• Tłumacz języka migowego
Ratownictwo i ochrona ludności Lech Lewandowski

Wielki pożar z małych butli

20 Grudnia 2016

O godz. 11.44 służba dyżurna wrocławskiej komendy miejskiej PSP odebrała zgłoszenie o pożarze. Powstał on w zakładzie napełniania gazem pojemników do zapalniczek w podwrocławskich Radwanicach. Powiadamiający o zdarzeniu świadkowie twierdzili, że pożar jest groźny, a płomienie sięgają kilkunastu metrów.Wielki pożar z małych butli

Podjęcie decyzji o zadysponowaniu do tej akcji strażaków z wrocławskiej JRG 3 było w pełni uzasadnione, wręcz oczywiste. Jednostka znajduje się najbliżej Radwanic, w odległości zaledwie około 7 km. Poza tym już od 1987 r., kiedy wyposażono ją w pierwszy specjalistyczny samochód, budowała swoją specjalizację ratownictwa chemicznego. Obecnie ma w wyposażeniu już trzy „chemiki”, w tym dwa ciężkie, a wszyscy pełniący tu służbę strażacy ukończyli podoficerskie kursy ratownictwa chemicznego. O tym, jak poważne jest to zdarzenie, strażacy mogli dowiedzieć się już w drodze do pożaru, kiedy przekroczyli granice miasta. Z daleka widać było wznoszącą się ponad drogą smugę gęstego dymu oraz ogień.

Już po kilku minutach od zgłoszenia w zakładzie, w którym doszło do wybuchu gazu, pojawiły się trzy zastępy strażaków, na czele z dowódcą zmiany st. asp. Bogusławem Misiem. On jako pierwszy objął dowodzenie akcją. Zastęp asp. Piotra Torchały w GCBA, kolejny st. asp Bogdana Kozaka w SD 42 i st. asp. Bogusława Misia na GBA PR. W tej pierwszej fazie akcji uczestniczyli także strażacy OSP Radwanice.

Z rozpoznania wynikało, że pożarem objęta jest połowa hali produkcyjnej. Jej kubatura to około 5400 m3, a powierzchnia - 770 m2. Pożar rozwijał się od strony magazynu ciekłego gazu. W momencie przybycia strażaków tam właśnie zagrożenie było największe.

Złapać pożar

W odległości około 15 m od opanowanej przez ogień hali znajdowały się aż cztery zbiorniki ze skroploną mieszaniną gazu propan-butan. Trzy, zlokalizowane na powierzchni, miały pojemność 10 m3, czwarty, skryty pod ziemią - 45 m3.

Gaz ze zbiorników tłoczony był do hali produkcyjnej za pomocą podziemnej instalacji. Na dwóch liniach technologicznych napełniano nim butelki do zapalniczek, o pojemności od 90 do 300 ml. Gotowe wyroby składowano na paletę, którą następnie owijano folią i wózkiem widłowym wywożono do magazynu. W trakcie jednej zmiany zapełniano gotowymi produktami jedną paletę. W pojemnikach znajdujących się na niej było łącznie 330 kg płynnego gazu.

Przeniesienie pożaru z linii technologicznej na gotowe produkty groziło wybuchem i gwałtownym zintensyfikowaniem pożaru. To zaś stanowiłoby oczywiste zagrożenie dla czterech zbiorników. Ponadto w drugiej części hali produkcyjnej znajdował się magazyn z łatwopalnymi pojemnikami na gaz, co w razie rozprzestrzenienia się pożaru dodatkowo skomplikowałoby sytuację. -Dlatego właśnie mój zamiar taktyczny opierał się na założeniu, że dzięki podaniu prądów wody w natarciu nie dopuścimy do przeniesienia ognia na gotowe produkty i na magazyn - informuje st. asp. Bogusław Miś. - Równocześnie podjąłem decyzję, aby bronić zbiorników z płynnym gazem. Ich ewentualny wybuch groziłby katastrofą dla całej miejscowości. Przekazałem też informację o konieczności zadysponowania do akcji dodatkowych sił i środków.

Cena kilku minut

Zamiar taktyczny KDR był słuszny. Podtrzymał go dowódca JRG 3 mł. bryg. Wiesław Wojciechowski. Jego realizacja była jednak bardzo trudna, ponieważ w chwili przyjazdu strażaków i rozpoczęcia akcji pożar był już rozwinięty. Pojawiło się pytanie, czy strażacy nie przyjechali zbyt późno. Tym bardziej zasadne, że gdy dotarli na miejsce zdarzenia, był już tam ambulans, a policjanci kierowali ruchem. - Byłem zaskoczony obecnością tych służb , ponieważ zwykle w takich sytuacjach strażacy są na miejscu zdarzenia jako pierwsi - stwierdza aspirant Miś. - Przyjechaliśmy w ciągu niespełna 10 min od chwili otrzymania zgłoszenia. Czy straż pożarna została powiadomiona o pożarze jako ostatnia?

Wątpliwość uzasadnia także fakt, że w chwili przybycia strażaków cała pracująca w hali dwunastoosobowa załoga hali została już ewakuowana. Ranny był jedynie 37-letni mężczyzna, który w następstwie wybuchu będącego przyczyną pożaru doznał poparzeń drugiego stopnia 35% powierzchni ciała - głównie kończyn dolnych i lewego przedramienia.

- Okazało się też, że jeszcze przed naszym przyjazdem ten poszkodowany został odwieziony inną karetką do szpitala - kontynuuje swoje rozważania st. asp. Bogusław Miś. - A przecież to wszystko wymagało czasu.

Opinię pierwszego KDR podtrzymuje zastępca dowódcy JRG 3. kpt. Piotr Ciesielski, który przypomina, że to nie gospodarze zakładu poinformowali strażaków o pożarze, lecz pracownicy pogotowia ratunkowego. To oznacza, że pogotowie dowiedziało się o zdarzeniu jako pierwsze, potem przekazano tę wiadomość Policji i dopiero wtedy dotarła do stanowiska kierowania PSP. Zdaniem kapitana Ciesielskiego pierwszy KDR słusznie twierdzi, że gdyby ekipy strażackie przybyły na miejsce akcji 5 minut wcześniej, byłaby duża szansa na zlokalizowanie pożaru jeszcze w hali produkcyjnej. - Wtedy jeszcze pożar, choć szybko się rozwijał, obejmował jedynie linię technologiczną w hali produkcyjnej - stwierdza. - Była więc szansa na niedopuszczenie do wybuchu. Rzeczywiście bardzo brakowało nam tych kilku minut, aby już w pierwszej fazie akcji opanować sytuację i rozgrywać całą akcję wedle naszego scenariusza.

Żywioł był szybszy

Zgodnie z przyjętym zamiarem taktycznym strażacy podali przez okna budynku hali produkcyjnej dwa prądy wody do wewnątrz, w natarciu na front pożaru. Równolegle podano kolejne dwa prądy wody od strony zbiorków z gazem płynnym, aby nie dopuścić do ewentualnego przeniesienia pożaru w ich kierunku. Niestety, w płonącej hali znajdowała się niewywieziona jeszcze paleta z napełnionymi gazem pojemnikami. Mimo podejmowanych wysiłków strażacy nie zdołali powstrzymać ognia przed dotarciem do niej. Doszło do wybuchu zawartości palety.

Błyskawicznie podniosła się temperatura. Wybuchające pojemniki z ogromną szybkością wylatywały w powietrze, na wszystkie strony. Strażacy musieli odsunąć się na bezpieczną odległość, a pożar błyskawicznie objął magazyn, rozwijając się dynamicznie we wszystkich kierunkach. Zagrażał także znajdującemu się tuż obok hali budynkowi biurowemu.

Wkrótce po rozpoczęciu akcji ratowniczo-gaśniczej na miejsce docierały kolejne zastępy. Przybył także dowódca JRG 3 mł. bryg. Wiesław Wojciechowski, który przejął dowodzenie. Podtrzymując wcześniejszy zamiar taktyczny, zdecydował, że należy podać pianę ciężką. Sprawiono więc działko przenośne, z którego podawano pianę gaśniczą zarówno do hali, jak i na sąsiadujący z nią budynek biurowy. Na biurowiec podawano także pianę z drabiny mechanicznej.

Strażacy walczący z ogniem w hali produkcyjnej zasygnalizowali, że wciąż dociera do niej gaz. W razie zagrożenia, szczególnie pożarowego, zawory na podziemnej instalacji powinny się automatycznie zamknąć, jednak tak się nie stało. Nastąpiła awaria systemu. Zagrożenie udało się usunąć dzięki ręcznemu zakręceniu zaworów.

W sąsiadującej z halą szatni pracowniczej nagromadziła się duża ilość gazów. Wytworzyła się tam bardzo wysoka temperatura. W rezultacie nastąpiło gwałtowne wybicie okna przez które ogień rozprzestrzenił się na budynek biurowy. Po chwili trawił on już przybudówkę budynku, a następnie przeniósł się na poddasze. Działania strażaków koncentrowały się na opanowaniu pożaru. Na dach biurowca podano m.in. kolejne dwa prądy piany.

st. asp. Bogusław Miś

To był niewątpliwie jeden z największych pożarów nie tylko w tym roku, ale w ostatnich latach. Każde tego typu zdarzenie ma swoją specyfikę. Dlatego - choć istnieją określone procedury postępowania - zawsze dokładnie analizujemy konkretny pożar, zwłaszcza taki jak ten - mówi mł. bryg. Remigiusz Adamańczyk.

W tym zdarzeniu było kilka elementów, które miały duży wpływ na przebieg akcji. Na przykład szwankujący system powiadamiania o zdarzeniu - bo przecież bezcenne są nawet minuty. Pojawiły się także awarie techniczne, których nie dało się wcześniej przewidzieć, np. awaria autopompy czy systemu automatycznego zamykania zaworów podziemnej instalacji tłoczącej gaz ze zbiorników, zbyt niskie ciśnienie wody w hydrantach.

Nawet pozornie mało istotne fakty mogą mieć wpływ na przebieg całej akcji. Każdy tego rodzaju pożar jest jak bitwa. Niby doskonale znane są zasady walki, do perfekcji opanowana jest taktyka, a jednak zawsze jedna strona wygrywa, a druga przegrywa, bo popełnia jakieś błędy - źle ocenia przeciwnika albo spotykają ją nietypowe okoliczności. Tak też jest z pożarami, które zawsze są dla strażaków kolejną bitwą i kolejną lekcją, z której trzeba wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Pod górkę

Kilkakrotnie podczas akcji ratowniczo-gaśniczej sytuacja bardzo się komplikowała. Tak było między innymi, kiedy wybuchła paleta z napełnionymi gazem butlami albo gdy okazało się, że ze względu na zbyt niskie ciśnienie w hydrantach wystąpił niedobór wody. Wprawdzie przedstawiciel wodociągów dość szybko zareagował na apel strażaków o zwiększenie ciśnienia, jednak zapotrzebowanie na wodę było bardzo duże. Zadysponowano więc samochód cysternę CN 18 z wrocławskiej JRG 4. Ta bardzo szybko pojawiła się na miejscu działań, jednak do stanowiska kierowania wrocławskiej KM PSP dotarł meldunek dotyczący awarii znajdującej się na cysternie autopompy. W związku z tym zadysponowano samochód cysternę CN 25 z Wałbrzycha. Miał on jednak do pokonania aż 70 km. Kolejne siły i środki zadysponowano także z Legnicy i Lubina. Strażacy nadal próbowali uruchomić autopompę cysterny znajdującej się już na miejscu. Po uruchomieniu pracowała przez chwilę, a następnie przestawała - nie wiadomo dlaczego. Ostatecznie jednak zadziałała. Nikt nie odwołał jednak cysterny jadącej z Wałbrzycha, gdyż nie można było przewidzieć, jak potoczą się dalsze zmagania z pożarem. Cały zapasowy rzut sił i środków - cysterna z Wałbrzycha oraz siły i środki z Legnicy i Lubina - został skierowany do JRG 3, skąd w razie konieczności dodatkowego wsparcia bardzo szybko mógł zostać skierowany na teren zakładu.

Taktyczne przegrupowanie

Tymczasem na miejscu akcji nastąpiła kolejna zmiana organizacyjna. Dowodzenie działaniami objął zastępca komendanta miejskiego wrocławskiej PSP mł. bryg. Remigiusz Adamańczyk. Po zapoznaniu się z sytuacją KDR podjął decyzję o podzieleniu terenu pożaru na cztery odcinki bojowe. Dokonano też m.in. inwentaryzacji wykorzystywanych linii gaśniczych, usuwając uszkodzony sprzęt.

Dowodzenie pierwszym odcinkiem bojowym objął mł. bryg. Wiesław Wojciechowski. Strażacy skupili się na podawaniu środków gaśniczych na część produkcyjną i magazynową hali. Dowodzenie drugim odcinkiem bojowym powierzono mł. bryg. Pawłowi Błażejczykowi, z zadaniem podawania środków gaśniczych na budynek gospodarczy znajdujący się w sąsiedztwie płonącej hali. Ponieważ pożar przeniósł się na budynek biurowy, kpt. Piotr Ciesielski, który objął dowodzenie trzecim odcinkiem bojowym, otrzymał zadanie podawania środków gaśniczych do wnętrza i na dach budynku. Dowodząca czwartym odcinkiem st. kpt. Izabela Budzisz była odpowiedzialna za zapewnienie ciągłości zaopatrzenia wodnego.

W wyniku prowadzonych działań strażacy przejęli pełną kontrolę nad pożarem. Wykorzystując drabinę mechaniczną - choć nie obyło się bez technik alpinistycznych - zastęp wrocławskiej JRG 9 usunął część pokrycia dachowego. Dzięki temu możliwe było dogaszanie pojedynczych zarzewi ognia. Zlokalizowano je także w hali magazynowej pod zawalonymi betonowymi elementami dachu. Ładowarką wywożono spalone wyposażenie i sprzęt na zewnątrz, a kamery termowizyjne pozwoliły sprawdzić cały obiekt.

Media

Pożar w Radwanicach wzbudził ogromne zainteresowanie mediów. Na miejsce działań strażaków zjechały licznie ekipy dziennikarskie, pragnące natychmiast przekazać relacje, także na żywo. Zdarzenie stało się więc testem również dla oficera prasowego wrocławskiej KM PSP mł. bryg. Mariusza Urbaniaka. Trzeba przyznać, że podołał zadaniu. Został utworzony punkt prasowy, dzięki czemu informacje były przekazywane na bieżąco i w skoordynowany sposób, a dziennikarze mieli zapewnione bezpieczne warunki pracy.

W akcji udział wzięło 60 strażaków, w tym 47 strażaków PSP. Do trwających 9 godz. działań ratowniczych zadysponowano 19 samochodów pożarniczych. W ramach działań gaśniczych podano 340 tys. l wody oraz sześć prądów piany gaśniczej.

Lech Lewandowski

grudzień 2016

Lech Lewandowski Lech Lewandowski

jest dziennikarzem i politologiem, pracującym przez wiele lat w prasie wojskowej, specjalizującym się w polityce międzynarodowej.

do góry