• Tłumacz języka migowego
Pożary filmowe Paweł Rochala

Ziemia obiecana (1974)

10 Grudnia 2021

„Panie Borowiecki! Trzeba się było ubezpieczyć!” - powiedział fabrykant Zuker. Nie była to jednak rada, tylko groźba. Bo pan Borowiecki przed chwilą ukradkiem wsiadł do tej samej salonki, którą jechała do Berlina namiętna pani Zukerowa, będąca w ciąży.

Fabryka bohaterów stanęła w płomieniach. Szkoda, że nie wykupili ubezpieczenia / fot. kadr z filmu. „Ziemia obiecana”, Polska 1974, scenariusz i reżyseria Andrzej WajdaPodróż młodego fabrykanta była w sumie niezbyt rozkoszna, a skończyła się kompletną katastrofą jego przedsięwzięć biznesowych oraz innych planów życiowych. Z polecenia Zukera spłonęła ze szczętem fabryka, a zatem nieruchomości, maszyny i towary. A że ubezpieczona nie była, z dymem poszły marzenia i wkłady własne trzydziestoletnich Lodzermenschów, czyli rekinów łódzkiego biznesu: Polaka (Karol Borowiecki), Niemca (Maks Baum) i Żyda (Moryc Welt). Tym razem ich powiedzenie: „Ty nie masz nic! Ja nie mam nic! Więc razem mamy w sam raz tyle, żeby zbudować fabrykę!” - nie mogło się sprawdzić. Bo już naprawdę nie dość, że nie mieli nic, to nie mogli liczyć w Łodzi na żaden kredyt, na skutek zmowy żydowskich fabrykantów i bankierów. I nie chodziło tu o osobiste sprawy Zukera, tylko strach grubych ryb przed spodziewaną jakością produkcji Borowieckiego.

„Sorry, Winnetou, ale biznes jest biznes”

Nie był to koniec nieszczęść pożarowych: w noc pożaru zmarł stary Adam Borowiecki. Zamieszkał w Łodzi, bo obrotny syn sprzedał Kurów - resztówkę majątku szlacheckiego - chłopu, co miał łeb do interesów i dorobił się na handlu z Łodzią piaskiem i cegłami. Przed pożarem ojciec pokłócił się z synem raz o traktowanie przez niego narzeczonej, Anki, a dwa o wyrzucenie na śmietnik tożsamości: „Wy wszyscy śmiejecie się z przeszłości! Tradycję nazywacie trupem, szlachectwo - przesądem, a cnotę - zabobonem. Zaprzedaliście dusze złotemu cielcowi! Precz!”. Nie zdążyli się pogodzić. A nie kto inny, tylko ten tradycyjny ojciec wysłał Karola do gimnazjum w Warszawie i na politechnikę w Rydze, dając mu podstawy bytu niezależnego od tradycyjnej ziemi. Serialowa mowa zrozpaczonego, a zdeterminowanego na drodze życiowej syna do zmarłego ojca to jedna z bardziej poruszających scen w historii polskiej filmowej adaptacji literatury.

Trzej przedsiębiorcy: Moryc, Karol i Maks / fot. kadr z filmuNo i w istocie niekochana przez Karola, szlachetna z urodzenia i sposobu bycia Anka - czyli kolejny „przeżytek” I Rzeczypospolitej - zwróciła narzeczonemu pierścionek zaręczynowy. To akurat dało mu nie tylko wolną rękę, ale i kredyt, bo bogata niemiecka rodzina Müllerów wprost marzyła, by stać się jego wierzycielami, a panna Mada Müller chciała mu się nawet oddać w niewolę małżeńską. Co się ziściło i Herr von Borowiecki stał się najpotężniejszym fabrykantem łódzkim.
Sorry, Anka, ale biznes jest biznes.

 

Ciepły sezon

Car nadał Łodzi przywileje fabryczno-lokacyjno-podatkowe, tyczące się przemysłu włókienniczego. Lokalizacja na granicy zaboru, czyli Imperium, okazała się strzałem w dziesiątkę: kolej żelazna skróciła dystans do europejskich stolic, a więc centrów finansowo-politycznych ówczesnego świata. Moskwa była od tego świata daleko, a Łódź, reprezentująca w pewnym sensie całe Imperium, bardzo blisko.
Na skutek represji popowstaniowych Polacy stracili majątki, a młode polskie kadry inżynierskie pojechały badać Syberię - by już nie wrócić. Na łódzkim cudzie gospodarczym dorabiali się więc Niemcy i Żydzi, którzy nie mieli potrzeby walki o Polskę, choć chętnie do niej przybywali. W pierwszej fazie nie trzeba było mieć wykształcenia, tylko umieć tanio kupić, drogo sprzedać i nie lękać się nowości. I nie wahać się oszukiwać. Film pokazuje kilka postaci tej starej jeszcze daty, którzy budują pałace, bo tak trzeba, sami do życia potrzebując ciepłego kantoru, liczydła i lampy, tudzież niezdrowej dla płuc (ale tylko tak rodzą się pieniądze) atmosfery fabryki. Wchodzą już na arenę ich synowie i zięciowie, przemysłowcy nowego chowu, wykształceni w prawie, ekonomii czy naukach ścisłych, bezwzględni jak ich ojcowie, tylko już bywalcy świata. Córki i wnuczki wędrownych kramarzy czy handlarzy szmatami i świńską sierścią są teraz kształcone w obcej im kulturowo literaturze i sztuce, a przeważnie wszystkie chorują z nudów. Od tego jednak, w jakiej kulturze nudzić się zechcą, zależała będzie deklarowana narodowość ich dzieci.
To nie był stabilny świat. Jedno zawirowanie na rynku i zaczynała się seria nieszczęść. Nastawał wówczas „ciepły sezon”. W filmie i serialu już na początku owych trzech młodych muszkieterów biznesu jedzie rankiem wzdłuż ścian dogaszanej przez strażaków fabryki. Widać sporo snującego się dymu i pary wodnej, gdzieniegdzie utrzymują się jeszcze płomienie. Generalnie: skoro pożar był taki, że z całej fabryki pozostała po pożarze tylko jedna ściana, to jednak nie powinno być szyb w jej oknach. A są.
Ciepły sezon powodował, że pędzącą konną sikawkę widać było w każdym niemal odcinku serialu. Za jego sprawą odbywa się rozmowa między Borowieckim a pięknoduchem Trawińskim - Polakiem, który majątek rodzinny sprzedał, by wybudować fabrykę. Krach pośród rosyjskich kupców spowodował, że wpadł w spiralę długu. Borowiecki twardo odmawia pożyczki, tylko radzi: „Spal się” i wylicza, ilu to spaliło swoje fabryki, by wziąć odszkodowania, przetrwać najgorszy czas i postawić biznes od nowa. Trawiński nie spalił się, tylko strzelił sobie w łeb, a jego egzaltowana żona poszła jeść darmowe posiłki z koryta.
Ciepły sezon nastał w Łodzi również z tego powodu, że rząd rosyjski podniósł cła na bawełnę. Z dnia na dzień kilkadziesiąt procent podwyżki uczyniło cały handel nieopłacalnym, towary zalegały w magazynach. Zaczęła się zatem seria nieszczęść wśród ludzi najbogatszych: ataki serca, wylewy krwi do mózgu, plajty. I pożary fabryk.

Alarmowy wyjazd

Film wzorcowo pokazał ówczesny wyjazd do pożaru. Uwijający się strażacy ochotnicy jak malowani, w niebieskich uniformach, konie zaprzężone do sikawek parowych, pod którymi rozpala się ogień i do wozów rekwizytowych (czyli ze sprzętem), bijące dzwony przy pojazdach, a przed wozem strażak konny z latarnią na kiju - tak straż pożarna oznajmiała swój wyjazd. Scena jako żywo przypominała słynny i w tysiącach egzemplarzy kopiowany obraz Czesława Wasilewskiego (Zygmuntowicza) „Do pożaru!”, z tym, że działa się w biały dzień.

Strażacy dogaszają pożar fabryki / fot. kadr z filmuŁódzka Straż Ogniowa Ochotnicza końca XIX w. (założono ją w 1876 r. staraniem władz i kilku fabrykantów) przedstawiała się bardzo dobrze. Stopniowo rozrastała się o oddziały zarówno miejskie, jak i zakładowe. Straże te miały nieustanne zajęcie, bo też nie brakowało pożarów - ciepły sezon był w mieście Łodzi zjawiskiem permanentnym. Co prawda w czasach powstawania powieści „Ziemia obiecana” Łódzką Straż częściowo uzawodowiono, jednak w opisywanych czasach (1885 r., bo z akcji dowiadujemy się, że właśnie zmarł Wiktor Hugo) wszystkie oddziały miejskie i prywatne były wyłącznie ochotnicze. Na pożar celowo podpalonej fabryki niewiele mogli owi strażacy poradzić.
Herr von Borowiecki, jak mówiono o nim w pracy (nim założył własną fabrykę, był bardzo cenionym dyrektorem w fabryce Niemca Hermana Bucholtza), z obojętnością minął strażacki wyjazd do pożaru i poszedł w interesach dalej. Dla ludzi jego pokroju łódzkie pożary były elementem gry biznesowej, jak handel, produkcja, kredyty i wykalkulowane plajty. Chętnie słuchał wieści, kto się spalił i na ile, albo czy ktoś się spalił nieudolnie. Bo policja prowadziła dochodzenia, wszak ubezpieczyciele żyli z tego, żeby pobierać składki, a nie wypłacać odszkodowania. Za nieudolny pożar można było trafić do kryminału.

Ubezpieczenia

Ubezpieczenia od ognia nazywano wówczas asekuracją lub reasekuracją. Ponieważ jeden ciepły sezon niejedną już firmę reasekuracyjną rozłożył, ubezpieczyciele działali dwojako. Z jednej strony starali się dociekać, czy pożar nie wynikł z woli człowieka. Z drugiej promowali rozwiązania przeciwpożarowe, zwłaszcza w przemyśle: odpowiedni sposób budowania, szkolenia personelu, a nawet stałe urządzenia gaśnicze. To jednak - zarówno przymus, jak i postęp - miało dać efekty z początkiem XX w., a i wtedy wszystkim rządził pieniądz. Samoczynne urządzenia gaśnicze upowszechniły się za kilka lat dlatego, że ich stosowanie dawało korzyści. Czy wszędzie? Tylko tam, gdzie stawiano na solidność i długotrwałość zamierzenia. Tymczasem w Łodzi nadal budowano fabryki jednorazowe, z myślą o błyskawicznych zyskach, tudzież korzystnej plajcie lub pożarze.
Filmowa fabryka Bauma, Borowieckiego i Welta miała być trwała, ale na ubezpieczenie nie wystarczyło pieniędzy.

Pożar

Zuker był skąpy, chudy, stary i brzydki. Dorobił się na najgorszej tandecie bawełnianej i podróbkach. Kupił sobie przepiękną żonę i kochał ją, i zdobił nadmiarem diamentów, i szpecił nadmiarem słodyczy. Ta nudziła się i czynnie kochała Borowieckiego. Doniesiono o tym mężowi. Nad wyraz dramatyczną jest scena, w której stary Żyd w czarnym chałacie i jarmułce błaga eleganckiego młodego Polaka o litość, a wreszcie wyciąga z pakowego papieru spory obraz Matki Boskiej Częstochowskiej i każe mu przysięgać. Borowiecki przysiągł, a Zuker się uradował. Wkrótce jednak staremu brzydalowi świat zawalił się na głowę - tak wyczekiwane dziecko też pewnie było nie jego. Wtedy powiedział do kamery to, co już wiemy. Filmowy pożar zaczął się nocą, gdy w kolejowej salonce jadącej do Berlina trwała dwuosobowa orgietka seksualno-spożywcza. Noc przydała wydarzeniom dramaturgii, a scenariusz jeszcze więcej. Pożar zaczął się od dwóch wybuchów, które otworzyły okno w domu Borowieckiego w Łodzi. Skąd wybuchy, i to w dodatku aż dwa, w fabryce tkanin bawełnianych? Mogło się tak zdarzyć. Co prawda zwykła bawełna nie jest strzelniczą, to jednak jako pył wybucha - i to często działo się w mieście Łodzi. Ale w nowej fabryce, gdzie pył jeszcze nie zdążył się nagromadzić i obrosnąć wszelkich przedmiotów żywym kożuszkiem włókien? Mało prawdopodobne!
Można oczywiście uzasadnić wybuchy podpaleniem, ale jeden podpalacz nie był w stanie spowodować wybuchu, którego fala uderzeniowa otwierałaby okna w budynkach odległych o kilkaset metrów. Nie da się tego uzasadnić składami benzyny czy oleju napędowego, gdyż wszystkie transmisje fabryczne napędzane były centralną maszyną parową, a ta węglem. To stąd brał się w mieście Łodzi ów las wielgachnych niczym przy cegielniach kominów.
Za chwilę z ust jednego z chłopów zatrudnionych w fabryce dowiadujemy się, podobnie jak panienka Anka, że fabryka się pali. Dalej pożar widzimy oczami Anki, która wybiega z zadymionego domu w trwodze o Karola. Co widzi? Wzdłuż szpaleru wysokich płotów wiodących do fabryki równo porozkładano ogniska, wyznaczające drogę do pożaru. Wygląda to trochę jak znak świetlny, zrobiony przez partyzantów, żeby dostać zrzuty na spadochronach, bo też i sensu żadnego nie ma. Jeszcze lepiej wygląda żywa pochodnia: z pożaru ucieka człowiek cały w ogniu i ociera się o Ankę. Tak niestety bywało, cała sztuka w tym, żeby płonącego człowieka zatrzymać, przewrócić i ugasić. Tego i następnych nikt nie zatrzymywał. Anka biegnie dalej i krzyczy, przeświadczona, że jej narzeczony osobiście walczy z ogniem: „Karol! Karol!”, ale Karol nie słyszy, bo jest coraz dalej, a bardzo się nudzi w towarzystwie żarłocznej kochanki, niepięknej już. Wreszcie widać pożogę, strażacy już są, gaszą za pomocą sikawek ręcznych - troszkę za mało jest przy tym rozmachu: znać, że robią na sucho, to i nic dziwnego, że wszystko się spaliło. Nic ugasić się nie da, wszystkie piętra, w pięć minut od wybuchu, stoją w ogniu (jak ten Bum-Bum, jeden podpalacz, tego dokonał?! musiał być mistrzem w swoim fachu!). Z okien skaczą płonący ludzie, każdy na plecy.
Z drugiej strony jest to bardzo ładny, równy pożar, oparty, inaczej niż w produkcjach zachodnich, na rozstawionych tacach z cieczami palnymi, a nie na dyszach z płomieniami gazowymi. Wygląda przez to lepiej, bo płomienie są bliższe tym, które wychodzą z ciał stałych, dymu jest sporo. Tylko ta równomierność i jednoczesność są mocno podejrzane. A ci płonący ludzie, dawani widzowi w regularnych odstępach czasu, z tego samego okna, to już efekciarski nadmiar. Trochę to wszystko pachnie tandetą, choć nie aż taką, jak wyroby Zukera.
Anka spotyka przy ogniu wspólników narzeczonego. Maks walczy, wbiega w ogień, a ona niemal za nim. „Gdzie Karol?” - pyta dziewczyna zrozpaczonego Maurycego Welta. Ten odpowiada: „W Berlinie! Wysłałem telegram!”.
Rano był cud: spomiędzy murów (a wszystko się zawaliło) wyciągnięto osmalonego podpalacza, czyli Bum-Buma. Czyżby morderca wrócił na miejsce zbrodni?...
W świetle dnia zjawił się Borowiecki, deptał z przyjaciółmi zgliszcza fabryki i marzeń. A potem były przykre rozmowy, rozstania i nowe decyzje życiowe.

Zakończenie

Filmowy Borowiecki ożenił się z milionami Müllerów i został człowiekiem tak ważnym, że składano mu hołdy. To on w 1905 r. wydał rozkaz strzelania do robotników - zginęło wtedy kilkuset ludzi. Ale o tym Władysław Reymont, pisząc genialną powieść w latach 1896-1898, nie wiedział i nie pisał. I nie tylko o tym. A zatem…
Trawiński nie strzelił sobie w łeb, bo wsparł go pożyczką również Borowiecki, więc Nina Trawińska mogła do końca powieści nadaremnie uczyć żony dorobkiewiczów, że skromne jest klasowe. Jedna z owych rodzin czyni wielki „gewałt”, bo jej zięć, mąż, ojciec, stryj i wuj - wszystko w jednym fabrykancie - jest (jaka niesprawiedliwość!) uczciwym człowiekiem i nie chce korzystnie splajtować ani spalić się. W końcu jednak się spalił.
To nie ojciec Karola wygłosił tekst o pogardzie młodych fabrykantów dla humanizmu, a Karol żadnych nauk zmarłemu nie prawił. Zdanie „Trzeba się było ubezpieczyć” w ogóle w książce nie padło, bo fabryka była ubezpieczona - inaczej nie mogłaby działać. Zuker nie przyniósł ze sobą obrazu, tylko wskazał mały obrazek wiszący nad drzwiami, wtedy dostał zapewnienie i pełen szczęścia wysłał swoją niewierną Lucy do Berlina, gdzie ta wkrótce ściągnęła Karola. Co też nie było powodem pożaru, tylko motywowana plemiennie i chciwością zdrada Moryca Welta, który przystąpił do zmowy fabrykantów i bankierów, by zniszczyć przyjaciela. I nie wiadomo, kto podpalił fabrykę, a zwłaszcza nie powieściowy Bum-Bum, co za sprawą syfilisu ledwie powłóczył nogami.
Na koniec Borowiecki nie stał się najpotężniejszy, tylko potężny, a gdy już dorobił się milionów, syna i choroby żołądka, uznał drapieżne życie za przegrane i postanowił pomagać innym. A poza tym dosłownie żadni Polacy nie decydowali o strzelaniu do łódzkich robotników w 1905 r. Czy zatem warto obejrzeć film?... Tak, bo jest dziełem wybitnym, ma rozmach, zachowuje dowcip i ironię oryginału, a zdobi go muzyka Wojciecha Kilara. Ale opis pożaru i jego okoliczności lepiej przeczytać z jeszcze lepszej książki. Jak to u Reymonta, pożar jest z niebywałym talentem z życia wzięty, a wybuch ma rozsądną przyczynę. A film… Film, to nie punkt odniesienia, tylko ilustracja powieści.

st. bryg. Paweł Rochala - syn łódzkiej prządki

 

 

 

 

Paweł Rochala Paweł Rochala
do góry