"Bajpas" bez munduru
25 Czerwca 2026W tym numerze rozmawiamy z mgr inż. Michałem Łupińskim, który w lutym został wyróżniony przez kolegów i koleżanki z pracy w KG PSP tytułem „Lider Wartości Etycznych”. Studiował na Politechnice Warszawskiej, ma umysł ścisły i – jak podkreśla – jest szczery oraz prawdomówny. Podstawą pracy są dla niego: bycie sobą, rozgraniczanie życia zawodowego i prywatnego oraz zachowanie bezstronności. Doświadczenie i rzetelność w wykonywaniu obowiązków dopełniają całości.
Z okazji Dnia Służby Cywilnej w Komendzie Głównej PSP otrzymał pan tytuł „Lider Wartości Etycznych”. Jak się pan z tym czuje?
Jestem bardzo zaskoczony tym wyróżnieniem. Uważam, że to nie ja powinienem zostać Liderem Wartości Etycznych, ponieważ jestem introwertykiem i niewiele mówię, choć faktycznie – mimo wszystko – kieruję się określonymi wartościami etycznymi. Skoro jednak tyle osób oddało na mnie głosy, to znaczy, że coś musi być na rzeczy.
Co, pana zdaniem, oznaczają wartości etyczne? Czym są dla pana?
Wartości etyczne oznaczają dla mnie przestrzeganie zasad, dzięki którym jestem postrzegany jako osoba prawdomówna, szczera i podejmująca decyzje zgodne z ustalonymi regułami, nawet jeśli nie zawsze się one podobają.
A jak to wygląda w pracy?
Może koledzy mi to wybaczą, ale musimy w tej opowieści cofnąć się 10 lat, do czasu, kiedy pracowałem jeszcze w innej firmie i poznałem dwóch strażaków – jeden był z północy kraju, drugi z południa. Byli wtedy zastępcami dowódców jednostek chemicznych. Spotkaliśmy się na szkoleniu, szybko się zaprzyjaźniliśmy i nawiązaliśmy współpracę. Potem spotkaliśmy się na studiach podyplomowych CBRN Security Manager. Utrzymywaliśmy bardzo dobre kontakty: spotykaliśmy się na konferencjach i sympozjach, kontaktowaliśmy się mailowo itd. Przyjaźń trwa nadal – zostałem nawet poproszony przez jednego z nich, aby być świadkiem na jego ślubie. Z czasem koledzy awansowali: byli zastępcami dowódców, potem dowódcami jednostek. Minęły kolejne lata i zostali zastępcami komendantów. I właśnie w tym miejscu dochodzimy do kwestii etyki – i to w najczystszej postaci. Jestem członkiem Zespołu Inspekcyjnego Komendanta Głównego. I tak się złożyło, że pojechałem na inspekcję do obu znajomych, a w obu przypadkach ocena była negatywna. I powiem szczerze: było to dla nich zaskoczeniem, ale wyjaśniłem, że taki jestem. Znamy się na stopie czysto towarzyskiej poza pracą, natomiast kiedy przychodzi czas na realizację zadań zawodowych i widzę, że coś jest nie tak, nie ma znaczenia, że znamy się od 10 lat – każdy wypełnia swoje obowiązki. Wystawiłem wtedy ocenę negatywną, ale nasza przyjaźń się nie zakończyła. Wiedzieli, jaki jestem i jakie mam podejście do pewnych spraw: owszem, znamy się na stopie towarzyskiej, ale zadania wykonuję zgodnie z zasadami etyki.
Jak się pan znalazł w Komendzie Głównej PSP?
Jeżeli chodzi o moją ścieżkę kariery, nie jest ona imponująca. Studiowałem na Politechnice Warszawskiej, na Wydziale Inżynierii Chemicznej i Procesowej. Pierwszą pracę podjąłem w Zakładzie Unieszkodliwiania Odpadów Promieniotwórczych w Otwocku. Spędziłem tam 15 lat. Zajmowałem się zdarzeniami radiacyjnymi oraz wypalonym, czyli zużytym, paliwem jądrowym. Podczas różnych zdarzeń radiacyjnych, kiedy pełniłem funkcję szefa ekipy dozymetrycznej, spotykałem strażaków z grup chemicznych. Nawiązywaliśmy przyjaźnie. Podczas jednego ze zdarzeń poznałem dowódcę grupy chemicznej, który poprosił mnie o przeprowadzenie szkolenia w jego jednostce. Na jednym szkoleniu się nie skończyło – przerodziły się one w szkolenia cykliczne.
Silniejsza więź nawiązała się w 2019 r., gdy po wielu latach miała się zmienić ustawa – Prawo atomowe. Rok wcześniej otrzymałem brązową odznakę „Zasłużony dla ochrony przeciwpożarowej”. Po zakończeniu uroczystości z okazji Dnia Strażaka zastępca komendanta i jeden z dyrektorów poprosili mnie o rozmowę. Zaproponowano mi pracę w Komendzie Głównej PSP, mając na uwadze moje doświadczenie. Moja reakcja była natychmiastowa – powiedziałem: „Tak”.
A czym dokładnie się pan zajmuje?
Bardzo ogólnie rzecz ujmując, zajmuję się ochroną radiologiczną i nadzorem nad nią w Państwowej Straży Pożarnej – od poziomu Komendy Głównej, przez komendy wojewódzkie, powiatowe i miejskie, po SGRChem. Zajmuję się także opracowywaniem zasad organizacji ochrony radiologicznej oraz reagowania na zdarzenia radiacyjne.
No i jest jeszcze element pracy, który dla mnie jest bardzo ciekawy, bo pozwala sprawdzić, co zostało wdrożone, natomiast dla innych mniej przyjemny – udział w inspekcjach gotowości operacyjnej.
Pracuje pan w KCKR. Ciekawi mnie, jak się pan odnajduje wśród funkcjonariuszy, jakie były pana początki i jak później układała się ta współpraca.
Jestem jedynym pracownikiem cywilnym i powiem szczerze: dystans na samym początku jest czymś normalnym. Starałem się ten dystans możliwie najbardziej skrócić. Dobra atmosfera w każdym biurze zaczyna się od jego dyrektora. Obecnie jest nim pan st. bryg. Jacek Zalech, który uczestniczył w mojej rozmowie kwalifikacyjnej, gdy myślałem o przejściu do Państwowej Straży Pożarnej. Był moim pierwszym przełożonym – od czasu, gdy pełnił funkcję naczelnika Wydziału Planowania Operacyjnego i Analiz, przez okres, kiedy był zastępcą dyrektora, aż po objęcie stanowiska dyrektora. Gdy przełożony potrafi stworzyć dobrą atmosferę, nie czuję się jak cywil, który ma kompleks z powodu tego, że nie nosi munduru. W żartach temat munduru parokrotnie się przewijał, natomiast z szacunku do munduru go nie założę. Nie potrzebuję go, żeby wykonywać swoje obowiązki.
Po kilku latach pracy dystans między mną a kolegami się zatarł. Stało się tak zwłaszcza w maju 2020 r., kiedy został utworzony Wydział do spraw Zagrożeń CBRN, a ja stałem się jego członkiem. Jest to co prawda mały wydział – obecnie jest nas czterech – natomiast od początku każdy ma przydzielone swoje „literki”. Moje są dwie: „R”, czyli radiacja i „N”, czyli zagrożenia nuklearne. Czuję się tu jak ryba w wodzie.
Proszę podać przykład pracy w terenie.
Przede wszystkim są to szkolenia dla strażaków realizujących zadania na miejscu zdarzenia radiacyjnego. Zawsze staram się podczas nich pokazać, że strażacy z podziału bojowego są dla mnie partnerami do rozmowy. Gdy jadę w teren, takie szkolenie trwa trzy dni w danej jednostce, żeby nikt nie był poszkodowany. Szkolę strażaków z trzech zmian służbowych. Staram się maksymalnie skrócić dystans, żeby szkolenie miało wymiar nie tylko teoretyczny, lecz także praktyczny. Dlatego, jeśli chodzi o rangę uczestników, najwyżej jest to dowódca. Rozmawiamy swobodnie i nie chcę nikogo krępować obecnością przełożonych. W przeciwnym razie takie spotkania kończą się milczeniem szkolonych, ponieważ boją się oni popełnić błąd, a przecież takie szkolenie traci sens.
W kwietniu w garażu w Parczewie znaleziono pojemniki z niebezpiecznymi odpadami. Czy uczestniczył pan w ich zabezpieczaniu?
Uczestniczyłem w tych działaniach zdalnie, udzielając konsultacji telefonicznych. W garażu na jednej z posesji, oprócz ogromnej ilości niebezpiecznych odczynników chemicznych, znaleziono również materiały wykazujące podwyższoną moc dawki promieniowania jonizującego oraz niestandardowe substancje w beczkach. Kierujący działaniami ratowniczymi, czyli KDR, oraz wojewódzki koordynator do spraw zagrożeń chemicznych zwrócili się do mnie po konsultacje i wskazówki: co z tym zrobić, czy otwierać pojemniki i jak je zabezpieczyć. Pozostawaliśmy w kontakcie przez dwa dni. Potem otrzymałem informację, że grupa chemiczna z Białej Podlaskiej zakończyła działania, a materiały promieniotwórcze odebrali przedstawiciele mojego dawnego miejsca pracy. Jeżeli dochodzi do zdarzenia i ktoś chce je ze mną skonsultować, jestem dostępny pod służbowym telefonem przez całą dobę. Niestety nie wszyscy z tego korzystają, a szkoda. Większość województw korzysta z tej możliwości bardzo chętnie, co sprawia mi dużą satysfakcję.
Lepiej działać w ten sposób, niż czekać na formalną ścieżkę i pisma zapowiadające wyciągnięcie konsekwencji. Wyznaję zasadę, że pismo to ostateczność, a takich pism trafiło już do jednostek w całej Polsce bardzo dużo.
Jak pan ocenia pracę strażaków, którzy mają do czynienia z niebezpiecznymi substancjami, pod względem zakresu obowiązków i dostępności sprzętu specjalistycznego?
W przypadku reagowania na zdarzenia radiacyjne specjalistyczne grupy ratownictwa chemicznego mają kilka poziomów gotowości i zakresów działań: A, B, C, D oraz L. Określa je załącznik do zasad organizacji ratownictwa chemicznego i ekologicznego w Krajowym Systemie Ratowniczo-Gaśniczym. Poziomy te obejmują zakres od poziomu A, przez poziom B i różne kombinacje tych oznaczeń, aż po poziom L. Każda grupa, w zależności od poziomu gotowości, realizuje określone zadania – od zabezpieczenia miejsca zdarzenia, przez rozpoznanie, identyfikację i pomiar skażeń, aż po dekontaminację. Dlatego na miejscu zdarzenia radiacyjnego, gdy istnieje podejrzenie obecności materiału promieniotwórczego lub został on już faktycznie ujawniony, zazwyczaj pojawia się grupa poziomu B, odpowiedzialna za rozpoznanie.
Ocenę pracy strażaków uzależniam od liczby takich zdarzeń. Prowadziłem działania i szkolenia we wszystkich województwach kraju oraz współpracowałem z grupami każdego poziomu gotowości. Często okazuje się, że obawy są większe niż rzeczywiste zagrożenie, a krok po kroku stale rozwijamy nasze kompetencje. Promieniowanie często kojarzy się z katastrofą reaktora w Czarnobylu, jednak była to sytuacja o zupełnie innej skali i konsekwencjach. Ogólnie rzecz biorąc, dobrze radzimy sobie z tymi zadaniami, choć zdarzają się sytuacje łatwiejsze i bardziej wymagające. Są grupy, które na swoim terenie obsługują wiele takich zdarzeń, dzięki czemu dysponują większym doświadczeniem. W przypadku innych grup zdarzenia mają charakter incydentalny i występują nawet tylko raz na kilka lat.
Jeżeli chodzi o sprzęt, stale się rozwijamy, a Państwowa Straż Pożarna dysponuje bardzo dobrym wyposażeniem. Oczywiście można argumentować, że wyposażenie zawsze może być jeszcze lepsze i bardziej zaawansowane. Urządzenie może kosztować nie 15 tys., lecz nawet 1,5 mln zł. Jednak z praktycznego punktu widzenia najważniejsza nie jest cena sprzętu, lecz umiejętność właściwej interpretacji wyników, które wskazuje dane urządzenie.
W porównaniu z innymi krajami Państwowa Straż Pożarna wypada całkiem nieźle – zarówno jeśli chodzi o wyszkolenie, jak i dostępność sprzętu.
Straż pożarna, w porównaniu z innymi krajami – pozwolę sobie odnieść się tu do Europy – przy zakresie obowiązków, jaki jej powierzono, wypada świetnie. Biorąc pod uwagę zakres działań straży pożarnych w innych krajach europejskich, a także poza Europą, PSP wypada rewelacyjnie. Trzeba przy tym podkreślić, że strażacy mają bardzo dużo obowiązków.
Wydaje mi się, że w strażach pożarnych innych krajów zakres obowiązków nie jest aż tak szeroki jak w Polsce. Czy słusznie?
Różnie z tym bywa, natomiast korzystając z okazji, chcę podkreślić, że w 2019 r., w znowelizowanej ustawie – Prawo atomowe, nałożono na nas bardzo dużo nowych obowiązków. Nie jest żadną tajemnicą, że za nowymi obowiązkami miały też pójść bardzo duże pieniądze. Od 2020 r. każdego roku mieliśmy otrzymywać ok. 6 mln zł rocznie na szkolenia w zakresie reagowania na zdarzenia związane z ujawnieniem m.in. źródeł niekontrolowanych, tak zapisano w znowelizowanej ustawie. Nie miały to być środki na nowy sprzęt czy nowe samochody, bo przecież to mamy. Środki te miały zostać przeznaczone na szkolenia w zakresie nowych obowiązków, które na nas nałożono. Nie jest też żadną tajemnicą – mówię o tym głośno przy każdej nadarzającej się okazji – że z tych pieniędzy nie dostaliśmy ani złotówki. Szkolimy się więc wewnętrznie, bo musimy dostosować się do nowych wymogów. Jak dotąd nikt nie odpowiedział na pytanie, dlaczego nie dostaliśmy tych pieniędzy. Jedyne, na co możemy liczyć, to wzruszenie ramionami.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nikt w tym momencie nie zastanawia się nad jedną kwestią: skoro strażacy nie dostali pieniędzy na to, żeby się szkolić, to może należałoby zdjąć z nich te obowiązki. Pieniędzy nie ma, a obowiązki zostały. To przykra sytuacja. Spotykamy się z dużym zrozumieniem, ale rozwiązania finansowego nadal brakuje.
Mamy opracowane trzy poziomy programów szkoleń specjalistycznych: dla strażaków jednostek ratowniczo-gaśniczych, dla dowódców JRG oraz dla specjalistycznych grup ratownictwa chemicznego i ekologicznego. Miałem duży udział w ich przygotowaniu. Są to bardzo szczegółowe programy szkoleń. Realizują je podmioty zewnętrzne, np. instytuty naukowe. Wiadomo, nikt nie robi tego charytatywnie. Świetnie współpracuje nam się z Politechniką Łódzką, Międzyresortowym Instytutem Techniki Radiacyjnej oraz panią prof. Magdaleną Długosz-Lisiecką, która jest organizatorką tych szkoleń. Oczywiście przeprowadzono szkolenie pilotażowe. Kilka lat temu udało nam się znaleźć na to pieniądze. Czasami województwa wygospodarowują środki, dzięki czemu możemy wysłać strażaków chemików do pani profesor na dwudniowe szkolenie teoretyczno-praktyczne. Zawsze jestem na nich obecny. Chcę zwrócić uwagę na jedną rzecz: nie powinno być tak, że szukamy pieniędzy na szkolenia. Te fundusze powinny być nam zapewniane rok po roku na podstawie ustawy – Prawo atomowe, a jeszcze ani razu ich nie otrzymaliśmy. Dlatego powiem szczerze: jedno województwo częściej wysyła strażaków na takie szkolenia, inne rzadziej, a nie tak powinno być.
Czy to oznacza, że obowiązki szkoleniowe zostały w takim razie przerzucone na poszczególne komendy, czy że szkolenia odbywają się po prostu w bardzo ograniczonym zakresie?
Odbywa się to w ten sposób, że każdy wie, iż mamy obowiązki, bo ustawa obowiązuje wszystkich. Zakresy reagowania w zasadach KSRG są dokładnie opisane – wskazują, co i na jakim poziomie należy zrobić krok po kroku. Natomiast powiem tak, może trochę nieskromnie: od wielu lat jestem nazywany bajpasem. Żeby więc cokolwiek się odbywało, bardzo często to ja jeżdżę po Polsce i prowadzę te szkolenia, wykorzystując swoją wiedzę i doświadczenie. Na przykład w czerwcu odwiedzam ścianę wschodnią. Co istotne, wydaje mi się, że bez pieniędzy i wsparcia ośrodków szkolenia nie jestem w stanie zapewnić tak praktycznych zajęć, jakie może zaoferować na przykład Politechnika Łódzka w Międzyresortowym Instytucie Techniki Radiacyjnej.
Może po tej rozmowie coś się ruszy. Ktoś ją przeczyta i zobaczy, że jest to temat, nad którym trzeba się pochylić. Może te pieniądze się pojawią?
Staram się, podobnie jak pani redaktor, być daleko idącym optymistą. Natomiast powiem szczerze: siódmy rok z rzędu nic się nie dzieje. Bądźmy jednak dobrej myśli – oby ktoś podjął działania i oby znalazły się pieniądze na te szkolenia. Zwłaszcza że niedługo na terenie województwa pomorskiego ma powstać pierwsza elektrownia jądrowa w Polsce. A jak wszyscy wiedzą, są też plany budowy kolejnej. W tym momencie zajęcia typu: sala, rzutnik i laptop na pewno nie załatwią sprawy.
Czy są w pana wydziale obszary, które można by jeszcze udoskonalić albo które wymagają dalszej pracy?
Powiem tak: tematyka zagrożeń CBRN jest ostatnio bardzo aktualna i zyskuje coraz większe znaczenie. Od czasu ataku FSB na Siergieja Skripala w 2018 r. w Wielkiej Brytanii stało się jasne, że zagrożenia chemiczne nie wiążą się wyłącznie z awariami przemysłowymi w zakładach, gdzie może dojść do bardzo spektakularnego zdarzenia, np. wykolejenia cysterny i wycieku substancji toksycznej. Zagrożenie CBRN to coś, czego często nie widać w tak spektakularny sposób. Niestety świat zmierza w złym kierunku, a sytuacja na wschodzie jest tego wyraźnym przykładem. Wydaje mi się, że powołanie w Komendzie Głównej PSP Wydziału do spraw Zagrożeń CBRN było naprawdę strzałem w dziesiątkę. To nie tylko ciężka chemia, kombinezony i odzież ochronna, które zresztą wydają się bardzo medialne. Spójrzmy na to bardziej analitycznie.
Obecny rok jest przełomowy, ponieważ właśnie został powołany specjalistyczny moduł europejski. Moduł ma nawet swoją bazę na terenie poligonu Akademii Pożarniczej w Nowym Dworze Mazowieckim. To właśnie tutaj z wielu jednostek w kraju powołano grupę funkcjonariuszy, którzy są przygotowywani do reagowania w razie potrzeby na terenie Unii Europejskiej, a być może także poza jej granicami. Moduł oficjalnie wystartuje w czerwcu tego roku. Przewidziano również ćwiczenia. To był element, którego brakowało w systemie reagowania na zagrożenia CBRN, ale wspólnymi siłami udało się go powołać. Patrząc na jego skład i strukturę, mogę powiedzieć, że jest to coś, czym będziemy mogli się pochwalić, a dzięki temu będziemy rozpoznawalni nie tylko w Europie, lecz także na świecie. Gdy patrzę na zakres obowiązków oraz doposażenie sprzętowe modułu, powiem szczerze: jestem dumny.
Ile mniej więcej potrzeba czasu, żeby ta grupa faktycznie się wdrożyła, była przećwiczona i gotowa do ewentualnego działania?
Osiągnięcie gotowości operacyjnej planowane jest do końca września 2026 r. W tym roku moduł musi osiągnąć pełną gotowość do działania, ale myślę, że to temat na odrębną rozmowę z osobą, która za niego odpowiada.
Na koniec wrócę jeszcze do tego, że został pan Liderem Wartości Etycznych. Być może oznacza to również, że jest pan bardzo lubiany przez kolegów. Co podpowiedziałby pan innym pracownikom? Jak można osiągnąć to, by być tak lubianym i wskazywanym jako osoba kierująca się wartościami etycznymi?
Trochę zaskoczyła mnie pani redaktor tym pytaniem i stwierdzeniem, że jestem lubiany. Nie mnie to oceniać. Co natomiast mógłbym doradzić przyszłym Liderom Wartości Etycznych? Doradziłbym jedną rzecz: bycie sobą i zachowywanie się w taki sposób, w jaki czujemy się najlepiej. Ważne jest bycie prawdomównym – choć oczywiście istnieją pewne granice prawdomówności – oraz unikanie sztucznego dostosowywania się do sytuacji, a nie kiwanie głową, bo wszyscy kiwają, czy bicie brawo, bo wszyscy to robią. Pamiętajmy, że posiadanie własnego zdania jest szczególnie ważne. To bardzo dobry przykład wartości etycznej, z którą można się zgadzać lub nie. Ja właśnie taki jestem – mam własne zdanie. Kiedy trzeba, przyznam rację, ale kiedy nie jestem przekonany, absolutnie nic nie jest w stanie skłonić mnie do zmiany decyzji. Podczas tej rozmowy pokazałem już, że możemy się lubić i miło spędzać wspólnie czas, ale kiedy przychodzi moment przejścia na grunt zawodowy, nie ma to najmniejszego znaczenia. Dlatego bądźmy sobą i mówmy to, co myślimy. Szczerość i autentyczność przyniosą nam większą sympatię innych osób niż udawanie na siłę, że jesteśmy częścią jakiejś rzeczywistości.
Wydaje mi się, że szczerość, prawdomówność i bycie sobą budzą również szacunek. Może właśnie dlatego funkcjonariusze przyjęli pana do swojego grona?
To ciekawa interpretacja. Od samego początku starałem się zajmować tylko swoją działką. Nie byłem typem lwa salonowego, który staje się uczestnikiem gier biurowych. A przecież rozgrywki biurowe zdarzają się wszędzie – zarówno w korporacjach, jak i w formacjach mundurowych. Ja wolałem odsunąć się na bok. Natomiast tym, co moim zdaniem zostało docenione, było nieopowiadanie się po żadnej ze stron. Nigdy nie byłem stronniczy. Zawsze pokazywałem, jaki jestem naprawdę. Dyrektorzy i komendanci się zmieniają, a jeżeli ktoś cały czas jest sobą i pokazuje, że praca – owszem – jest dla niego ważna, ale najważniejsze pozostaje życie prywatne, oraz wykonuje swoje obowiązki zgodnie z własnym podejściem do życia i nie zaburza życia innym, to proszę mi wierzyć: można dać się lubić.
Marta Giziewicz jest redaktorką i dziennikarką, autorką powieści, pracuje w "Przeglądzie Pożarniczym" od 2020 r.