fot. Maximilian Clarke / SOPA Images / Shutterstock (12863989l) / Rex Features / East NewsDoszło do ostrzałów obiektów cywilnych pełnych szukających tam schronienia cywilów: szpitali, szkół, dworców kolejowych, teatrów, budynków mieszkalnych. Tłumaczenie, że był tam jakiś umundurowany człowiek, jest tłumaczeniem żadnym, bo jakie zagrożenie dla agresora może mieć nawet kilku żołnierzy, przechodzących jako patrol porządkowy obok szpitala położniczego? Za sprawą wielokrotności takich przypadków nie można już mówić o pomyłkach, wadach sprzętu, niesubordynacji itp., zresztą ani razu Rosjanie nie tłumaczyli swoich działań w ten sposób. Po prostu nie przyznają się do zbrodni, mówiąc wprost, że wszelkie te zdarzenia zainscenizowali Ukraińcy.

Poza działalnością terrorystyczną, rozkazami psychopatów czy decyzjami podejmowanymi pod wpływem strachu lub środków odurzających zniszczenia wynikają, jakkolwiek to zabrzmi, ze zwyczajnej logiki wojny. Przyjrzyjmy się tej właśnie logice, która występuje zawsze, w każdej wojnie. Myślenie inaczej, czyli liczenie na szlachetność wroga, jest szkodliwym myśleniem życzeniowym, bo oznacza nieprzygotowanie do wojny, a zatem spotęgowanie cierpień ludności cywilnej. 

Bezwzględna logika wojny

Widzimy na filmach kręconych z dronów rosyjskie czołgi i transportery opancerzone rozbijane tak z powietrza, jak i z zasadzek bezpośrednich czy za pomocą ognia artylerii. Niestety, znaczna część tych zwycięstw odbywa się w terenie zabudowanym. Dlaczego?

Odpowiedź jest prosta - dla żadnego wojska nie liczy się ludność, tylko teren. Wojna najbardziej niszczy te obszary, na których zatrzymuje się wojsko. Jej logika jest logiką obrony lub zajmowania terenu. Ludność na tym terenie znajduje się na własne nieszczęście. Osiedla ludzkie mają tę wojskową zaletę, że w nich najłatwiej się ukryć. Również w zasadzce, bo z im mniejszej odległości się strzela, tym łatwiej trafić. Widzimy zatem pojazdy niszczone z ręcznych granatników przeciwpancernych, pociskami wystrzeliwanymi spomiędzy opłotków, z zamaskowanych między zabudowaniami czołgów oraz przez ostrzał artyleryjski, sterowany z podglądem na żywo, okładający ogniem zabudowę i stacjonującego pośród niej przeciwnika.

Widzimy przypadki najbardziej udane. Wielce wymowne jest, że ani razu nie widzimy dalszych skutków zniszczenia najwyżej trzech, czterech pojazdów z kilkunastu, a zatem śmiertelnego nastraszenia kilkudziesięciu uzbrojonych żołnierzy, jadących w pojazdach ocalałych. Załogi w pozostałych czołgach mają po 40 nabojów, więc jeśli spanikują, są w stanie zużyć je wszystkie w pięć minut. Zwycięska zasadzka, jeśli nie prowadzi do zniszczenia lub wzięcia do niewoli całego oddziału wroga, zmienia się więc w bezsensowny militarnie ostrzał odwetowy, niszczący miejscową zabudowę. Sens nazywa się: „dowaliliśmy im za to, co zrobili” - z tym że jednak nie tym, co zrobili.

Bo gdy nie miało się żadnych linii obronnych, dopuszcza się przeciwnika blisko wielkich miast. A wtedy nie pozostaje nic innego, jak z zabudowy podmiejskiej uczynić linię frontu. Bo jeśli nie, pozostają walki miejskie, czyli wielokrotnie większe skutki niszczące.

Omawialiśmy poprzednio pożary dwóch budynków w Borodziance, według stanu na 10 marca. Przez tę miejscowość kilkukrotnie przetoczyły się walki frontowe. Tam już nie ma żadnych całych budynków. Podobnie będzie z Mariupolem. Jego zabudowa jest zniszczona praktycznie w całości, gdyż nawet stojące budynki są uszkodzone, częściowo wypalone i nadają się do rozbiórki. Rosjanie zajęli w walkach ulicznych połowę miasta. Zasadniczo Mariupol został stracony znacznie wcześniej - gdy się okazało, że wojska ukraińskie nie są w stanie przerwać oblężenia. 

Ostrzał nękający jest ostrzałem niszczącym

W taktyce rosyjskiej mieści się ostrzał nękający osiedli ludzkich. Nie ma on nic wspólnego z wyzwalaniem ludności, za to z jej podbojem - tak. Sens militarny jest tu tylko terrorystyczny, mianowicie wystraszenie ludności cywilnej, spowodowanie u niej cierpień, a co za tym idzie - pozbawienie poczucia sensu jakiegokolwiek oporu, bo może być jeszcze gorzej. Zaznaczyć należy, że ostrzał ten zasadniczo nie ma na celu likwidacji tej ludności, tylko zastraszenie. Ofiary padają „przy okazji”, niemniej idą w setki i tysiące. Zresztą w wielu przypadkach trudno mówić o jakiejkolwiek sensowności takiego ostrzału.

Ostrzał nękający odbywa się dniem i nocą. Nie są to pojedyncze pociski, gdyż do takich ludzie zbyt łatwo się przyzwyczajają. Są to serie powtarzających się wybuchów. Pocisk uderza w jakiś budynek, inny o dwa budynki dalej. Jeszcze jeden gdzie indziej. I tak kilkanaście do kilkudziesięciu wybuchów w mieście czy dzielnicy. Jest to co najmniej kilka, kilkanaście poważnych pożarów dziennie, a jeśli pomnożyć to przez wiele dni - kilkaset. Nawet strzelającemu może się wydawać, że to niewiele, jednak spustoszenia są duże. Gdyby miesięczny ostrzał Charkowa lub Mariupola ześrodkować w jeden dzień, byłby spektakularnym aktem barbarzyństwa, podobnie jak całodzienne bombardowanie Warszawy 25 września 1939 r. (630 ton bomb burzących i zapalających w jeden dzień). Zresztą z uwagi na skutki bombardowania Warszawa wówczas skapitulowała, ponosząc straty oblężenia pośród ludności cywilnej wynoszące 10 tys. zabitych i 60 tys. rannych. Obecnie mówi się o 20 tys. zabitych cywilów w Mariupolu.

W przypadku miast ukraińskich agresor udaje, że nie dokonuje bombardowania. Tymczasem prowadzi je codziennie, doprowadzając „wyzwalanych” ludzi na skraj odporności nerwowej, a przy tym systematycznie pozbawiając dorobku życiowego oraz, nierzadko, możliwości egzystencji na poziomie cywilizowanym. Nawet gdyby wojna zakończyła się w tej chwili, a rosyjskie wojska wycofałyby się, to nowego dachu nad głową potrzebowało będzie około 6-10 mln ludzi.

Co charakterystyczne, miejscowości na zapleczu tych działań nie były zniszczone, co pokazują obrazki z terenów na północ od Kijowa, z których Rosjanie się wycofali. To również jest logika wojny - jeśli gdzieś nie strzelano, to zniszczeń brak. 

Przetrwać w Mariupolu

Przekazy z tej wojny są głównie emocjonalne. Oburzenie to słuszne uczucie, jednak warto wiedzieć, z jakimi problemami w razie czego trzeba będzie sobie radzić i o środkach zaradczych pomyśleć zawczasu. Zwłaszcza że mamy sporo etatów, obsadzonych po to tylko, by takie środki przewidywać. Niestety, jak wynika z mariupolskiej opowieści, improwizować się nie da. Do wojny trzeba się przygotowywać całymi latami, a nawet dekadami.

Niniejsza treść przygotowana została na podstawie opowiadania Anny Mirnej (Anna Mirnaja) z Mariupola - osoby łatwej do identyfikacji, bo ogłaszającej się w Internecie jako trenerka fitness i modelka, przy tym do wojny bardzo dalekiej od spraw militarnych. Teraz mówi ze znajomością rzeczy na kanale youtubowym Lery Winogradowej, mieszkającej od kilku lat w Krakowie Ukrainki z Mariupola. Kanał ten do wybuchu wojny przedstawiał uroki życia w Polsce.

Dla tych niewielu, którzy interesowali się wojnami, niżej przytoczone obrazy życia cywilnej ludności w oblężonym mieście nie będą nowością.

Wojna zaczęła się we Mariupolu na samym początku, tj. 24 lutego, w czwartek. Były słyszalne wybuchy, niemniej jednak nikt się tym bardzo nie przejmował. Mało kto wyjeżdżał, bo problemów dnia codziennego nie da się ot tak zostawić w jedną godzinę. Wkrótce wyjazd pociągiem nie był możliwy - Rosjanie zniszczyli tory kolejowe. Ludzie zwyczajnie chodzili do pracy przez kilka dni, niedalekie wybuchy dotyczyły przecież innych. Dominowało uczucie przeczekiwania, bo przecież wkrótce wszystko powinno się wyjaśnić (wojna w pobliskim Donbasie trwa od 8 lat). Ale paniki nie było, szczególnie ludzie starsi nie zgadzali się na wyjazd.

Dopiero gdy doszło do blokady drogowej miasta w czwartym dniu wojny, nastroje zmieniły się na gorsze, lecz również dalekie były od paniki. Nadal dominowało poczucie tymczasowości konfliktu. Zaczęły się zakupy żywności. 1 marca zabrakło prądu, gdyż ostrzał zniszczył linie przesyłowe. Czynnikiem uspokajającym (kontakt ze światem) była możliwość naładowania telefonów, bo na chwilę przywrócono zasilanie. Od 2 marca prądu w Mariupolu już więcej nie było. Dzień później zabrakło wody. Za kilka dni ustał dopływ gazu. Zatem w ciągu pierwszego tygodnia wojny zabrakło wody pitnej, prądu i gazu. Zniknęła też łączność telefoniczna, nawet mimo naładowania telefonów, prawdopodobnie za sprawą zniszczenia stacji przekaźnikowych. Cenne były miejsca, w których dawało się nawiązać łączność.

Lodówki nie zdały się na nic, ale z uwagi na mrozy żywność przechowywano na balkonach. Najszybciej wyczerpała się zgromadzona woda pitna. Początkowo ludzie dowozili sobie wodę morską z Morza Azowskiego - służyła do mycia rąk, naczyń i spłukiwania klozetu. Po wodę nadającą się do picia po przegotowaniu chodzono do nielicznych studni z pompami zdrojowymi - pod ostrzałem.

Tak jeszcze dwa miesiące temu wyglądało to 430-tysięczne miasto na wschodzie Ukrainy. Dziś 80-90% zabudowy jest zniszczone /fot. Mrpl.travel, Wikipedia, CC BY-SA 4.0 Gotowanie jedzenia było możliwe na małym piecyku węglowym - kozie (użyto słowa „burżujka”), ustawionym na balkonie. Ojciec Anny zgromadził wcześniej zapas drewna opałowego. Inni ludzie radzili sobie tak samo lub podobnie. Pojawiły się przed domami paleniska z paru cegieł i rusztu, szczelnie zastawiane garnkami, czajnikami i patelniami (obrazek jak z powstania warszawskiego). Kluczowa była dostępność opału. Z czasem opałem stawało się wszystko, co palne. Wody technicznej również zaczęło brakować - Rosjanie ostrzeliwali brzeg morski. Naczyń używano ciągle tych samych, zaledwie je przecierając. Przestano się myć - higiena stała się nieistotna. Zabrakło leków, nie tylko dla przewlekle chorych, ale również zwyczajnych środków przeciwbólowych, uspokajających, dezynfekcyjnych i opatrunkowych.

Istotną przeszkodą w życiu były latające pociski artyleryjskie i rakietowe, których rodzaje mieszkańcy nauczyli się rozróżniać.

W miarę postępu wojny przybywało ludzi w centrum miasta, gdyż wszelkie korytarze humanitarne okazywały się ostrzeliwanymi pułapkami. Centrum wydawało się bezpieczne w porównaniu do osiedli zewnętrznych czy przedmieść, gdzie jeśli nie toczono walk, to prowadzono ciągły ostrzał. Wszystkie piwnice i schrony były zapełnione ludźmi, którzy raz do nich wszedłszy, wychodzić nie chcieli. Zatem opowiadająca i jej rodzice przeczekiwali bombardowania w mieszkaniu, bo w ich piwnicy byli obcy ludzie, znajdujący się poza tym w sytuacji gorszej od gospodarzy pod każdym względem. Charakterystyczne, jak wszyscy uciekinierzy walczyli o namiastki normalnego życia - mimo niewygód, głodu i pragnienia nie porzucali psów i kotów.

Wkrótce i w centrum zaczęły padać pociski, zmieniając życie w psychozę bombardowania. Od  pobliskiego wybuchu wypadły szyby z okien. Po zabiciu okien deskami - od następnego wybuchu wypadły deski. Nocą odbierały spokój ducha flary oświetlające - ostre światło przedostawało się szparami do mieszkań. Duży pocisk uderzył znów w sąsiedni budynek. Mieszkańcy zrozumieli, że czeka ich śmierć, bo nikt im nie pomoże. Nie da się wezwać pomocy, bo nie ma jak: pogotowie ratunkowe nie działa, szpital jest przepełniony, a dojechać do niego pod ostrzałem się nie da. Nie da się wezwać straży pożarnej, bo też już nie działa, a samemu nie zgasi się pożaru, bo nie wiadomo, jak i dosłownie nikt w całym budynku nie ma gaśnicy. W ten sposób przyszło uczucie bezradności. W dodatku do ludzi nie dochodziły żadne informacje ze świata, więc żyli wyłącznie własnym strachem.

O ile wcześniej patrzono w przyszłość z optymizmem, to z czasem pojawiło się ciężkie rozczarowanie władzami Ukrainy. Wcześniej zapowiadały one, że Mariupol miał być obwarowany. Okazał się całkowicie niegotowy do obrony. Potem obiecały przebicie się do miasta - nie podjęto takiej próby. W dodatku władze miejscowe nie informowały ludności dosłownie o niczym, a oczekiwano jakichkolwiek komunikatów przez megafony policyjne. Ludzie poczuli, że zostali opuszczeni i zapomniani przez władze. Oczekiwano końca wojny, albo choćby możliwości ewakuacji. Tak zaczęła się demoralizacja ludności. Rozumiano też jednak, że brak korytarzy humanitarnych to celowa taktyka Rosjan, którzy uruchamiając własne, pokazaliby, że są dobrzy.

Wreszcie wybór życiowy był taki: można wyjechać i zginąć od ostrzału bądź pozostać i zginąć od ostrzału. Anna zdecydowała się wyjechać 15 marca. Dołączyła do sąsiadów, którzy pojechali  samochodami wzdłuż wybrzeża na posterunki rosyjskie. Częste kontrole, co 500 m, powodowały, że przemieszczali się w tempie 10 km na dobę - szereg posterunków pokonali smrodem bijącym od niemytych od trzech tygodni uciekinierów. Wypuszczono ich na teren nadzorowany przez wojska Ukrainy. 

Wnioski

We wnioskach nie będzie nic odkrywczego. Od czasów II wojny światowej wiadomo to samo - to nie wojsko powinno zajmować się obroną cywilną. Poza tym trzeba mieć schron, coś do łączności ze światem z zapasem energii, piecyk węglowy (kominek), dużą gaśnicę lub hydronetkę, tudzież zapasy:

  • wody,
  • niepsującego się jedzenia,
  • leków i środków opatrunkowych,
  • opału,
  • środków oświetlających,
  • gier umysłowych i książek.

Trzeba mieć zestaw ewakuacyjny.

Dobrze mieć jakąś broń do obrony miru domowego.

Władze powinny wiedzieć, dokąd i jakimi środkami ewakuować ludność. Powinny umieć powołać służbę porządkową, by przeciwdziałać rabunkom oraz informować ludność o jej położeniu tudzież środkach zaradczych. Powinny umieć zagospodarować siły fizyczne i intelektualne ludności, w celu wykazania minimum ładu i dyscypliny oraz zwiększenia zasobów bezpieczeństwa.

Wojsko powinno mieć żandarmerię do przeciwdziałania maruderstwu, a linie obrony wielkich miast wyznaczać poza zasięgiem ognia artylerii taktycznej.

To są co prawda ogólne hasła, ale warto je sobie uzmysłowić. Jak je wdrożyć, przyjrzymy się w następnym odcinku - niezależnie od wyników wojny na Ukrainie.

 

bryg. Paweł Rochala jest doradcą komendanta głównego PSP

Paweł Rochala Paweł Rochala
do góry