• Tłumacz języka migowego
Pożary filmowe Paweł Rochala

Okręt (1981)

10 Stycznia 2022

Jeszcze nie oglądaliśmy pożaru na morzu. Najwyższy czas. Płonął będzie tankowiec. Chodzi rzecz jasna o wojnę. Uwaga! Z perspektywy niemieckiej. Czy będzie widać lepiej?

Łódź podwodna w czasie wynurzenia. Wojna na morzu uchodzi za wyjątkowo okrutną. I zwykle tak jest, póki grzmią armaty. W teorii po ustaniu ognia wróg staje się marynarzem w potrzebie: podnosi się go z morza, opatruje mu rany, daje ciepłą odzież i napitek… W praktyce, jeśli nie podniesiono rozbitków z wody, to gdy była zimna, w sposób ostateczny w ciągu kilkunastu minut rozwiązywała kwestię życia, a jeśli ciepła, to w kilka dni sprawę załatwiały rekiny.

Szczególnie okrutna i zajadła była nieograniczona wojna podwodna prowadzona w czasie drugiej wojny światowej na północnym Atlantyku. I to właśnie ona musi się stać tłem pożaru tankowca [1].

Być albo nie być

W 1940 r. Hitler panował nad kontynentalną Europą od Norwegii przez Danię, Holandię, Belgię i Francję aż po granice Hiszpanii. Anglia ocalała tylko dzięki braku lądowego połączenia z kontynentem. Nie sposób było ją zdobyć - obroniła się w powietrzu, a na morzach miała absolutną przewagę ilościową i jakościową, również w broni podwodnej. Wszelkie dywagacje na temat inwazji niemieckiej na wyspę rozstrzyga fakt, że jeden ciężki okręt liniowy mógł w kilka godzin spustoszyć całą flotę inwazyjną. Niemcy w 1940 r. mieli takich okrętów kilka we wszystkich klasach, a Anglicy kilkanaście samych pancerników.

Ale twierdze zdobywa się nie tylko bojem - również głodem. Cała potęga Anglii opierała się na handlu morskim. Zatem to nie wojenna, a handlowa marynarka stała się niemieckim celem. Początkowo realizowały ten cel niemieckie ciężkie okręty liniowe. Miały zakaz walki ze swoimi odpowiednikami z floty brytyjskiej, za to obowiązek niszczenia statków handlowych. Jeden rejs - piętnaście ofiar, tak to wyglądało. Ba! Dwie godziny strzelania i kilkanaście ofiar, jeśli napotkano na konwój. Ale Anglicy poradzili sobie, dając konwojom silną eskortę z pancerników, krążowników i lotniskowców. Dwóch takich korsarzy zatopili.

Pozostała zatem Niemcom, niczym w pierwszej wojnie światowej, wojna podwodna. Tym bardziej że po zajęciu Francji zyskali świetnie położone bazy. Mieli tylko za mało okrętów i nie odpowiadał im sposób prowadzenia wojny narzucony traktatami. Żeby zatopić bezbronny statek, okręt podwodny musiał się wynurzyć, przedstawić, dać załodze czas na opuszczenie pokładu…

W październiku 1940 r. Hitler ogłosił nieograniczoną wojnę podwodną. Nieliczne niemieckie U-Booty zaczęły odnosić spektakularne sukcesy. Niemcy zwiększyli produkcję okrętów podwodnych. Anglicy zwiększyli produkcję okrętów eskortowych, bo już zagroziły im głód i chłód.

Wilcze stada i konwoje

Strategiczne znaczenie miał północny Atlantyk, czyli szlaki wodne łączące Anglię z Kanadą i USA, po których przewożono w ładowniach statków: czołgi, samoloty, samochody, amunicję, kauczuk, paliwo, zboże oraz mięso dla ludzi i armat. Jeden statek to średnio 7 tys. ton towarów. Jeden konwój to 30 statków - siła dwóch dywizji wojska z zaopatrzeniem na miesiąc lub żywność dla Anglii na tydzień, dwa. Konwoje musiały więc płynąć, a Niemcy musieli je topić lub zawracać.

Niemcy opracowali ku temu odpowiednią taktykę, tzw. taktykę wilczych stad. Nie ma ona nic wspólnego z tym, co pokazuje się w amerykańskich filmach. U-Booty nie pływały stadami, lecz tworzyły bardzo rozproszony kordon w poprzek tras konwojowych. Po zauważeniu konwoju samotny okręt miał zakaz atakowania. Jego zadaniem było śledzenie celu z dużej odległości i nadawanie meldunków o położeniu. Inne okręty starały się zgromadzić wokół konwoju. Doganiały statki na powierzchni, napływając z różnych kierunków. Eskorta konwoju miotała się wokół, zużywając paliwo, amunicję i siły ludzkie.

Sygnał do niemieckiego ataku przychodził z centrali, gdy wokół konwoju zameldowało się kilka okrętów. Atak następował nocą, wcale nie spod wody, tylko z powierzchni - to dawało lepszy ogląd sytuacji, umożliwiało łatwiejsze celowanie, szybsze strzelanie. Najlepsi dowódcy niemieccy wpływali do środka konwoju, po czym odpalali torpedy z wszystkich pięciu wyrzutni (cztery dziobowe i jedna rufowa). „Jedna torpeda - jeden statek”, mawiał podwodny as Otto Kretschmer. Następnej nocy ponawiał atak, aż do wyczerpania torped (14 szt.).

Wojna przybrała okrutny wymiar. Zatrzymanie statku lub okrętu w celu udzielenia pomocy rozbitkom oznaczało wystawienie się na atak torpedowy. Działało to również w drugą stronę - po omyłkowym zatopieniu statku Laconia niemieckie trzy okręty podwodne udzielały pomocy ponad tysiącu rozbitkom. Nie pomogła flaga Czerwonego Krzyża - amerykański samolot zbombardował zbiegowisko.

Zatem przestano zajmować się losem rozbitków w ogniu walki, a niemieckie okręty dostały zakaz ratowania nawet rozbitków niemieckich. Anglicy, gdy zatopili pancernik Bismarck, podjęli z wody spośród 2 tys. rozbitków tylko 115 ludzi: tych, którzy zdołali schwycić i utrzymać liny ratownicze płynących okrętów. Żaden się nie zatrzymał, bo ktoś zobaczył peryskop okrętu podwodnego.

Gdyby na początku wojny U-Bootów oceanicznych było w służbie kilkadziesiąt zamiast kilkunastu, Anglicy przegraliby już w 1941 r. Ratunek przyszedł z USA. Anglicy dostali 50 wysłużonych niszczycieli: małych, powolnych, słabo uzbrojonych, ale wystarczających do zwalczania U-Bootów. Poza tym produkowali okręty eskortowe.

Najważniejszymi urządzeniami były jednak radar, echosonda oraz namiernik nadajnika radiowego. Rozszyfrowywano też niemieckie meldunki i rozkazy, więc konwoje mogły omijać wilcze stada.

Wzrost sił eskorty pozwolił na aktywne zwalczanie U-Bootów nawet daleko od konwojów. Pojawiły się na Atlantyku zespoły polujące na okręty podwodne przeciwnika, ścigające je i bombardujące do zatopienia bądź wynurzenia z konieczności, co oznaczało ostrzał ze wszystkich luf lub taranowanie, lub utraty kontaktu.

Największym wrogiem U-Bootów stały się jednak samoloty dalekiego zasięgu. I na ten właśnie etap wojny bezwzględnej, której szale na Atlantyku ważyły się w stronę przegranej niemieckiej, przypadła akcja książki Lothara Günthera Buchheima „Okręt” [2] oraz powstałych na jej podstawie filmu i serialu [1].

Okręt

Niemieckie okręty podwodne typu VII zaprojektowano do szybkiego pływania nawodnego i szybkiego schodzenia pod wodę. Bez zniszczenia osiągały głębokość 280 m. Już wtedy jednak mówiono o nich, że nie są podwodne, tylko nurkujące.

Okręt miał wielką dzielność morską i wytrzymałość na uszkodzenia, ale nie przewidziano w nim miejsca na załogę. Japońscy marynarze, którzy kilka z nich przejęli, przeżyli szok - nie można było się w nich myć. Jedna z dwóch łazienek służyła jako magazyn żywności. Prawie 50 ludzi zamkniętych w puszce, smród brudnych ciał i wyziewów, wszechobecna wilgoć i pleśń. Jeśli ktoś na coś chorował, chorowali wszyscy, np. na Okręcie na wszawicę łonową. A i tak w tej ciasnej przestrzeni wytwarzało się kilka światów, z odrębnymi zwyczajami.

Poznajemy załogę i okręt przed jego wyjściem na patrol. To niemalże autentyczne zapiski korespondenta wojennego, zaokrętowanego na jednym z „szarych wilków”. Widzimy zatem wielką ciasnotę, wręcz doznajemy klaustrofobii, nudy i czujemy smród. Autor powieści nie oszczędzał czytelnika, autorzy filmu trochę się nad widzami litowali. Towarzystwo jest typowo męskie, z poczuciem humoru skrajnie koszarowo-wulgarnym, z czasem brutalizujące jeszcze bardziej w kontaktach międzyludzkich. Tak wygląda prawie każdy męski świat, tylko nie zawsze towarzyszą mu równie ekstremalne przeżycia i zagrożenia.

Wreszcie jest szansa na zaatakowanie jakiegoś niszczyciela. Szansa zmienia się w zagrożenie. Doświadczamy kilkudziesięciu pobliskich wybuchów bomb głębinowych i kilkunastu godzin uników, na granicy uduszenia z braku powietrza i obłędu przez huk, szum i rozliczne awarie na okręcie. Potem nastaje spokój - grupa polująco-czyszcząca straciła kontakt i uznała, że wypełniła swoje zadanie. Zaczyna się sztorm, który trwa miesiąc.

Atak na konwój

Okręt wykrywa konwój. Dogania go. Skrada się za dnia pod wodą, wieczorem, korzystając z ciemnego horyzontu wynurza się i podpływa do statków. Uważna obserwacja nie ujawnia żadnych okrętów eskorty w pobliżu. Sygnał do ataku już padł. Kapitan z pierwszym sternikiem naradzają się krótko i spokojnie, czy atakować. Sternik przytaknął. Zatem U-Boot ustawia się do ataku i zwiększa prędkość.

Wszystko dzieje się bez hollywoodzkiego patosu, udręk moralnych czy szczególnego napięcia. Obecni na mostku oficerowie i podoficerowie są skupieni na swojej pracy. Mówią szeptem. Kapitan narzeka na zbyt jasne światło księżyca. Pierwszy oficer zakłada celownik do strzelań nawodnych, co przypomina lornetkę.

Wreszcie chmura przesłania księżyc. Dowódca wyznacza cele, pierwszy oficer przekłada te rozkazy na parametry odległościowo-kątowo-szybkościowe, bosman dokonuje ustawień na torpedach. Wszystko odbywa się sprawnie, bez hałasów, wątpliwości. Każdy jest skupiony na własnej czynności, potwierdzenia komend następują błyskawicznie. Rozkaz do strzału to sekwencja słów: podanie numeru wyrzutni, potwierdzenie gotowości do strzału, i podanie przez pierwszego oficera komendy „los”. Komendy zlewają się w ciąg wzajemnie zagłuszanych słów.

Spustami są zawory sprężonego powietrza.Wystrzelenie czterech torped do trzech statków trwa bardzo krótko, a już nadpływa brytyjski eskortowiec i strzela z armaty. U-Boot zanurza się alarmowo jak najgłębiej - wszyscy biegną na dziób.

Nim następuje angielski atak bombami głębinowymi, sternik wpatrzony w stoper podaje znaki, że już. Zgodnie z nimi słychać odgłosy wybuchów. Trafili, cieszą się, ale bardzo cicho - działają przecież angielskie szumonamierniki. Eskortowiec nadciąga pełną szybkością. Marynarze słyszą upiorne zgrzyty, czyli odgłosy tonięcia trafionych statków. Za chwilę przejeżdża nad nimi odgłos jak pociągu i tłumi wszystko huk wybuchu bomb głębinowych, a załoga przewraca się od wstrząsów.

Byli okładani bombami przez sześć godzin. Ale konwój odpłynął, a atakowały go inne okręty. Na tym polegało działanie wilczego stada - owczarki muszą wracać do owczarni, by bronić jej przed następnymi wilkami. Niemiecki okręt przetrwał, mimo wielu uszkodzeń. Załoga poradziła sobie z nimi. Kapitan przez peryskop obejrzał horyzont. Zobaczył łunę. Wynurzyli się. Morze było zadymione, a zarazem oświetlone na czerwono łuną pożaru odbitą w dymie. Popłynęli w stronę światła.

Tankowiec

Dla statku na morzu nie ma nic groźniejszego niż pożar. Na pokładzie jest więc mnóstwo gaśnic, hydrantów, oznaczeń kierunków ewakuacji. Ale na pożar od torpedy trudno coś poradzić.

Płonącym statkiem okazał się tankowiec. Imponujący widok i świetna rekonstrukcja. Filmowe efekty komputerowe były wówczas jeszcze w powijakach, ale sztuczki konwencjonalne doprowadzono do perfekcji. Zatem znajdujemy się na kiosku okrętu podwodnego, w odległości około kilometra od płonącego statku. Podpływamy powoli. Statek płonie od dziobu do rufy. Horyzontu nie widać, bo zasnuwa go ciężki dym, który nocą, w świetle pożaru, wygląda na siwy, a za dnia byłby czarny. Nawet laik może się zorientować, że płonie tankowiec.

Płomienie są bardzo intensywne, a co jakiś czas wystrzeliwuje w niebo pióropusz ognia - to odparowane na skutek temperatury paliwo wydostaje się jakimś otworem z ładowni w postaci gazowej i zapala od płomieni otoczenia przybierając jaśniejszą barwę. Są tu zjawiska, które oglądamy czasami w strażackim życiu przy pożarach zbiorników. Widać też paliwo płonące na powierzchni morza, ale niewiele. Więcej go rozpłynęło się za tankowcem i tworzy przez odbicie od dymu żółte tło dla leżącego na wodzie statku.

Jest bezpiecznie, więc na mostku okrętu zaroiło się od ludzi. Oprócz wachty pojawił się nasz korespondent, są też sternik, kapitan, pierwszy i drugi oficer. Wśród nich stoi również podchorąży Ullmann, czyli student szkoły wojskowej - praktyka jest bardzo ważna, za rok, dwa zostanie oficerem marynarki podwodnej, za trzy, o ile dożyje, będzie dowodził okrętem, bo na pochylniach są ich już setki.

Wszyscy patrzą na ofiarę. Kapitan ocenia, że statek ma złamaną stępkę, a więc żadnych szans na przetrwanie. Postanawia jednak poświęcić jedną torpedę. Za decyzją stoi nie tylko rozkaz stuprocentowego zatapiania statków, ale też niewypowiedziany, a bardzo racjonalny powód - łuna nocą, a dym za dnia będą niepotrzebnie wabić U-Booty ze znacznych odległości. A to nie stracone statki, lecz konwoje są celami.

Pierwszy oficer ustawia celownik do strzelań nawodnych. Znamy już tę sekwencję komend. Torpeda zostaje wystrzelona w ognisko pożaru. Uderza, w niebo strzela ogromny pióropusz ognia, przerastający rozmiarami trafiony statek. Pojawia się kilka wybuchów wtórnych. I wtedy najbardziej bystrooki ze wszystkich drugi oficer dostrzega ludzi na pokładzie. Robi się jasno. Pożar przybiera na sile. Powiększają się plamy ognia na wodzie.

Wszyscy widzą z odległości kilkuset metrów, jak Anglicy skaczą do wody. Niektórzy z nich płonęli już w momencie skoku - ci nie wybierali, gdzie skaczą, po prostu spadali. Anglicy widzieli swoich oprawców, krzyczeli do nich o pomoc. Płynęli w ich stronę. Za nimi rozsuwała się i zaczęła ich otaczać płonąca plama paliwa.

Niemiecki kapitan konstatuje: „Czemu ich nie uratowali? Mieli sześć godzin!”. Tak odniósł się do czasu polowania eskorty. Nakazał ruch wstecz. Okręt odsunął się od swoich ofiar. Wkrótce zamknęły się nad nimi płomienie. Zszokowana załoga w milczeniu trwała na mostku, nawet pierwszy oficer - fanatyczny hitlerowiec. A podchorąży Ullmann szlochał.

Tymczasem tankowiec przełamał się w pół. Jeszcze kilka wybuchów na cały ekran, uniesiony dziób i statek osunął się w głębiny. Morze zamknęło się również nad rufą. Zgasły płomienie. I to ostatnie zgaśnięcie było zbyt szybkie, jak na rzeczywistość - przecież paliwo nie utonęło razem z tankowcem

A co było w książce?

Autor dał obraz zawziętości w walce. Tego tankowca nie dobijano, bo i tak był stracony i tonął. Ale ludzi na pokładzie widziano. Wycofano się przed powiększającą plamą ognia, widziano, jak pochłonęła rozbitków.

Potem U-Boot ruszył w stronę drugiej łuny. Napotkał rozbitków. Roztrącał ich na małej szybkości, nieznacznie zygzakując. Kapitan fachowo określał, którzy z nich to cywile ze statków, a którzy są z okrętu wojennego - poznawał po kapokach. Dogonił uszkodzony tankowiec i wystrzelił do niego trzy torpedy z położenia podwodnego. Po zdjęciu załogi przez brytyjski niszczyciel wynurzył się i dobił statek z broni artyleryjskiej.

Podchorąży Ullmann zaszlochał nie wtedy, gdy zniszczyli tankowiec z ludźmi na pokładzie, nie dając im żadnych szans na ratunek, tylko gdy się dowiedział, że popłyną do Italii, zamiast wrócić do Francji. A zatem jego francuska dziewczyna, będąca właśnie w ciąży, zostanie wystawiona na próbę.

Co by jednak nie mówić, film jest świetny, choć Buchheim określił go jako hitlerowską propagandę. Ale pożarowi nie można zarzucić praktycznie niczego.

Jeśli ktoś chciałby w formie filmowej poznać realia wojny na Atlantyku, polecić można jeszcze jeden film, pokazujący rzeczywistość z brytyjskiej strony: „Okrutne morze” [4]. Za to szerokim łukiem należy omijać „U-571” [5] i „Misję Greyhound” [6]. Te obrazy są śliczne, budują napięcie niczym w westernach i jak one nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Ale jeśli ktoś lubi fikcję, albo chce odświeżyć sobie przeżycia 12-latka, to czemu nie?

Uwaga! Serial „Okręt” z 2018 r. [3] ma z książkami Buchheima i filmami z lat 80. wspólny tylko znak towarowy: tytuł. Ale idą nowe czasy. Jak to powiedział niemiecki papież w Auschwitz: „Niemcy były pierwszym krajem okupowanym przez nazistów”...

st. bryg. Paweł Rochala jest doradcą komendanta głównego PSP

Przypisy

[1] „Okręt” (Das Boot) - scen. i reż. Wolfgang Petersen, Niemcy, 1981 (film), 1985 (serial).
[2] „Okręt” (Das Boot) - Lothar-Günther Buchheim, powieść, Niemcy, 1973.
[3] „Okręt” (Das Boot) - twórcy: Johannes W. Betz, Tony Saint, Niemcy, 2018 (serial).
[4] „Okrutne morze” (The Cruel Sea) - scen. Eric Ambler, reż. Charles Frend, Wielka Brytania, 1953.
[5] „U-571” - scen. i reż. Jonathan Mostow, USA, Francja, 2000.
[6] „Misja Greyhound (Greyhound)” - scen. Tom Hanks, reż. Aaron Schneider, USA, 2020.

 

 

 

Paweł Rochala Paweł Rochala
do góry