• Tłumacz języka migowego
W ogniu pytań Anna Sobótka

Spełnione marzenie

15 Marca 2022

St. kpt. Joanna Binio, pracownik Zakładu Hydromechaniki i Przeciwpożarowego Zaopatrzenia w Wodę Szkoły Głównej Służby Pożarniczej, od najwcześniejszych lat wytrwale realizuje swoje cele. Mimo trudności nie zniechęcała się i dopięła swego - ukończyła studia mundurowe i została funkcjonariuszem PSP, a teraz z powodzeniem i satysfakcją spełnia się jako dydaktyk w pożarniczej wyższej uczelni. Jaka była jej droga zawodowa, jak się odnajduje w męskim środowisku, jakie są według niej podstawy dobrej współpracy funkcjonariuszy i funkcjonariuszek PSP?

 fot. Anna Sobótka / red. PPMiałam możliwość zapoznania się z pani wspomnieniem ze zgrupowania kandydackiego w 2006 r., zamieszczonym w zbiorze „Przeciwpożarowa baza leśna w Zamczysku Nowym (1970-2015)”. Bije z niego entuzjazm i poczucie bycia we właściwym miejscu. Ze zdjęć uśmiecha się radosna, choć zmęczona ćwiczeniami dziewczyna - jedna z niewielu w gronie kolegów. Proszę powiedzieć, jak trafiła pani na te wciąż jeszcze nietypowe dla kobiety studia?

Można powiedzieć, że przesiąkłam strażą pożarną w domu rodzinnym, bo mam sześciu starszych braci, z których czterech ukończyło studia dzienne w SGSP, a mój tata Władysław, pasjonat pożarnictwa, mimo swoich 83 lat jest wciąż prezesem OSP Moszczenica Niżna. Od najmłodszych lat uczestniczyłam w strażackim życiu - żyłam młodzieżową drużyną pożarniczą, turniejami wiedzy pożarniczej, strażackimi koloniami. Pamiętam, że mając kilkanaście lat, przyjechałam do SGSP na promocję oficerską jednego z braci. Stojąc na placu, na którym odbywała się uroczystość, powiedziałam: „Ja też tu kiedyś przyjdę na studia”. Brat spojrzał na mnie, uśmiechnął się i rzucił: „Ale tu nie przyjmują kobiet!”, a ja z niezachwianą pewnością zripostowałam: „Kiedyś będą”. I faktycznie, 2 lata później przyjęto do SGSP pierwsze kobiety.

Zapragnęła pani znaleźć się w tym elitarnym gronie. Jak udało się osiągnąć ten cel?

Droga do niego nie była łatwa - na studia mundurowe dostałam się za trzecim razem, przez 2 lata uczyłam się na studiach cywilnych. Bardzo trudno było stać się podchorążym SGSP, a kobietom udawało się to szczególnie rzadko. Ale ja nie rezygnowałam. Pochodzę z gór, mam silny charakter. Jeśli postawię sobie jakiś cel, to jego osiąganie może trwać, - czasem zrobię pięć kroków w tył, dwa w przód, ale idę dalej, dopóki nie dotrę tam, gdzie chcę być. To kwestia determinacji, ale przede wszystkim wychowania, tego, co wynosi się z domu. Tam tworzą się podwaliny, tam buduje się swoją siłę.

Przez 2 lata studiów cywilnych nie próżnowałam, poznałam wspaniałych ludzi, kolegów i koleżanki, a przede wszystkim działałam w samorządzie studenckim, aż wreszcie na studiach mundurowych zostałam jego przewodniczącą przy ogromnym poparciu kompanii K-06.

Można powiedzieć, że należała pani do pionierek - nielicznej grupy kobiet, które ukończyły studia mundurowe w SGSP, a jeszcze przy tym działała pani aktywnie na rzecz uczelni. Widać, że dobrze się pani odnajdywała w tym środowisku, choć należała do mniejszości. W jaki sposób można osiągnąć dobre porozumienie na linii kobieta - liczne grono mężczyzn, jak rozwijać tę współpracę?

Za pionierki uznaję koleżanki, które ukończyły SGSP przede mną, to one przetarły szlaki. Darzę je ogromnym szacunkiem. Mam sześciu braci, więc odnalezienie się w męskim gronie nie było dla mnie trudne. Jednak kiedy patrzę wstecz, uświadamiam sobie, że kobiety stanowią potężną siłę, także w tym środowisku - i one też wpływały na mój rozwój. Kiedy studiowałam, komendantem-rektorem SGSP była kobieta - st. bryg. prof. dr hab. inż. Zoja Bednarek. Silna osobowość, wymagający wykładowca, ale i przesympatyczna osoba, z sercem na dłoni. Stanowiła wzór do naśladowania, inspirację, jej przykład budował w nas, dziewczynach podchorążych, przekonanie, że damy radę, trzeba tylko działać, robić swoje i iść do przodu, a reszta się ułoży. To nie tak, że środowisko PSP jest w większości męskie, więc jesteśmy tu skreślone. Mamy wiele możliwości i ścieżek rozwoju.     

Pani spośród nich wybrała drogę wykładowcy. Skąd taka decyzja?

Kiedy jeszcze byłam studentką, komendantem został nadbryg. Ryszard Dąbrowa i to właściwie on dostrzegł we mnie potencjał naukowca i dydaktyka. Zachęcił, żebym się zastanowiła, czy to nie miejsce dla mnie, zaproponował, żebym została pracownikiem SGSP, co było dużym wyróżnieniem. Przekonał mnie.

Początkowo widziałam się w zupełnie innym zakładzie, niż ostatecznie się znalazłam. Pojawiła się jednak kolejna osoba, która dała mi szansę - st. bryg. dr inż. Sylwester Kieliszek, ówczesny szef Katedry Techniki Pożarniczej. Do dziś mam przyjemność z nim pracować, czerpać z jego wiedzy i doświadczenia.

Można powiedzieć, że jestem tu, gdzie jestem dzięki panom, a panie inspirowały mnie i wyznaczały kierunek. Należy do nich również moja mama Celina - nauczycielka z powołania, dziś już na emeryturze. Od niej zaraziłam się miłością do nauczania i kontaktu z młodzieżą. Wybrałam zawód, który pozwala mi łączyć te dwa światy - pożarnictwo i dydaktykę.

Jakie są pani zadania? Na czym polega specyfika pracy w takiej uczelni jak Szkoła Główna Służby Pożarniczej?

Prowadzę zajęcia laboratoryjne z hydromechaniki i ćwiczenia rachunkowe z tego zakresu. Praca w SGSP daje mi wiele możliwości. To nietypowe - pracuję na stanowisku dydaktycznym i naukowo, jednocześnie mam możliwość pełnienia służb w szkolnej JRG - w podziale bojowym czy punkcie alarmowym. Mogę działać czynnie jako dowódca sekcji podczas zdarzeń.

Zwykle jest tak, że ktoś albo zajmuje się różnymi zadaniami w biurze i często tęskni za udziałem w akcjach ratowniczych, albo całkowicie przechodzi do służby w podziale bojowym. Ja mam tę szczególną szansę łączenia teorii i praktyki. W ostatnich latach ze względu na opiekę nad małymi dziećmi byłam z tego wyłączona, ale chętnie wrócę do pełnienia służby po niezbędnym przeszkoleniu, aktualizującym moją wiedzę z tego zakresu.

Zatrzymajmy się najpierw przy dydaktyce. Co jest dla pani najważniejsze w tym obszarze pracy? Jak udaje się pani nawiązać dobry kontakt z podchorążymi, młodym pokoleniem, któremu objaśnia pani „męskie” zagadnienia?

Dydaktyka, kontakt ze studentami napędza mnie pozytywnie do działania, dodaje skrzydeł. Jeśli dajemy wiele od siebie, to myślę, że później i dużo dostajemy. Staram się rzetelnie i jasno wykładać wszystkie zagadnienia, ale i budować więzi międzyludzkie. Na ścianie w moim pokoju w SGSP wisi pamiątkowa tablica ze zdjęciami z Estonii, wykonana przez podchorążych. Byłam opiekunem podczas tego wyjazdu - mogliśmy tam poznać zupełnie inny poligon i rozwiązania stosowane przez estońskich strażaków, a przy tym poznać siebie nawzajem w nietypowych okolicznościach. Było to inspirujące doświadczenie - i zawodowe, i międzyludzkie. Podchorążowie przygotowali dla mnie i drugiego opiekuna niespodziankę, wręczając nam pamiątkowe tablice. Miałam wtedy akurat służbę w podziale bojowym - przyszli, odśpiewali „Sto lat” i wręczyli ten szczególny prezent. Takie wspomnienia dodają później energii do codziennych zajęć.

Ogromnym wyróżnieniem i zaszczytem był otrzymany w 2013 r. tytuł „Najsympatyczniejszego prowadzącego ćwiczenia/laboratoria/projekty”. Cieszę się, że udaje mi się budować z podchorążymi dobre relacje.

Czy jest jakaś złota rada, jak tworzyć te dobre relacje - z podchorążymi, z kolegami, koleżankami z uczelni, przełożonymi?

Jeśli jest się pozytywnie nastawionym do drugiej osoby, uśmiechniętym, skłonnym do rozmowy i współpracy, kiedy jest dobrze i kiedy bywa trudno, można wiele zdziałać.

Jak rozstrzygać kwestie sporne? Niektórzy - czy to kobiety, czy mężczyźni - wybierają postawę konfrontacyjną, idą na noże, narzucając agresywnie swoje racje. Ja decyduję się zawsze na drogę pokojową, tyle że z wachlarzem solidnych argumentów. Jeśli jest się optymistycznie nastawionym do drugiego człowieka, ta osoba przejmuje taki sposób bycia - to według mnie cała tajemnica, tego nauczyła mnie moja mama.

Jak postrzega pani inne elementy życia zawodowego związanego z uczelnią?

Zawsze byłam aktywna. Konferencje, wyjazdy, działalność w senacie uczelni - to również było dla mnie ważne. Delegacje, goszczenie pracowników z innych uczelni, z innych krajów to wielka wartość. Można wymienić poglądy, opinie, nawiązać kontakt, a może i szerszą współpracę. W działaniach ogranicza nas tylko nasza wyobraźnia.

Przejdźmy zatem do jeszcze innego aspektu związanego z pani pracą - służby w podziale bojowym. We wspomnianej publikacji poświęconej przeciwpożarowej bazie leśnej w Zamczysku Nowym pisze pani: „Nie było taryfy ulgowej - bo dziewczyna. Tak się złożyło, że z koleżankami za punkt honoru wzięłyśmy sobie to, żeby nie odstawać od kolegów”. Jak jest pani zdaniem i na podstawie pani doświadczeń, jeśli chodzi o możliwości działania kobiet w podziale bojowym?

Nie przypominam sobie, żeby moi koledzy ubolewali, że muszą podczas działań ratowniczo-gaśniczych wykonywać więcej pracy czy więcej dźwigać, bo ja sobie nie radzę. Podobnie jak oni miałam dobrą ogólną kondycję fizyczną, a siła nie zawsze jest niezbędna. Kobieta, wybierając Szkołę Główną Służby Pożarniczej, może również zdecydować się na zupełnie inną ścieżkę kariery, choć moim zdaniem podział bojowy jest bardzo ciekawą drogą i tym, co przyciąga do tego zawodu.

Dlatego cieszę się, że mam możliwość pełnienia służby w szkolnej JRG, a za czasów podchorążackich w jednostkach Komendy Miejskiej PSP w Warszawie - traktuję i traktowałam to jako przywilej. Wspominam służby np. w JRG 5 na Pradze - czyli w rejonie, w którym zawsze się dużo dzieje, czy w JRG 4 - ścisłe centrum, budynki wysokościowe. Jeździłam do pożarów, wypadków i miejscowych zagrożeń, zabezpieczałam prowizoryczne lądowisko w parku dla śmigłowca przywożącego pacjenta do szpitala, a po promocji oficerskiej działałam jako dowódca zastępu w różnych samochodach wyjazdowych. Pełne spektrum działania i możliwości.

Co jest zatem najważniejsze z punktu widzenia kobiety będącej funkcjonariuszem PSP, która bierze udział w działaniach ratowniczo-gaśniczych?

Ja radziłam sobie w podziale bojowym, ale kiedy miałam za sobą ludzi, na których mogłam polegać - rozsądnych podchorążych i kierowcę, słuchających mnie jako dowódcy. W tym zawodzie nigdy nie jest tak, że sukces osiąga się, będąc niezależną jednostką. Do osiągnięcia celu zawsze doprowadza zespół.

Od dzieciństwa współpraca była moim chlebem powszednim. Tego uczyli mnie rodzice i bracia - wspierania się nawzajem. Staram się do takiej postawy zachęcić podchorążych, nawet na zajęciach laboratoryjnych. Dzielę ich na grupy cztero-, pięcioosobowe - każda musi przygotować wspólne sprawozdanie, a potem wszyscy dostają za nie tę samą ocenę. Praca grupowa, zależność jednej osoby od drugiej będzie ich codziennością np. w podziale bojowym.

Jak wygląda obecnie pani sytuacja zawodowa? Jakie ma pani plany naukowe na najbliższe miesiące, lata?

Wróciłam z urlopu macierzyńskiego i zostałam bardzo pozytywnie przyjęta, co jest dla mnie budujące. Miałam już i przełożonego, i przełożoną, każda z tych osób rozumiała sytuację młodej matki. Praca w SGSP pozwala mi realizować swoją pasję strażaka dydaktyka, a nagrodą jest satysfakcja z rzetelnie wykonanego zadania oraz otwarta ścieżka awansu służbowego oficera PSP.

Obecnie realizuję powierzone mi obowiązki i przy ogromnym wsparciu męża, również funkcjonariusza PSP, kontynuuję pracę doktorską z obszaru hydromechaniki.

 rozmawiała Anna Sobótka

 

Anna Sobótka Anna Sobótka
do góry