• Tłumacz języka migowego
W ogniu pytań Lech Lewandowski

Walka o Ziemię, czyli... o wszystko

22 Marca 2024

Rozmowa z kierownikiem Katedry Kształtowania i Ochrony Środowiska Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu dr. hab. inż. Tomaszem Kowalczykiem

Dr hab. inż. Tomasz Kowalczyk, prof. uczelni, od ponad 20 lat zajmuje się problematyką ochrony i kształtowania zasobów wodnych na terenach zurbanizowanych, zalesionych, zadrzewionych oraz rolniczych. Jego dorobek naukowy obejmuje przeszło 60 publikacji i opracowań naukowych oraz ponad 40 prac nieopublikowanych.

Wiele jego opracowań zostało wdrożonych w praktyce, m.in. te dotyczące kształtowania błękitno-zielonej infrastruktury na terenach  zieleni Wrocławia, w tym parków: Szczytnickiego, Południowego i Krzyckiego. Obecnie skupia się m.in. na działaniach na rzecz adaptacji do zmian klimatu przez rozwój błękitno-zielonej infrastruktury oraz wprowadzaniem rozwiązań bazujących na naturze, renaturyzacji cieków, ochronie bioróżnorodności oraz siedlisk zależnych od wody. Rozwija badania nad akustyką w krajobrazie. Uczestniczy także w pracach zespołów eksperckich zajmujących się zagadnieniami z tego zakresu tematycznego, m.in. w ramach Państwowej Rady Ochrony Środowiska oraz Państwowej Rady Gospodarki Wodnej.

dr hab. inż. Tomasz Kowalczyk / fot. Lech Lewandowski

 Od 54 lat Światowy Dzień Ziemi jest szczególną okazją do refleksji nad aktualnym stanem naszej planety. Jego pierwsze obchody zorganizowano po tym, jak w styczniu 1969 r. u wybrzeży USA wyciekło 100 tys. baryłek oleju. Do zdarzenia doszło w pobliżu Santa Barbara w Kalifornii. Podczas wykonywania kolejnego odwiertu nastąpiła potężna erupcja oleju. Zginęło tysiące zwierząt lądowych i morskich, zdewastowane zostało środowisko.

Odbyły się wówczas masowe protesty przeciwko niszczeniu Ziemi, z udziałem ponad 20 mln Amerykanów. W ramach tej akcji 22 kwietnia 1970 r. zorganizowano pierwsze obchody Dnia Ziemi. Paradoksalnie dziś, po ponad pół wieku, zagrożenia dla Ziemi nie tylko są wciąż aktualne, ale sukcesywnie narastają. A skoro tak, to jak dziś postrzegać święto Ziemi? Jest to okazja do radości, czy też, jak głoszą pesymiści, raczej do niewesołych refleksji, bo za progiem czai się globalna katastrofa?

Niestety, odczuwane przez wielu z nas tzw. mieszane uczucia, związane z pogarszającą się kondycją Ziemi, są w pełni uzasadnione. Jak dotąd deklaracje i porozumienia dotyczące potrzeby zrównoważonego rozwoju, w tym np. dekarbonizacji w skali światowej, pozostają jedynie na papierze. Pomimo coraz szerszej, opartej na rzetelnych badaniach naukowych wiedzy o negatywnych skutkach działalności człowieka na naszej planecie nie podjęliśmy też praktycznie żadnych skutecznych działań ograniczających jej wpływ na zmianę klimatu i biosferę.

Nadal rośnie zużycie paliw kopalnych, wylesianie może nieco wyhamowało, ale nadal postępuje. Produkujemy w nadmiernych ilościach żywność, zwłaszcza mięso, którą w dodatku pakujemy w tony plastiku, by potem te produkty nierzadko... wyrzucać. Zresztą problem jest znacznie szerszy. Wyznacznik sukcesu stanowi ciągły, dynamiczny rozwój, wzrost PKB i maksymalny zysk. Ma być tanio i dużo. Ten mechanizm dotyczy ubrań, elektroniki i wielu innych dóbr. To ma swoje konsekwencje. Nie dość, że Ziemia już jest przeludniona, to ciągle wzrastają potrzeby społeczeństw w zakresie dostępu do produktów i energii. Przy takim konsumpcyjnym sposobie myślenia sprawy ekologii schodzą na dalszy plan.

Próbą rozwiązania kwestii opakowań plastikowych są  negocjacje dotyczące światowego traktatu w sprawie tworzyw sztucznych. Uniwersytet Przyrodniczy we Wrocławiu przystąpił do globalnej kampanii Race to Zero, zrzeszającej miasta, regiony, przedsiębiorstwa i instytucje, które zobowiązały się do zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych o połowę do 2030 r. Tego rodzaju inicjatywy to niewątpliwie kroki w dobrym kierunku. Tylko czy nie za małe? I czy nie spóźnione, skoro np. plastiki są wszędzie, w tym w najgłębszych miejscach oceanów?

Problem jest bardziej złożony. Protesty społeczne w dużej skali, zapoczątkowane ponad pół wieku temu w USA, oraz dynamiczny rozwój ruchów ekologicznych wywarły znaczący wpływ na rozwój cywilizacyjny państw zachodnich. W efekcie wdraża się reżimy produkcji zgodnej z zaostrzonymi wymogami ochrony środowiska, rozwija czystsze technologie obiegu zamkniętego. To ewidentna korzyść, którą udało się wywalczyć.

Jednak jest i druga strona medalu. Wobec zaostrzenia wymogów środowiskowych wielki biznes przeniósł produkcję do krajów słabo rozwiniętych. Tam, gdzie jest tania siła robocza, gdzie nie dba się o czystość wód, powietrza, recykling i utylizację odpadów, czyli generalnie o środowisko. W rezultacie w kraju macierzystym danej wielkiej firmy przestrzegane są obowiązujące normy środowiskowe, w zagranicznych filiach już nie.

Czyli dla dobra Ziemi ruchy ekologiczne i społeczne protesty powinny maksymalnie się upowszechniać i radykalizować?

Niewątpliwie mają one swój pozytywny wydźwięk i to należy dostrzegać. Niestety, trzeba też odnotować, że w porównaniu z tempem negatywnych zmian środowiskowych społeczeństwa wciąż zbyt wolno zyskują świadomość konsekwencji postępującej katastrofy klimatycznej. Zauważmy, że większość ludzi najchętniej protestuje głównie przeciwko wszelkim ograniczeniom w dotychczasowym stylu życia.

W tej walce o świadomość społeczną znaczącą przewagę nadal mają koncerny. Głównie te o zasięgu globalnym, czerpiące największe zyski z eksploatacji zasobów środowiska. To one, mając do dyspozycji ogromne środki, a także wpływy w kręgach decyzyjnych, potrafią używając technik marketingowych, kształtować korzystne dla siebie poglądy społeczeństw, a także lobbować w kręgach politycznych na rzecz określonych rozwiązań prawnych i systemowych.

Proszę zauważyć, że odpowiedzialność, a także koszty degradacji  środowiska spadają zwykle na ostatnie ogniwo łańcucha, czyli konsumentów. Ugruntował się pogląd, że to zwykli obywatele mają obowiązek np. segregować odpady oraz ponosić coraz wyższe koszty ich recyklingu i utylizacji. Mają oszczędzać wodę, sadzić drzewa, zbierać śmieci w lesie itp. To wszystko jest oczywiście potrzebne i ważne, bo stanowi cenną formę edukacji ekologicznej. Ale zauważmy, że przemysł w tych działaniach, organizowanych choćby z okazji Dnia Ziemi, właściwie nie uczestniczy.

Czyli liczne akcje z okazji Dnia Ziemi, jak np. oczyszczanie ze śmieci lasów, rzek itd., to właściwie pudrowanie rzeczywistości?

To jest ważne i potrzebne dla budowania świadomości ekologicznej społeczeństwa, upowszechniania proekologicznych zachowań etc. Ale też właśnie dlatego trzeba dostrzegać także inny aspekt problemu: konsumpcyjny styl życia. Nieustannie kupujemy – np. nowy smartfon, kilka par najnowszych modeli butów i kurtek czy innych ubrań. Podążamy za modą, presją społeczną, nawykami.

Oczywiście wytwórcom nie zależy przy tym na trwałości tych produktów. Przeciwnie, mają się psuć, zużywać i być często zastępowane nowymi. Tymczasem za takim modelem życia kryją się surowce, woda, energia, potrzebne do produkcji. Ale te koszty środowiskowe są pomijane w naszych decyzjach. Sądzę, że szczególnie w ramach obchodów Dnia Ziemi trzeba głośno mówić także o tych aspektach problemu.

Naukowcy i działacze społeczni ostrzegający ludzkość przed globalną katastrofą apelują, aby upowszechniać świadomość ekologiczną i żyć w zgodzie z naturą. Tylko czy ze względu na koszty społeczne, gospodarcze, a także polityczne możliwe jest szybkie odejście od dotychczasowego modelu rozwoju cywilizacyjnego? Mamy wciąż aktualny przykład zatruwania polskich rzek ściekami z kopalń. Zagrożenie to nadal istnieje, bo kopalnie muszą funkcjonować. Analogicznie nie da się przeprowadzić szybko dekarbonizacji, choć wiedza na temat fatalnych dla Ziemi skutków spalania węgla jest powszechna. Czy zatem apele naukowców, konferencje ekologiczne nie są jedynie bezskutecznym wołaniem o opamiętanie?  

Póki co rzeczywiście zmarnowaliśmy kilka dekad, wyznaczając niezobowiązujące cele środowiskowe, emisyjne itp., które po prostu nie były realizowane. Kolejne szczyty klimatyczne i powstające na nich raporty IPCC (Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu) stanowią wyłącznie naukową bazę niezbędną do przetestowania trafności prognoz oraz budowy symulacyjnych modeli klimatycznych.

Prawda jest jednak taka, że największe gospodarki świata ignorowały postulaty redukcji emisji. To były i są nadal świadome decyzje polityczne. Nawet jeśli część społeczeństwa zyskuje świadomość problemu i podejmuje jakieś działania w celu ograniczenia zużycia wody, zmniejszenia produkcji odpadów czy zużycia energii, cała globalna machina sunie dalej do przodu utartym torem.

Co więcej – koncerny nie ponoszą wystarczających konsekwencji swojej presji na środowisko, są bezkarne wobec czynionych zniszczeń i szkód. Potwierdza to m.in. katastrofa ekologiczna na Odrze, spowodowana zrzutami zasolonych wód ze śląskich kopalń i KGHM. Ścieki te można przecież odsalać, ale to sporo kosztuje. Politycy stają więc „w obronie społeczeństwa”, zatroskani o wzrost kosztów prądu i ogrzewania. Tak powstaje błędne koło. Ale zauważmy, że zyski zawsze zostają po rzekomo właściwej stronie, czyli wielkiego przemysłu. Natomiast środowisko jest bezkarnie dewastowane.

Oczywista prawda jest taka, że wszyscy chcemy żyć w świecie czystym i pięknym. Dlatego ranga święta rośnie. Tymczasem kondycja Ziemi jest coraz gorsza. Symptomatyczne są doniesienia naukowców, którzy m.in. ogłosili, że w 2021 r. globalne emisje zamiast spadać – rosły. W ostatniej dekadzie tego roku były największe w historii ludzkości. Czy możliwa byłaby ucieczka do przodu, czyli przyspieszenie rozwoju przez nowatorskie i ekologicznie neutralne rozwiązania?

Póki co ich nie mamy, a najlepsze z dotychczasowych, jak produkcja energii z atomu, są ograniczane. Kondycja Ziemi pogarsza się zaś w zastraszającym tempie. Dobrze obrazuje to koncepcja granic planetarnych ­– jest ich dziewięć, a sześć zostało już przekroczonych. Ale nadal króluje paradygmat ciągłego rozwoju mierzonego wzrostem PKB.

Dopóki istnieje dostęp do paliw kopalnych, to one nadal będą napędzały światową gospodarkę. Jest też wiele działań pozornych, które pozwalają uspokoić sumienie lokalnych społeczeństw. Cywilizowana Europa jest bardzo zielona i ekologiczna, bo większość surowców i produktów obciążających środowisko wytwarza się dla nas w Azji, często bardzo emisyjnymi, przestarzałymi, ale tanimi technologiami.

Kolejna kwestia to produkcja żywności. Cóż z tego, że w UE z czasem stanie się ona bardziej zrównoważona, jeśli poza jej granicami nie obowiązują takie wymogi? W dodatku producentem tu i tam może być paradoksalnie ten sam koncern… z Europy Zachodniej.

Po szoku, jakiego doznało społeczeństwo po katastrofie ekologicznej w USA w 1969 r. i rozwoju ruchów ekologicznych na świecie nastąpiły niestety kolejne zdarzenia, które bardzo zabolały Ziemię. To np. Czarnobyl w 1986 r. To eksplozja platformy wiertniczej Deepwater Horizon w 2010 r. Spowodowany przez nią pożar szybu naftowego doprowadził do największego w dziejach wycieku ropy naftowej. To katastrofa jądrowa w Fukushimie w 2011 r., wywołana najpotężniejszym trzęsieniem ziemi, jakie kiedykolwiek zarejestrowano w Japonii. Krótko mówiąc, czy nie jesteśmy po prostu skazani na rozmaite nieszczęścia, bo taka jest cena rozwoju cywilizacji?

Zagrożenia związane z różnymi katastrofami zawsze istniały, a ryzyko wielu z nich rośnie jako konsekwencja zmiany klimatu. Już występują częstsze fale upałów, huraganowe wiatry, powodzie. Ostatnio odnotowuje się także wzrost aktywności tektonicznej i wulkanicznej.

To wszystko budzi zrozumiałe obawy społeczne. Z drugiej strony powstają nowe technologie, zapewniające bezemisyjne wytwarzanie energii. Coraz nowocześniejsze i bezpieczniejsze stają się też elektrownie atomowe. Są więc zagrożenia, ale i pozytywne sygnały, choć na razie niewystarczające.

W budowaniu lepszego świata wielkie znaczenie mają proekologiczne działania o wymiarze krajowym, ale i międzynarodowym. Przykładem są decyzje podejmowane na szczeblu UE w ramach nowej strategii klimatycznej, przewidującej uzyskanie neutralności klimatycznej do 2050 r. Czy w te projekty międzynarodowe wpisują się także działania o wymiarze lokalnym i jakie jest ich znaczenie?

Mamy aktualny przykład obrazujący ten problem. Rząd wprowadził ograniczenia w wycince na 20% cennych przyrodniczo lasów, co spowodowało protesty środowisk i firm związanych z pozyskiwaniem i przeróbką drewna. Mówi się, że owszem, musimy chronić przyrodę, środowisko i bioróżnorodność, ale mamy też aspekty społeczne i gospodarcze. 

Dla mnie jako naukowca zajmującego się m.in. kształtowaniem zasobów wodnych znaczenie priorytetowe ma sprawa zrównoważonego wykorzystywania naszych zasobów naturalnych, w tym lasów. Na przykład całe Sudety są obecnie znacząco wylesione. Jeśli powtórzy się sytuacja, która doprowadziła do powodzi z 1997 r., a nie można wykluczyć, że teraz opady będą jeszcze większe, to wezbranie na Odrze i jej dopływach będzie teraz szybsze i bardziej intensywne niż poprzednio. Stanie się tak m.in. dlatego, że lasy zatrzymują znaczną część wody. Wycinki dojrzałych lasów powodują, że większe strumienie wody spływają do rzek. Jeżeli zaś w dodatku jest tak, że zabudowuje się tereny zalewowe, nie tylko Odry, ale też jej dopływów, to straty będą ogromne. Dlatego proekologiczne działania w skali lokalnej są równie ważne, jak te w skali makro. Zgodnie zresztą z trafnym hasłem: myśl globalnie, działaj lokalnie.

Jest też problem decyzji ludzi ponoszących z racji swojej pozycji politycznej szczególną odpowiedzialność za dobrostan Ziemi. Skutki niektórych były dramatyczne. W 1991 r. Saddam Husajn podpalił w Kuwejcie ok. 600-700 szybów naftowych. W rezultacie 1554 km² powierzchni morza i 450 km linii brzegowej zostało pokryte ropą. Obłok sadzy wzniósł się na 3 km. Obecnie w Ukrainie na skutek wojny rozgrywa się dramat ludzi, ale i środowiska. W latach 2019-2022 na skutek decyzji prezydenta Brazylii Jaira Bolsonaro o 70% wzrosło niszczenie brazylijskiej części Amazonii, czyli płuc Ziemi. W listopadzie 2019 r. Donald Trump, który ponownie może zostać prezydentem USA, ogłosił rozpoczęcie procesu wycofywania się Stanów Zjednoczonych z porozumień paryskich w sprawie zahamowania efektu cieplarnianego. Jakie znaczenie dla sprawy ochrony Ziemi mają tego rodzaju czyny i słowa światowych przywódców?

Powiem krótko: słowa i działania wpływowych polityków często przeczą faktom i dowodom naukowym. To czysty populizm lub reprezentacja interesów lobbystów. Warto zatem szukać wiedzy w poważnych, wiarygodnych źródłach. Trzeba też walczyć z działaniami pseudoekologicznymi – np. wielkoskalowym spalaniem biomasy w elektrowniach dotąd węglowych. Bo prawda jest taka, że do pieców trafia pełnowartościowe drewno z lasów – również w postaci pelletu 7, a nie odpady z przemysłu drzewnego. Tego rodzaju przykłady tzw. greenwashingu można mnożyć.

Jednocześnie społeczeństwo i władze w skali świata powinny przygotowywać się systemowo na nieuchronny społeczny kryzys klimatyczny. Największe zagrożenia są związane z brakiem dostępu do czystej wody pitnej, a przede wszystkim zasobów wody niezbędnych do produkcji rolnej. Brak wody to także utrata gleby, stepowienie i pustynnienie. Do tego upały, które również niszczą roślinność i nie pozwolą na bytowanie w miejscach dotąd zamieszkałych. Setki milionów ludzi straci również dach nad głową w wyniku prognozowanego wzrostu poziomu oceanów i mórz. Wiem, że brzmi to katastroficznie, ale takie są realne prognozy i żadne nieodpowiedzialne wypowiedzi i działania m.in. znanych polityków tego nie zmienią.

W 2015 r. w Paryżu zawarto porozumienie klimatyczne. Postanowiono utrzymać wzrost średniej temperatury poniżej 2°C, co ochroni planetę przed katastrofalnymi skutkami zmiany klimatu. Z kolei wspomniana strategia UE przewiduje, że w najbliższych latach społeczeństwo Wspólnoty ma stać się odporne na zmianę klimatu. Czy te i podobne działania nie są jednak spóźnione?

Z 1,5°C przeszliśmy gładko do 2°C, bo 1,5°C już praktycznie osiągnęliśmy w 2023 r. Narasta nierównowaga bilansu energetycznego planety. Uruchamiają się sprzężenia zwrotne, które nie były uwzględniane w dotychczasowych modelach. Sprawia to, że najbardziej pesymistyczna ścieżka wzrostu stężenia CO2 w atmosferze i średniej temperatury wydaje się całkiem realna, i to w dość nieodległej perspektywie.

Tempo tych zmian jest absolutnie bezprecedensowe w skali dziejów Ziemi. Rozpoczęło się wielkie szóste wymieranie. Może jeszcze nie widzimy tego za oknem, ale świat naszych dzieci będzie zupełnie inny niż ten znany nam. Głębiny Pacyfiku pamiętają jeszcze termikę małej epoki lodowcowej, ale gwałtowność procesów na powierzchni planety wymyka się zakresom pomiarowym i przewidywaniom. Plany i strategie UE są niewątpliwie słuszne, choć pewnie zaraz okaże się, że po fali protestów rolników już nie tak ambitne.

Poza tym Europa nie jest w stanie sama ograniczyć znacząco wpływu człowieka na klimat Ziemi. Czy możemy zapobiegać wielkoskalowym pożarom ogromnych połaci lasów syberyjskich czy kanadyjskich, które są konsekwencją ocieplenia i suszy? Powstające tam ogromne emisje CO2 i metanu zauważalnie wpływają na przyspieszenie zmiany klimatu. Nie powstrzymamy również topnienia lodowców i wzrostu poziomu morza. W środowisku istnieje wiele zależności i skomplikowanych powiązań, z których dotąd nie zdajemy sobie sprawy.

Naruszenie jednego elementu powoduje niespodziewaną reakcję łańcuchową i szereg konsekwencji. Nie uda nam się zapobiec zanikowi części gatunków rodzimej pokrywy roślinnej, włącznie z podstawowymi, lasotwórczymi gatunkami drzew. Dodatkowo mamy coraz większą presję gatunków inwazyjnych na naszą przyrodę, której też nie potrafimy zatrzymać.

Czy zatem mimo wielu realnych zagrożeń jest jakieś światło w tunelu?

Biorąc pod uwagę wszystkie aspekty problemu, chciałbym na koniec powiedzieć, że nadal możemy i powinniśmy złagodzić skutki kryzysu klimatycznego. Aby jednak tak się stało, musimy przede wszystkim zadbać o zachowanie w dobrej kondycji zasobów gleby i wody. Najskuteczniejsze metody ochrony i kształtowania zasobów wodnych to rozproszona retencja krajobrazowa, zachowanie i odtwarzanie mokradeł i torfowisk, renaturyzacja dolin rzecznych. Te wszystkie działania wspierają równocześnie ochronę bioróżnorodności. I jeszcze jeden ważny aspekt – nie poradzimy sobie bez specjalistów w zakresie gospodarki wodnej. A niestety mamy obecnie zapaść w kształceniu specjalistów na każdym stopniu i jako uczelnie potrzebujemy wsparcia systemowego, na poziomie ministerialnym. To jest w moim przekonaniu najważniejsze przesłanie z okazji ustanowionego przez ONZ w 2009 r. Międzynarodowego Dnia Matki Ziemi.

rozmawiał Lech Lewandowski

 

Lech Lewandowski Lech Lewandowski

jest dziennikarzem i politologiem, pracującym przez wiele lat w prasie wojskowej, specjalizującym się w polityce międzynarodowej.

do góry