• Tłumacz języka migowego
Pożary filmowe Paweł Rochala

Pożegnanie z Afryką (1985)

15 Marca 2022

Tym razem mamy do czynienia z połączeniem powieści obyczajowej, przygodowej i romansu. Nie każdy znajdzie tam coś dla siebie, jednak najważniejsze, że film jest uczciwy w warstwie poznawczej. Również w zakresie pożarowym.

Rzecz dzieje się, zgodnie z tytułem, w Afryce. Dodajmy - kolonialnej, w najwyższym rozkwicie kolonii. Już po wielkich odkryciach geograficznych, wojnach zdobywczych i po powstaniach antykolonialnych końca XIX w. Praktycznie cała Afryka jest opanowana przez kraje europejskie: Francję, Wielką Brytanię, Niemcy, Belgię, Portugalię, Hiszpanię i Włochy. Tylko nieliczne kraje zarządzane przez autochtonów zachowały niepodległość. Z prostego powodu - ich ziemie nie przedstawiały żadnej wartości dla kolonizatorów. A wartość tę wyznaczały i wyznaczają przede wszystkim kopaliny: szlachetne kamienie i metale, rudy metali rzadkich, tudzież ropa naftowa. W drugiej kolejności są to tereny upraw przemysłowych: kauczukowca, kawy, orzeszków ziemnych, owoców cytrusowych i bananów, ale też zwyczajnych zbóż oraz obszary hodowli bydła. A na ostatku wymienić można bogactwa odzwierzęce i szlachetne gatunki drewna.

 Ludzie w Afryce

Ze wszystkich rodzajów wymiany towarowej z Afryką, która trwała od wieków, ustał tylko jeden asortyment - handel ludźmi. Bo też nie musiano nimi handlować, cenniejsi byli na miejscu, jako praktycznie darmowa siła robocza. Belgijski król Leopold potrafił cały obszar Konga zmienić w jeden wielki obóz pracy, w którym na porządku dziennym było branie dzieci jako zakładników, obcinanie dłoni niewyrabiającym norm i wybijanie całych plemion.

Schemat podboju był zawsze podobny. Najpierw rozpoznawano bogactwa naturalne danej ziemi. Potem zawierano z miejscową arystokracją kontrakt na ich pozyskanie za kolorowe koraliki i tekstylia. Potem pod byle pozorem wszczynano wojnę. Likwidowano wodzów, starszyznę plemienną, szamanów i inne nośniki miejscowych etosów. W jednym pokoleniu znikała cała kultura danego ludu. W mordowaniu opornych pomagały inne plemiona afrykańskie, które nagradzano stanowiskami nadzorców nad ocalonymi. Gdy posiadacz paru krów i jednej kobiety stawał się właścicielem piętnastu krów i pięciu kobiet, mógł oszaleć ze szczęścia - proporcjonalna liczba mężczyzn z wrogiego plemienia przestawała istnieć.

Wraz z zagładą kultury niszczała miejscowa moralność, która jakkolwiek niską by się wydawała białym ludziom, oznaczała przecież zbiór zasad, których należało przestrzegać. Następowało odczłowieczenie ludzi nie tylko z innych plemion, ale również własnych.

Biali brali się za intensywną eksploatację miejscowych dóbr. Wydawać się może, że łatwy to pieniądz. Nic podobnego. Koszty ambitnego życia w Afryce były wysokie. Każdy biały musiał utrzymywać kilkanaście osób służby, inaczej by zginął. Eksploatacja kosztowała, należało inwestować. A inwestycje bywały droższe niż w Europie. Bo przecież Afryka nie produkowała żadnych maszyn. Wszystko należało sprowadzać, czyli czekać całymi miesiącami na transport morski, potem przetransportować po bezdrożach afrykańskich, co też swoje kosztowało. Wreszcie jeśli urządzenia nie uszkodzono po drodze, należało je zainstalować i uruchomić. Afryka miała ropę, ale nie miała rafinerii - drogie były paliwa płynne. Co prawda siła robocza kosztowała tyle, co utrzymanie ludzi przy życiu, ale nim zaczęła przynosić dochód, należało odczekać kilka lat.

No i choroby. Afryka nie jest kontynentem dla białych ludzi, może poza jej południowym krańcem i niektórymi krajami wyżynnymi. Ustawiczne spocenie ciała pod ubraniem prowadzi do chronicznych chorób skórnych - ubrania sensu więc nie mają, ale kiedy się ma białą skórę... Ostatecznie ze słońcem można sobie radzić. Gorzej z pasożytami i chorobami zakaźnymi. Z tych powodów biały człowiek potrzebował w Afryce całej apteki. W porze deszczowej mógł tylko marzyć, że infekcja nie zabije go, nim bezdroża obeschną. Bo lekarstwa sprowadzano drogą morską z Europy.

Każda dobra literatura owych lat podnosi problem chorób tropikalnych: malarii, śpiączki, żółtej febry, pasożytów skórnych i pokarmowych. Tudzież uniwersalnych, dobrze mających się w Afryce, jak: tyfus plamisty, żółtaczka zakaźna, ospa wietrzna. I jeszcze plagi: ospa prawdziwa, dżuma i cholera. Nie mówiąc o pomorach zwierząt, inwazjach szarańczy czy zarazach upraw. A wszystko w wymiarach biblijnych.

 Co pokazała Karen Blixen?

Otóż prawie wszystko, co widziała na własne oczy. Idealizowała piękno afrykańskiej przyrody, ale tu nie musiała się wysilać - wystarczyło patrzeć. Czego nie idealizowała - wyidealizował film. Tymczasem Wielki Krąg Życia (sięgając do „Króla Lwa”) mielił tam ludzi i zwierzęta w sposób doskonały, na nawóz, że ślad nie zostawał.

Dunka Karen Dinesen trafiła do Afryki w 1914 r., jako 29-letnia, a więc stara już panna. Wyszła za szwedzkiego kuzyna, Brora von Blixen-Finecke, barona, co jej niezmiernie imponowało.

Blixen w jej osobie ożenił się z pieniędzmi i ze świadomością, że bierze za żonę kochankę brata bliźniaka.

Małżeństwo z kontraktu postanowiło żyć z Afryki, zwłaszcza przez kilka pierwszych lat, tych wojennych. Kupili gospodarstwo obszarnicze, z którym nie radzili sobie najlepiej, zwłaszcza on, ale ona również wolała podróżować i strzelać do zwierzyny. Choć cudzoziemcy, zaangażowali się w wojnę po stronie brytyjskiej. Wreszcie docelowo kupili ziemię (łącznie z tubylcami) pod górą Ngong w Kenii (obecnie jest to przedmieście Nairobi) - 2500 ha, decydując się na uprawę kawy na jednej trzeciej areału. Nie byli pionierami. Na te okolice miejscowi nie bez przyczyny mówili „Białe Góry”.

Żyli beztrosko. Wkrótce mąż zaraził żonę syfilisem, z którego leczyła się kilka razy w Europie.

Gdy przejedli i przepolowali znaczną część majątku, do zarządzania ich życiem włączyli się jej krewni w Europy. W 1921 r. Bror został odsunięty od zarządzania majątkiem. Doszło do separacji małżonków, a w 1925 r. do rozwodu. Bror usiłował uczynić źródłem dochodu swoją pasję myśliwską - jako przewodnik dla bogatych myśliwych z Europy. Z czasem został bliskim przyjacielem Ernesta Hemingwaya - tego Hemingwaya. Ba! Napisał o Afryce książkę, cenioną przez koneserów do dziś.

Karen zabrała się, pod patronatem wuja z dalekiej Danii, za plantację kawy pod firmą z jej imieniem w nazwie (Karen Coffee Corporation). Wbrew filmowi - nie miała do tego głowy. Firmę rozkręcał na miejscu przez 3 lata jej rodzony brat, Thomas, a ona zostawiała ją kilka razy, podróżując do Europy.

W filmie nie ma wuja, brata, polowań z mężem czy kilku gospodarstw i wcześniejszej plajty.

 Kawa

Dwa napoje zawładnęły Europą, jakby były z nią związane przyrodniczo: herbata i kawa. Tymczasem jeden i drugi to nakładka z epoki wielkich odkryć geograficznych, czyli kolonializmu. Popyt na nie okazał się gigantyczny, potrzeba więc było ogromnych połaci ziemi pod ich uprawę. Kawa rozwijała się na określonych wysokościach nad poziomem morza i w określonym klimacie, więc nawet tego rodzaju ziemie stały się przedmiotem wyzysku kolonialnego.

Blixenowie zasadzili kawę na ogromnym areale. Niestety - na pierwsze zbiory należało poczekać kilka lat. Część czasu oczekiwania Karen spędziła w Danii, lecząc się (w tej chorobie stosowano wówczas arszenik). Część - po zaleczeniu i separacji - romansując z kolegą męża, arystokratą angielskim i utalentowanym lekkoduchem Denysem Finchem Hattonem, który z ich domu zrobił sobie bazę wypadową na polowania. I o tym jest film.

Jeździła z nim, strzelali do lwów i innej zwierzyny. Latali samolotem, bo sobie takowy kupił. A my z nimi, dostając garść wiedzy o Afryce, a nawet co prawda zarysowane tylko, ale widoczne różnice w mentalności między człowiekiem białym a czarnym. Biały wierzył w pracę, rachunek ekonomiczny, planował na dziesięciolecia. Czarny zostawiał wielki margines na to, co nieznane, niepojęte, a jednocześnie zbyt silne, by poddało się ludzkim miarom etycznym, przy czym raczej cieszył się danym dniem, niż zamartwiał przyszłością. Sporo z tego nastawienia przejął ukochany Karen. Wbrew filmowym informacjom - zaszła z nim ciążę dwukrotnie, dwukrotnie jej nie donosząc, chyba ku jego uldze - nie lubił się wiązać.

Okazało się, że nawet taka marzycielka jak ona, jako Europejka wdrożona od dziecka do dyscypliny szkolno-towarzyskiej, potrafi zająć się otoczeniem tak, by tworzyło mikroświat. Plemię Kikujów, które dostarczało jej rąk do pracy, postanowiła ucywilizować - założyła w tym celu szkołę dla dzieci. A pracowników traktowała w myśl uczciwych standardów kolonialnych.

Kawa dawała dochody, wszak areał był wielki. Jej produkcję poznajemy z filmu całkiem dokładnie. Na naszych oczach buduje się szereg urządzeń służących do tego, by nietrwały owoc przekształcić w zdolny do wielomiesięcznej podróży towar eksportowy. Widzimy budowanie szop, to jest magazynów ziaren surowych i przetworzonych, oraz stawianie obrotowego pieca do wypalania kawy, przypominającego kocioł lokomotywy. Widzimy proces suszenia ziaren na słońcu w kilkudziesięciu korytach, dalej palenie jej w obrotowym piecu, gdzie Karen sobie siaduje i pisze - owo palenie w kawowe żniwa trwa dzień i noc, póki są zbiory. Na koniec wypalone ziarna są sypane do jutowych worków, na których malowany jest od szablonu znak firmy Karen.

A potem… krzewy rosną, zaś Karen pozwala sobie na wielodniowe safari. Deszcze same nawadniają plantację, owoce same dojrzewają w słońcu - trochę plewienia chwastów, no i poszerzanie areału upraw. Gdy nadchodzi ku temu czas, Karen przestaje polować i bierze się za żniwa. To w filmie, bo w praktyce oprócz pobytów na safari wiele podróżowała. Trudno mówić o tym, że pilnowała swojej ziemi tak jak w filmie.

Ponieważ hodowla kawy była przedsięwzięciem prostym, to plantacje wyrastały wszędzie tam, gdzie tylko się dało. Ceny za kawę spadały, a w dodatku - czego z filmu się nie dowiadujemy - pękła giełdowa bańka spekulacyjna i nastał światowy kryzys. Bieżącą obsługę plantacji należało opłacać gotówką. Tę dawał bank - pod zastaw ziemi. Nieoszczędna Karen tak uczyniła.

Niestety. Jak to powiedział jej czarnoskóry zarządca gospodarstwa domowego (plantacją zarządzał biały zarządca, uzbrojony w bat ze skóry hipopotama) - przyszedł Bóg. W rozumieniu rdzennie afrykańskim.

Bóg nadchodzi

Karen wybiegła spod moskitiery. Było widać łunę. Gdy dotarła na miejsce, płonął cały kompleks produkcyjny kawy: magazyn kawy surowej, palarnia i magazyn wyrobów gotowych. Przyglądała się temu z bezinteresownym zaciekawieniem gromada miejscowych, poza tym nie robiąca dosłownie nic.

Pożar był już całkowicie rozwinięty. Budynki płonęły w całości, od ziemi po dach. Promieniowanie nie pozwalało na podejście. Ogień trawił nie tylko dachy, ale też solidne konstrukcje belkowe. Płonęło dosłownie wszystko, łącznie z magazynem pełnym gotowego towaru.

Sceny pożaru nie trwają długo, są za to tak autentyczne, że nie wymagają żadnych komentarzy. Jest to prawdziwy pożar, w skali jeden do jednego. Nie ma w nim nic sztucznego czy taniego. Praktycznie nie widać wspomagania gazem. Po prostu spalono bardzo solidne dekoracje, mające udawać zakład produkcji kawy. Zastanawiająca jest tylko jednoczesność tego pożaru. Bo czy było możliwe, że w kilka minut zapaliło się wszystko do postaci rozgorzeniowej?

Pospekulujmy, że ogień wybuchł w palarni kawy - wszak stale tam był. Że przeniósł się na opał. Że poprzez promieniowanie zapalił pozostałe części (wszystko było pod jednym dachem) linii produkcyjnej, a w szczególności magazyn wyrobów gotowych. Przecież każda z tych faz miała własną dynamikę. Kilkanaście minut musiało upłynąć od zapalenia do ogarnięcia całości ogniem iście rozgorzeniowym.

Załóżmy, że zbyt późno zbudzono właścicielkę. Ale ktoś pieca musiał pilnować, ktoś zaniedbał obowiązki, ktoś nie ratował i wreszcie - wszyscy zbiegli się do pożaru, by go wyłącznie podziwiać! Porażająca bezczynność, ale kto wie, czy w tym właśnie nie tkwi największa prawda. Bo taka bierność to również charakterystyczny rys afrykańskiej mentalności.

Można zaryzykować domysł, że farma nie posiadała żadnych narzędzi gaśniczych. Nawyków tego rodzaju też nie. Gdyby ktoś Kikujom podpalił ich chatynki, w tydzień zbudowaliby sobie nowe, zresztą musieli tak robić co 3 lata, bo im się zużywały, a i zadomowione pasożyty nie dawały żyć. Nigdy nie walczyli z ogniem - oni mu ustępowali.

Biały człowiek stracił wszystko. Zostały tylko koryta do suszenia kawy, z końcówką zbiorów. Ale z dymem poszedł cały produkt gotowy.

 Pożegnanie z Afryką

Któryś z miejscowych urzędników zapytał Karen: „A ubezpieczenie?”. Dostał bardzo dowcipną odpowiedź: „Ubezpieczenia są dla pesymistów”.

Okazało się, że optymizm Karen został wystawiony na próbę pod paroma jeszcze względami.

Mądry przyjaciel z sąsiedniego latyfundium umierał w męczarniach na „czarną febrę”, czyli trudno i dziś uleczalną chorobę tropikalną: leiszmaniozę. Była na jego pogrzebie.

Ukochany, co już ją zaniedbywał, zabił się - zawiodły umiejętności i samolot. Karen pochowała kochanka.

Straciła jakiekolwiek oparcie w Afryce. Przyjaciół brakło. Ziemia i dom należały do banku. Dopilnowała jeszcze, by „jej” Kikuje trafili dobrze, czyli do rezerwatu. Rozdała konie i psy, zabrała z Afryki nieco pamiątek i wróciła do Danii, do domu matki, by w wieku 46 lat próbować jakoś żyć.

W domu żrącą tęsknotę i klęski życiowe przekuła w sukces. Zaczęła pisać, w czym nie ma nic dziwnego, bo cała jej rodzina to pisarze. Z tym, że tylko ona zyskała ogromne powodzenie na całym świecie.

Niestety - wyjąwszy okolicznościowe podróże - sukcesami literackimi cieszyła się w samotności, a zdrowia nie odzyskała już nigdy. Pośród różnych dolegliwości najgorszy był ból kręgosłupa. Zmarła w 1962 r., zagłodziwszy się, w wieku 77 lat.

Bror Blixen nadal kolekcjonował panie i długi. Miał jeszcze dwie żony - od 1929 r. angielską arystokratkę Jaqueline Harriet Alexander (przeżyła wszystkich o pokolenie), a od 1936 r. szwedzką podróżniczkę Ewę Dickson, z którą gościł u Ernesta Hemingwaya na Karaibach. Zginęła w 1938 r. w wypadku samochodowym, odbywając kolejną podróż-zakład, z czego żyła. Tuż przed wypadkiem leczyła się z czegoś w Indiach, w Kalkucie, arszenikiem. Bror zginął w wypadku samochodowym w 1946 r. w Szwecji, jako pasażer.

A film? Jest hołdem dla twórczości Karen Blixen. Z rozmachem pokazuje urodę Afryki. Aktorzy są świetni, a wszystkie postaci mają własne osobowości i coś ważnego do powiedzenia - co pokazuje, jaką pisarką była. Zarazem widzimy solidny kawałek kolonializmu. Niestety, panom może się wydać cokolwiek nudny, gdyż strzela się tam wyłącznie do lwów. Za to panie powinny być zachwycone - historyczny obraz świata z kobiecej perspektywy emocjonalnej to rzadkość.

 

st. bryg. Paweł Rochala jest doradcą komendanta głównego PSP

Paweł Rochala Paweł Rochala
do góry