Historia i tradycja

Krótkie dzieje przepisów przeciwpożarowych (cz. 4)

Kategoria: Historia i tradycje

Porządki ogniowe były głównie inicjatywą samorządową. Nie brakowało jednak także działań podejmowanych przez władze centralne i przedsięwzięć spółek prywatnych, z których wykształciły się podstawy przepisów przeciwpożarowych obowiązujących w naszych czasach.

 Jak już wiemy, porządki ogniowe, jako przepisy samorządowe, miały swoje organiczne wady – były ukierunkowane na działania interwencyjne, wyraźnie zaś pomijały kwestie budowlane i gospodarcze. Wdrożenie czegoś skutecznego nie mogło się więc obejść bez przymusu władz wyższych niż samorządowe.

Ustrój I Rzeczypospolitej a ochrona przeciwpożarowa
Przymus taki w warunkach I Rzeczypospolitej (od połowy XV w. do 1795 r.) był kwestią delikatną i złożoną. Miasta – nawet te, które były własnością prywatną magnatów – cieszyły się sporą autonomią w zakresie własnej gospodarki i zarządzania. System rozliczeń między państwem i miastami, a nawet różnymi nacjami zamieszkującymi kraj, tworzył skomplikowaną sieć wzajemnych powiązań, umów, zobowiązań i przywilejów, sięgających jeszcze średniowiecza. Na tym tle dochodziło do historii tyleż niesamowitych, co wymownych. Gdy rada miasta Lwowa podjęła w 1571 r. wyjątkowo pożyteczną uchwałę, by odbudowywać domy wyłącznie jako murowane, „Żydzi, których to zarządzenie także dotyczyło, postarali się u króla o przywilej stwierdzający, że mogą się odbudowywać jak chcą” [1], co bynajmniej nie było przypadkiem jednostkowym i bywało powodem do poważnych tumultów po pożarach. Królem, który tak się przysłużył ochronie przeciwpożarowej Lwowa, był prawdopodobnie dogorywający, a więc bezwolny w rękach dworskiej kliki Zygmunt II August, ostatni Jagiellon.

Inną sprawą był brak aparatu władzy w rozumieniu dzisiejszej administracji. Nikt nad tym nie biadał, gdyż nieźle (jak na standardy epoki) działało powszechnie przestrzegane, jasne i intuicyjnie pojmowane prawo zwyczajowe, łącznie z poszanowaniem prawa własności. Powiedzenie „Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie” nie wzięło się znikąd, a z pełnym powodzeniem można je było zastosować do naprawdę wielu mieszczan. Urzędów tytularnych było sporo, choć niewiele urzędów i urzędników faktycznie sprawowało czynną władzę nad ludnością. Administracja ograniczona do sądownictwa, starostw (z uprawnieniami policyjnymi) oraz kancelarii sejmowych i sejmikowych działała całkiem sprawnie, a przy tym kosztowała niewiele. Jej wzmocnienie odebrano by powszechnie jako zamach na wolności i próbę zaprowadzenia rządów absolutnych. Oczywiście takie próby ustawicznie podejmowano, ale czujna szlachta likwidowała je w zarodku, słusznie poniekąd uważając, że najbogatszy człowiek w kraju, czyli król, powinien swe pretensje zaspokajać przez dobre zarządzanie własnym majątkiem, czyli królewszczyznami, a nie rozdawać je między magnatów. I w efekcie żądać podnoszenia podatków, których ciężary spadały na mieszczan i chłopów.

W tej sytuacji wkroczenie z jakimiś ogólnokrajowymi inicjatywami w zakresie budownictwa w obszar władzy miast musiało się jawić jako operacja delikatna i nierealna, możliwa tylko w dwóch przypadkach – w drodze indywidualnych postanowień króla i w trybie uchwał sejmowych. Jednak ku temu jakoś nie znaleziono sposobności. Bo nawet jeśli myślano o podniesieniu poziomu ochrony przeciwpożarowej, to te zagadnienia nigdy nie były (dodajmy: nie są i nie będą) dla władz centralnych sprawą pierwszoplanową. Władza na pierwszy plan wysuwała żądania podatkowe na rzecz prowadzenia ustawicznych wojen, prowadzonych przez półtora wieku przeciw największym potęgom militarnym owych czasów, przeciw dwóm – trzem państwom jednocześnie. W znacznej mierze wynikało to z fatalnej polityki zagranicznej polskich monarchów. Sprawy ochrony przeciwpożarowej schodziły na plan dalszy, widoczny tylko w czasie krótkich epizodów pokojowych. A każdy z władców, mimo braku władzy absolutnej, miał przecież władzę tak istotną, że mógł uczynić naprawdę wiele dobrego – jeśli tylko chciał.

Inicjatywy władz centralnych
Władza naczelna czasami poczuwała się do działania w zakresie ochrony przeciwpożarowej, a wtedy wprowadzano rozwiązania całkiem racjonalne, choć niestety doraźne, a nie systemowe.
Najwięcej obostrzeń pojawiało się w Warszawie – skoro się rozwijała, to i mocno płonęła. Jeszcze przed porządkami ogniowymi, gdy Mazowsze było księstwem odrębnym od Korony, książę Bolesław IV (1421-1451), przerażony rozmiarami i skutkami pożarów, zakazał budowania w obrębie starego miasta budynków drewnianych. Potem władze miasta same z siebie kilka razy odnawiały porządki ogniowe, co jednak niewiele dawało – niektórych ograniczeń miasto samo sobie jakoś nie potrafiło nałożyć. Ale jak tylko w pierwszej połowie XVI w. Warszawa wróciła do Polski po wymarłych Piastach Mazowieckich, król Zygmunt Stary kazał wyrzucić browary poza obręb zabudowy. Królowa Bona, objąwszy Warszawę jako miejsce przymusowego oddalenia od swojego jedynego syna, króla Zygmunta Augusta, zmusiła miasto do uchwalenia porządku ogniowego w 1558 r. Stefan Batory, zaraz po tym, jak go koronowano, kazał usunąć z Warszawy wytwórnie świec.

Następna inicjatywa należała do Szweda, Zygmunta III Wazy. Akurat ten władca miał wszelkie dane ku temu, by przejść do historii powszechnej zarówno na polu wielkiej polityki, jak i na znacznie skromniejszym pólku ochrony przeciwpożarowej. Niestety, zawiódł pokładane w nim nadzieje. Miał wyjątkowy talent do zrażania do siebie ludzi, a w kwestiach politycznych dokonywał takich wyborów, że tylko usiąść i płakać – bo cóż innego można powiedzieć o pomyśle jednoczesnej wojny ze Szwecją, Moskwą i z Turcją? W dziedzinie ochrony przeciwpożarowej nie było lepiej. W 1595 r. spłonął Zamek Królewski na Wawelu, więc król rok później przeprowadził swój dwór do Warszawy, co koniec końców oznaczało przeniesienie tam stolicy państwa. Zauważymy – z powodu pożaru. Kilka lat mieszkał tam spokojnie, aż w 1607 r. on sam, jejmość małżonka królewska i królewięta, nie zważając na swój majestat, musieli uciekać pieszo, a nader chyżo z ogarniętego pożarem Zamku Królewskiego, wówczas w znacznej części drewnianego. Dwukrotny pożar dachu nad głową w ciągu 12 lat – to każdemu musiało dać do myślenia, ale w tym przypadku ziarno padło na skałę. I to mimo faktu, że w przypadku Poznania „po wielkim pożarze w roku 1590 zalecił Zygmunt III., de data Varsaviae 3. Lipca, magistratowi surowo, aby na miejscach domów spalonych nie stawiano drewnianych, ale całkiem murowane, albo też w tak nazwany mur pruski, w każdym atoli razie pod dachówką” [2] No i poprzestał na Poznaniu, a szkoda, tym bardziej że wówczas w kraju panował jeszcze dostatek, więc powszechne uniepalnienie przekryć dachów miast Rzeczypospolitej Obojga Narodów lub choćby tylko Korony było przedsięwzięciem realnym.

Syn Zygmunta III Wazy, król Jan Kazimierz, wywarł wpływ na ochronę przeciwpożarową tylko raz. Nakazał usunięcie browarów i gorzelni z obszaru Nowej Warszawy poza granice miasta.

Pierwsze centralnie ustanowione i wdrożone prawo dotyczące ochrony przeciwpożarowej pojawiło się w I Rzeczpospolitej dopiero w II połowie XVIII wieku. Była to króciutka uchwała sejmowa z 1764 r., wprowadzająca zakaz urządzania składów wódek i olejów w domach drewnianych. Niewiele później pojawiło się prawo drugie, mające ścisły związek ze stolicą Litwy. Wilno spłonęło niemal doszczętnie w dwóch pożarach, w 1748 r. i 1749 r., a co nie spaliło się wtedy, zgorzało niewiele później. W związku z tym pojawiła się konstytucja sejmowa z 1766 r. o treści następującej: „maiąc wzgląd na rezolucją miasta naszego stołecznego Wilna z przyczyny często doświadczanych pożarów (…) statuimus (…) aby w samem mieście żadne domostwo, iatki, budki drewniane nie znajdowały się” [3], a kupcom wileńskim nakazano odbudowę budynków mieszkalnych jako murowanych.

Trzeba przyznać, że Warszawa miała w sobie coś, bo po długim okresie pożarowego bezhołowia, w II połowie XVIII w. wzięli się za nią marszałkowie koronni. Począwszy od 1760 r. z podziwu godną regularnością (1760, 1767, 1775, 1779, 1782) wprowadzali w stolicy kolejne edycje porządków ogniowych, w których pojawiła się nawet tak pożyteczna inicjatywa, jak zakaz stawiania budynków drewnianych w miejscach zagrożonych, dbanie o stan kominów oraz nakaz wyrzucenia poza obręb miasta zakładów używających dużego ognia – czyli gorzelni… Niestety – jeśli nawet kominy stawiano wówczas drewniane, to co dopiero mówić o dachach?

Wszystkie te inicjatywy, pożyteczne przecież, a w istocie ograniczone do przemysłu spirytusowego, świadczą nie tylko o trosce, lecz i o szamotaniu się władzy, doraźnym reagowaniu tylko na największe zagrożenia, bez istotnych rozwiązań systemowych i konsekwentnego dopilnowania stanowionych praw. Przyznać trzeba, że niewiele to odstawało od innych krajów, no i że w sumie w słuszną stronę zmierzało. W 1788 r. pojawiła się jaskółka, co czyniła wiosnę. Otóż ksiądz Piotr Świetnicki opublikował książkę: „Budowanie wiejskie” – o konieczności upowszechnienia technik murowanych, a zwłaszcza dachówki we wsiach, ze względu na ochronę przeciwpożarową. Niestety, sprawy zaborów były pilniejsze.

Przełomowa rola Starego Fryca
Czego nie chciał, nie umiał czy nie potrafił zrobić Zygmunt III Waza w pierwszej połowie XVII w., uczynił w połowie XVIII w. potomek jego uniżonych wasali z Prus Książęcych, mianowicie pruski król Fryderyk Wielki. Tego władcę uznaje się w Niemczech za twórcę nowoczesnego państwa z wydajną gospodarką (likwidacja ceł wewnętrznych, wspieranie bankowości i ubezpieczeń), silną armią (przełożeni straszniejsi żołnierzom niż wrogie kule), racjonalnym prawem (zakaz stosowania tortur). Zapomina się nieco o bezdusznej, bezmyślnej, rozbudowanej biurokracji, co dopilnowywała wykonywania królewskiej woli z tak żelazną konsekwencją, że aż mięso odpadało od kości.

Uwadze bystrego władcy nie uszła ochrona przeciwpożarowa. Żeby skutecznie spełnić mocarstwowe ambicje, nadmiernie rozbudował armię, a w niej tzw. dryl – bicie kijami za najdrobniejsze uchybienia regulaminom. Armia pochłaniała większość dochodów państwa, więc niezbyt duże Prusy, żeby nie okazać się kolosikiem na glinianych nóżkach, musiały działać w zakresie fiskalizmu o wiele sprawniej niż państwa sąsiadów. Daniny w pieniądzu i pańszczyźnie były w Prusach de facto najwyższe w Europie. Bywały obciążenia dla zamożnych chłopów w liczbie 500 dni w roku (to nie żart!), więc nic dziwnego, że chłopi uciekali z nowoczesnych Prus na teren „zacofanej” Polski, gdzie obciążenia były mniejsze. Stary Fryc zauważył, że z obszarów, na których wystąpiły pożary, nie przychodzą żadne podatki i tu nawet niezawodne w innych przypadkach sumienne okładanie żelaznymi kijami nic nie pomagało. Z prostych dociekań króla pruskiego wynikło, że gdyby budynki wiejskie kryć dachówką, podobnie jak domy w miastach, to pożary nie pozbawiałyby go dochodów podatkowych, możliwych do przelania w ustawicznie rosnącą armię, przekładającą skutecznie swój wzrost liczbowy na przyrost terytorialny pruskiego państwa, co z kolei dawało zwiększenie bazy poboru rekruta do armii. Jednym zarządzeniem wprowadził w życie zasadę, którą posłuszna do obrzydzenia administracja wcieliła w życie, że nie w jednym mieście czy wsi, ale w całych Prusach już więcej nie można kryć słomą i trzciną zabudowań ani miejskich, ani wiejskich. Dzięki temu wiele z budynków postawionych w czasach Fryderyka Wielkiego dotrwało aż do II wojny światowej, z powodzeniem służąc kilku pokoleniom ludzi ani na krok niewychodzących poza wyznaczone im miejsce w szyku.

Zarządzenia Fryderyka Wielkiego były istotnym przełomem w zakresie ochrony przeciwpożarowej, bo z czasem zniknęła klęska wiejskich pożarów masowych. Ale te zarządzenia to nie wszystko, co wydarzyło się w czasach Oświecenia. W Prusach zadziałały w tym czasie (już od 1701 r.) ubezpieczenia od ognia, wzorowane na jeszcze wcześniejszych ubezpieczeniach angielskich. Anglicy jako pierwsi uznali, że skoro można ubezpieczać majątek ruchomy w postaci statków dalekomorskich i ich ładunków, to w przypadku nigdzie niewybierających się budynków jest to znacznie łatwiejsze. Wynalazek ubezpieczeń całkiem szybko przyjął się i w Polsce.

Co wprowadziły ubezpieczenia od ognia
W 1757 r., a więc jeszcze przed zaborami, powstała w Poznaniu pierwsza w Rzeczypospolitej Kasa Ogniowa, obejmująca swoim zasięgiem miasto i okoliczne wioski. Przedsięwzięcie działało na zasadzie ubezpieczeń wzajemnych, co oznaczało pełną niezależność kapitałową oraz łatwą kontrolę finansów. Samo powstanie tej kasy świadczy o tym, że kraj miał potencjał intelektualny, pozwalający na samoistny rozwój bez żadnych ingerencji z zewnątrz. Co istotne – towarzystwa wzajemnych ubezpieczeń od ognia bardzo łatwo dorastały do tworzenia podstaw nauki o rozwoju pożarów, stosowanej z powodzeniem w praktyce.

Początkowo ubezpieczenia od ognia nie wprowadzały innowacji w zakresie ochrony przeciwpożarowej, bo wysokość składki uzależniano tylko od wartości ubezpieczonego mienia. A nie trzeba było być uczonym, by widzieć, że budynki murowane palą się rzadziej lub wcale, a drewniane często i w sposób całkowity. Właściciele pierwszych słusznie nie chcieli pokrywać strat tych drugich. Ta niechęć wzbogaciła ochronę przeciwpożarową o kolejny, po budownictwie ogniotrwałym, niezwykle istotny czynnik – określenie bezpiecznej odległości między budynkami.

Towarzystwa ubezpieczeń od ognia wkrótce podeszły do zagadnienia przerzutów ognia w sposób może jeszcze nie naukowy, ale bardzo praktyczny. Ściany budynków z materiałów palnych zapalały się od pobliskich pożarów, a ściany murowane – nie. Ale pożar przedostawał się nawet do wnętrza budynków murowanych – przez okna i drzwi. Zauważono też, że budynki odpowiednio oddalone od pożaru, nawet jeśli ich ściany były drewniane, nie zapalały się od siebie. Poza wszelką dyskusją pozostawało zaś zagadnienie palności przekryć dachowych. Uważano je za główną przyczynę pożarów obejmujących całą zabudowę miast i wsi (ognie lotne). Wyciągnięto z tego praktyczne wnioski ekonomiczne, różnicując wysokość składek.

Im bardziej palny był budynek i im mocniej jego pożar mógł oddziaływać na otoczenie, tym składka była większa, a stawała się wręcz bolesną koniecznością, gdy budynki kryto strzechą lub gontem. Można przy tym odtworzyć następujące zasady, które przez naśladownictwo czy realne doświadczenia zyskały bardzo podobny wymiar w różnych częściach świata:
• budynki ze ścianami z materiałów niepalnych, o przekryciu dachów wykonanym z materiałów niepalnych, które przedziela ściana murowana bez otworów, mogą do siebie przylegać, a wysokość składki nie wzrośnie,
• jeśli budynki o ścianach z materiałów niepalnych mają okna i drzwi w ścianach od strony budynków sąsiednich, to żeby składka nie wzrosła, muszą być oddalone na co najmniej 10 kroków,
• właściciele budynków o ścianach wzniesionych z materiałów palnych, których dachy mają przekrycie niepalne, płacą wyższą składkę niż właściciele budynków o ścianach wzniesionych z materiałów niepalnych. Aby ta składka nie wzrosła, budynki muszą być od siebie oddalone na co najmniej 20 kroków,
• przekrycie dachu z materiałów palnych podnosi wysokość składki, chyba że budynek będzie oddalony od innych na co najmniej 30, a nawet 40 kroków.

Ubezpieczenia od ognia miały szansę upowszechnić się w całej Polsce. Na ich drodze i na skutecznej drodze rozwoju kraju stanęła jednak wielka polityka. W 1762 r. na tron Rzeczypospolitej Obojga Narodów wepchnięto rosyjskimi bagnetami człowieka postępowego jak paraliż – Stanisława Augusta Poniatowskiego, przy okazji fundując państwu pierwszy rozbiór. Po trzecim rozbiorze, gdy Warszawa była w granicach Prus, ich władca w 1803 r. narzucił od lat obowiązujący w Prusach przymus ubezpieczeń od ognia. Akurat to przedsięwzięcie było na tyle pożyteczne, że przetrwało w Księstwie Warszawskim, ostało się w Królestwie Polskim (tzw. Kongresówce) i doczekało prawdziwej niepodległości w 1918 r.

Na ziemiach rozbieranego państwa
Materiałowo-odległościowe zasady naliczania składki ubezpieczenia od ognia upowszechniły wiedzę o rozwoju pożarów. To zaś przekładało się na zasady ochrony przeciwpożarowej, formułowane przez władzę ustawodawczą. Nie działo się to od razu, gdzieniegdzie zmiany czekały przez kilka pokoleń, ale gdy już raz nastąpiły, nie było żadnego odwrotu. Problem w tym, że cokolwiek zrobić mogła jedynie scentralizowana władza, bo samorządy trwały przy porządkach ogniowych lub nawet i ich nie miały.

Władza nie musiała być tak silna i absurdalnie nieomylna, jak ta Fryderyka Wielkiego. Wystarczyła taka, jak w Księstwie Warszawskim, oparta na Kodeksie Napoleona. Chłopi zyskali wówczas wolność osobistą (Napoleon chwalił się, że zdjął im z nóg kajdany, zaś oni do tego dodawali dowcipnie, że łącznie z butami), a małżonkowie prawo do rozwodów (jeśli przekonali proboszczów, będących urzędnikami stanu cywilnego…). To wtedy, w 1810 r. uchwalono wreszcie na naszych ziemiach pierwsze w miarę kompleksowe prawo ogarniające cały kraj, to jest „Przepisy o sposobie zapobiegania pożarom oraz działaniu policji i mieszkańców przy gaszeniu ognia”, wydane przez Ministerium Policji. Krótkotrwałe Księstwo Warszawskie dopracowało się też, i to na zasadzie ogłoszenia konkursu, sposobu niepalnego wznoszenia budynków wiejskich. Konkurs był bardzo profesjonalny, bo najbardziej obiecujące pomysły wypróbowano w praktyce, badając nie tylko, jak budowla znosi działanie ognia, lecz także czy zdrowo w niej będzie się mieszkało i czy nasz srogi, a zmienny klimat nie poradzi sobie z nią za szybko. Zwyciężyła praca konkursowa niezwykle oryginalna – ściany miano wznosić z gliny wymieszanej z igliwiem. Niestety, ani przepisy, ani wyniki konkursu nie zdążyły wejść w życie, bo Napoleon przegrał już w 1813 r., a z nim sprawy: niepodległości Polski, wolności osobistych i rodzimej ochrony przeciwpożarowej.

Próba podjęcia rodzimych działań na tym polu wystąpiła jeszcze w Kongresówce, cieszącej się na smutno malejącą z roku na rok autonomią. W 1824 r. Komisja rządowa spraw wewnętrznych wydała (znane jej z epoki Księstwa Warszawskiego) „Przepisy policji budowlanej dla miast” w celu całkowitego wyrugowania budownictwa palnego z zabudowy miejskiej. I powiedzmy jasno – to ten przepis obowiązywał na terenie Kongresówki aż do odzyskania niepodległości i jeszcze kilka lat dłużej. Tyle że go wcale nie przestrzegano.
Kraj, rozcięty na trzy części, był zdany na działania ustawodawcze, a raczej zaniedbania zaborców. Nim je pokrótce przedstawimy – krytyczne zastrzeżenie dotyczące ustaleń naszych historyków.

Praktycznie wszyscy polscy historycy zajmujący się ochroną przeciwpożarową są związani z ruchem ochotniczym, a jednocześnie nie mają wykształcenia technicznego. Dlatego w zagadnienia biernej ochrony przeciwpożarowej budynków, ściśle związane z techniką budowlaną i instalacyjną, w ich szczegóły i skuteczność zwykle nie wnikają. Dochodzi do tego fascynacja ideą, ofiarnością i kulturotwórczą rolą straży ogniowych. Z tych powodów niemal wszystkie opracowania dotyczące historii ochrony przeciwpożarowej są pisane z interwencyjnego punktu widzenia. To zaś przełożyło się na ocenę praw zaborców, oficjalnie przytoczoną na stronie internetowej KG PSP, której nie sposób tu pominąć.

Nasi historycy za najlepsze uznali porządki austriackie, bo przecież zabór został objęty ustawą o policji ogniowej dla gmin wiejskich, uchwaloną już w 1786 r., co dawało podstawę do niezakłócanego niczym rozwoju ruchu ochotniczego. Zbyt pochopne to uznanie, bo owa ustawa dała na terenie Galicji te jakże pożądane efekty ochotnicze – łagodnie ujmując – nie od razu, bo dopiero po prawie stu latach od jej uchwalenia. No i nie zaprowadzała na ziemiach tego zaboru żadnej biernej ochrony przeciwpożarowej, więc ta czynna naprawdę miała co robić i jawiła się jako tym bardziej potrzebna. W istocie ustawodawstwo austriackie to takie jednolite porządki ogniowe dla wszystkich, czyli jak się pali, to trzeba hurmem gasić – bez budownictwa ogniotrwałego i ubezpieczeń. Ale dawało to podstawy do tworzenia straży ochotniczych i sprzyjający klimat do łatwego przekształcania miejskich straży ochotniczych w zawodowe. W dodatku Austriacy w II połowie XIX w. nie tępili zajadle języków narodowych i inicjatyw obywatelskich, co może wpływać na pozytywne postrzeganie ich „porządków”.

Dziwne, że naprawdę skuteczne pruskie porządki prawne na polskich ziemiach w zakresie ochrony przeciwpożarowej, z obowiązkowymi od początku XIX w. wzajemnymi ubezpieczeniami od ognia, z budownictwem ogniotrwałym, z obowiązkowymi lub ochotniczymi strażami ogniowymi w każdej gminie, uchodzą za mniej udane od austriackich, co uznać należy za grube nieporozumienie. Prawdopodobnie nie podoba się niektórym historykom przymus, czy też nadzór państwowy nad ruchem ochotniczym, no i ostra germanizacja pod koniec XIX w. To tam jednak wyraźnie paliło się mniej niż gdzie indziej, w mniejszych rozmiarach, łatwiej było też pożary gasić, a bardzo spójny system ochrony przeciwpożarowej w znacznej mierze samofinansował się dzięki ubezpieczeniom od ognia.

Słusznie mówi się o carskim nie tyle ustawodawstwie, co raczej ukazodawstwie przeciwpożarowym – wzorowanym bardzo późno, bez zrozumienia, niekompletnie i absolutnie niekonsekwentnie na pruskich rozwiązaniach – jako niedorównującym jakością prawu pruskiemu czy austriackiemu. Carskie ukazy może i do czegoś dążyły, jednak niczego nie porządkowały, a jakieś szanse na zaprowadzenie ładu skutecznie, a co gorsza bezpowrotnie obracali w niwecz rosyjscy biurokraci. Pruskie prawo mogło dobrze działać tylko w Prusach, gdzie administracja w XIX w. musiała służyć ludności. W całej Rosji, a więc i w zaborze rosyjskim było odwrotnie, czyli po staremu – to ludność miała służyć administracji. Nic dziwnego, że Polacy sami chcieli brać sprawy ochrony przeciwpożarowej we własne ręce. Rosyjski zaborca i jego rewizorzy bardzo długo na nic prawie nie pozwalali. I tak trwało to aż do czasów nieuchronnej industrializacji, gdy ubezpieczenia od ognia i straże ogniowe stały się koniecznością.

Tak doszliśmy do czasów niepodległości Polski, gdy w latach 20. XX w. rozegrała się najważniejsza walka o kształt ochrony przeciwpożarowej. Jej wyniki obowiązują do dziś. Ale zanim do tego przejdziemy, konieczne będzie przedstawienie kilku osiągnięć światowych w tej dziedzinie, dokonanych w czasie, gdy wiek pary zetknął się z wiekiem elektryczności, dając przy tym całkiem spektakularne efekty uboczne w postaci pożarów.

Bryg. Paweł Rochala jest naczelnikiem wydziału w Biurze Rozpoznawania Zagrożeń KG PSP.

Przypisy
[1] M. Zajęcki, Żydzi w gospodarce komunalnej miast Polski przedrozbiorowej, w: „Kwartalnik historii Żydów”, grudzień 2007, nr 4, s. 398.
[2] Za: J. Łukaszewicz, Obraz historyczno-statystyczny miasta Poznania w dawniejszych czasach, t. I Poznań 1838, wg biblioteki internetowej www.pbi.edu.pl/book_reader.php?=42742&s=1, s. 217, dostęp: styczeń 2015 r.
[3] Za: L. Zagórski, Sprawa naszego budownictwa ogniotrwałego na przełomie XVIII i XIX stulecia, „Przegląd Pożarniczy” 1918, nr 9-12.