• Tłumacz języka migowego
Ratownictwo i ochrona ludności Marta Giziewicz

Rudziański dreszczowiec (wspomnienia uczestników akcji)

16 Sierpnia 2022

Tamtego dnia, kiedy czas stanął, a ogień zaczął trawić lasy nadleśnictwa Rudy Raciborskie, było bardzo gorąco i sucho. Środa 26 sierpnia 1992 r. zapisała się w pamięci strażaków pod znakiem upałów - termometry wskazywały 32°C, a dwa dni później w Kaliszu aż 38°C. Przy wietrze osiągającym około 13,5 m/s można było spodziewać się rychłej katastrofy.

A jednak pożar, który wybuchł 26 sierpnia, zaskoczył - najbardziej swoją skalą. Nikt nie spodziewałby się, że przyjdzie czas, w którym ogień w kilka dni pochłonie połać przeszło 9 tys. ha lasu.

Jedna iskra

Zaczęło się po południu, około godz. 13.00, kiedy pociąg jadący linią kolejową 151 (między Raciborzem a Kędzierzynem-Koźlem) zahamował w pobliżu Solarni. Prawdopodobnie iskra spod kół padła na wysuszoną słońcem trawę. Ta zaczęła się tlić, aż pojawił się płomień. O godz. 13.50 dyspozytor oddziału 109 leśnictwa Kiczowa w nadleśnictwie Rudy Raciborskie zauważa pierwszą strugę dymu.

Mniej więcej o tej samej porze kierowca wozu strażackiego st. ogn. Hubert Dziedzioch wracał właśnie z Nędzy z dowódcą, st. asp. Andrzejem Kaczyną. Zajechali do odlewni metali Rafamet, by skorzystać z hydrantu i napełnić beczkę. Dostrzegli wtedy dym. W radiu usłyszeli nerwowy głos dyspozytora. Gdy tylko wóz był gotowy, ruszyli prosto na miejsce.

Wiatr wzmagał ogień i gnał go w kierunku północno-wschodnim. O godz. 14.15 płonął już pas wzdłuż oddziału 109. Na drodze między oddziałami 109 i 125 rozstawiły się trzy zastępy - JRG Racibórz, OSP Rudy i Ruda Kozielska. Dowodził nimi st. asp. Kaczyna. Wsparcie cały czas przybywało, ale sytuacja wciąż się pogarszała. Szybko stało się jasne, że ogień nie zatrzyma się na drodze asfaltowej. Wiatr rzucał płonącymi gałęziami na duże odległości. Akcja przebiegała dramatycznie, ruchy wiatru były zmienne i nie do przewidzenia. Analizy modelowe wykazały, że pożar przemieszczał się z prędkością sięgającą 3,9 km/h. Raz była to walka z ogniem, raz ucieczka przed nim. Jak wiemy, nie każdemu udało się uciec. Zginęło dwóch strażaków - dowódca st. asp. Andrzej Kaczyna i dh Andrzej Malinowski z Kędzierzyna. Śmierć w wypadku samochodu strażackiego poniosła także przypadkowa osoba. Z odsieczą przyszedł… deszcz. Spadł 31 sierpnia, ale dogaszanie pożaru trwało do 12 września.

Przyczyny, utrudnienia, zmiany

Bezpośrednią przyczyną pożaru była iskra, która powstała przy hamowaniu pociągu, ale nie należy zapominać o przyczynach pośrednich, czyli warunkach pogodowych i środowiskowych, a także wynikających z ingerencji człowieka. Bolączką były upały, długotrwały brak opadów deszczu (w Rudach Raciborskich nie padało od maja) oraz permanentne niedobory wody, wręcz pustki w zbiornikach i ciekach wodnych. Te ostatnie wynikają nie tylko z wysokich temperatur czy braku opadów, powodowało je również wybieranie piasku (w kopalni piasku i żwiru w Dziergowicach). Do tego przewaga żywicznych iglaków, sucha ściółka, a gdzieniegdzie będące tykającą bombą torfowiska i niewypały.

Nie tylko to spędzało sen z powiek dowodzącym i strażakom toczącym ten nierówny bój. Praca na wysłużonym sprzęcie wcale nie była łatwa, do tego sieć dróg w części lasu okazała się niedostateczna, a niektóre z nich prowadziły donikąd. Brakowało przestrzeni, by się wymijać, miejscami trzeba było wjeżdżać tyłem. Gaszenie za pomocą samolotów było ograniczone przez gęsty dym. Ogień pochłonął sprzęt, w tym sześć samochodów gaśniczych, 25 motopomp, 500 odcinków węży tłocznych.

Historia wielkiego pożaru lasu pokazała, jak wiele trzeba zmienić. Przede wszystkim strażacy potrzebowali nowszego i lepszego sprzętu (nie tylko dlatego, że część utracili w tych działaniach), konieczna była modernizacja systemu łączności, zapewnienie lepszej koordynacji na podstawie jasno rozumianych planów lasów, poprawa leśnej sieci komunikacyjnej. Z punktu widzenia zarządzających terenami leśnymi istotne są wieże przeciwpożarowe, dostrzegalnie, kamery, samoloty patrolujące, a w samych działaniach - szybka lokalizacja i gaszenie ognisk.

 Literatura

Pasztelańska, R. Pasztelański, Strażacy. Tam, gdzie zaczyna się bohaterstwo, Znak Horyzont, Kraków 2018, s. 17-49.

PP nr 3/1993.

PP nr 5/1993.

PP nr 6/1994.

 

WSPOMNIENIA UCZESTNIKÓW AKCJI W KUŹNI RACIBORSKIEJ

Stefan KapturStefan Kaptur - w 1992 r. zastępca dowódcy Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej PSP w Raciborzu, starszy aspirant 

Pierwszy dzień

W środę  26 sierpnia 1992 r. służba przypadła drugiej zmianie. Jej dowódcą był st. asp. Andrzej Kaczyna - strażak, któremu żywioł odebrał w tej akcji życie. Na służbie  miała nam towarzyszyć dziennikarka lokalnej gazety. Chciała napisać kolejny reportaż z cyklu artykułów o trudach pracy różnych służb.

To był kolejny upalny i bezdeszczowy dzień sierpnia - około 37°C.  Wilgotność ściółki w lasach nadleśnictwa Rudy Raciborskie wynosiła poniżej 10%. Na początku miesiąca jednostki PSP i OSP z naszego powiatu pomagały gasić duży pożar lasu koło Olkusza. Też tam byłem.

26 sierpnia zapowiadał się jako zwyczajny dzień służby. I tak było do godz. 12.30, kiedy to otrzymaliśmy pierwsze zgłoszenie o pożarze lasu koło miejscowości Nędza. Do tego zdarzenia zadysponowano zastęp z JRG Racibórz i kilka jednostek OSP. Strażacy korzystali z wody dowożonej z Kuźni Raciborskiej (około 5 km). Podczas kolejnego uzupełniania wody, około godz. 13.50, st. asp. Andrzej Kaczyna zauważył kłęby czarnego dymu nad lasem w kierunku północnym. Poinformował o tym nasze stanowisko kierowania i zadeklarował przemieszczenie się w tym kierunku. Jego obserwację potwierdziło zgłoszenie pożaru w oddziale 109 koło Kuźni Raciborskiej (kierunek północny) przez nadleśnictwo. Wtedy podjęliśmy decyzję o natychmiastowym udaniu się na miejsce tego pożaru. Ja jako kierowca, dowódca JRG st. asp. Gerard Wranik i asp. Andrzej Charuk wsiedliśmy do samochodu marki Żuk. Pamiętam dobrze tę jazdę, bo temperatura cieczy chłodzącej przekroczyła 100°C… Na szczęście udało nam się dojechać na miejsce. Byliśmy tam około godz. 14.15.

Po wstępnym rozpoznaniu, mając na uwadze szybkość rozwoju pożaru i porywisty, zmieniający kierunek wiatr, podjęliśmy decyzję, że równocześnie należy ograniczyć rozwój pożaru i bronić sąsiednich dwóch oddziałów leśnych. Główną linię obrony ustanowiliśmy na drodze międzyoddziałowej i głównej drodze asfaltowej relacji Kuźnia Raciborska - Kędzierzyn-Koźle. Tam kierowaliśmy jednostki, które cały czas przybywały na miejsce pożaru z terenu naszego powiatu, jak i z województwa opolskiego.

Jednostki miały wejść w głąb oddziału 109 od strony północno-wschodniej i tłumić czoło pożaru. Jednostki znajdujące się na drodze głównej miały zaś intensywnie zwilżać ściółkę leśną i korony drzew rosnących przy drodze. Patrząc na te działania i widząc ich efekty oraz rozwój pożaru, odnieśliśmy wrażenie, że chyba uda się ten pożar opanować. Nie wiedzieliśmy, jak bardzo się myliliśmy. W pewnym momencie usłyszałem krzyk: „Po drugiej stronie drogi się pali”. Wtedy spojrzałem i zobaczyłem, że w odległości 100-150 m (oddział 108) od tej głównej drogi w paru miejscach płonie ściółka leśna, a porywisty wiatr przenosi ogień na korony niższych drzew i przesuwa pożar w głąb lasu.

Gaszenie żywiołu trwało wiele dni i odbywało się różnymi metodami/ fot. arch. Stefana KapturaOgnie lotne przerzucone zostały nad naszymi głowami. Wtedy trzeba było szybko przegrupować jednostki i tak też się stało. Kolejne przybywające siły były kierowane w to nowe miejsce. Około godz. 15.30 na miejsce pożaru przybył szef służby operacyjnej Komendy Wojewódzkiej PSP, wtedy st. kpt. Piotr Buk. Przejął kierowanie działaniami i polecił mi udać się do Rud Wielkich, aby zabrać z nadleśnictwa mł. kpt. Łukasika i przekazać mu, aby zorganizował punkt przyjęcia sił i środków na stadionie sportowym w Kuźni Raciborskiej. Natychmiast udałem się tym samym Żukiem do Rud (około 8 km). Podczas jazdy usłyszałem przez radiostację nawoływania o pomoc medyczną, bo prawdopodobnie są ofiary i spalone samochody. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że to może być prawda i że dotyczy Andrzeja Kaczyny. Po wykonaniu tego polecenia byłem znowu na terenie pożaru. Podjęliśmy próbę dotarcia do spalonych samochodów i ewentualnych ofiar. Udało się za którymś razem. Tego widoku nigdy nie zapomnę - spalone ciało jednego z naszych kolegów znajdowało się w samochodzie, a drugiego nieopodal w młodniku.

Po przejęciu kierowania działaniami przez śląskiego komendanta wojewódzkiego PSP, wtedy bryg. Zbigniewa Meresa, zostałem przez niego wysłany na czoło pożaru z kompanią odwodową powiatu pszczyńskiego (chyba siedem samochodów gaśniczych). Po dotarciu na miejsce podjęliśmy próby ugaszenia ognia, ale znowu wiatr zmienił kierunek, a nam skończyła się woda. Ze względu na problemy z łącznością nie było możliwości uzyskania pomocy i podjąłem decyzję o wycofaniu się. Zabrałem do samochodu wspomnianą dziennikarkę. W drodze powrotnej widzieliśmy łuny pożaru i słychać było trzask palących się drzew. Sprawiało to niesamowite wrażenie. Do tego stopnia, że dziewczyna złapała mnie za rękę, prosiła, żebym jechał szybciej i wołała: „Mamusiu, ja chcę do domu”.

Po przyjeździe do punktu przyjmowania sił i środków cały czas przed oczami miałem ten straszny widok - spalone ciała i samochody. Późnym wieczorem znów zostałem wysłany do akcji. Tym razem z jednostkami z powiatu Jastrzębie-Zdrój. Jechaliśmy asfaltową drogą leśną - Barachowską, gdyż otrzymaliśmy komunikat, że pożar znowu zmienił kierunek swojego rozwoju - na wschodni. Dotarliśmy do czoła pożaru, mieliśmy go z przodu i lewej strony. Zastępy rozpoczęły podawanie wody. W pewnym momencie wiatr po raz kolejny zmienił kierunek i zrobiło się niebezpiecznie. Zobaczyłem, że żywioł bardzo szybko zbliża się do samochodu SDł Żuk z Jastrzębia-Zdroju. W samochodzie nikogo nie było, więc niewiele się zastanawiając, wbiegłem do kabiny. Na szczęście w stacyjce był kluczyk, próbowałem uruchomić silnik - udało się za trzecim razem, kiedy ogień był prawie pod kołami. Po palącej się ściółce leśnej na pełnym gazie wyjechałem na drogę asfaltową. Po drodze musiałem przejechać obok palących się drzew. Ogień miałem na szybie. Udało się.

Ogień pochłonął sprzęt, w tym sześć samochodów gaśniczych, 25 motopomp i 500 odcinków węży tłocznych/ fot. Czesław Horyń / arch. KW PSP KatowiceDo dzisiaj, jak tylko spotkam się ze st. bryg. Edwardem Debernym, dowódcą jednostek z Jastrzębia Zdroju, wspominamy to zdarzenie. Musieliśmy się wycofać ze względu na bezpieczeństwo strażaków i prawie kończącą się wodę w zbiornikach samochodów gaśniczych. Zewsząd widać było ogień i łuny palącego się lasu - nie tylko przy podłożu, płonęły również wysokie drzewa. Niesamowite wrażenie. Wcześniej i później byłem przy wielu pożarach lasu, ale czegoś takiego nigdy nie widziałem.

Dojechaliśmy do Kuźni Raciborskiej na stadion. Nocą nie prowadziliśmy działań gaśniczych w obawie o bezpieczeństwo strażaków. Usiadłem wreszcie na skarpie stadionowej i mogłem odpocząć, bo dzień był naprawdę ciężki. Siedziałem razem z kolegami z jednostki, ale żadnemu z nas nie chciało się rozmawiać. Każdy miał w głowie to, co stało się z naszym kolegą Andrzejem Kaczyną. Tego drugiego strażaka, ochotnika z OSP Kłodnica w woj. opolskim, nie znaliśmy.

Minął pierwszy dzień pożaru. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy z tego, jak długo potrwa i jakie przyjmie  rozmiary. W piątek miałem jechać z rodziną na wczasy nad morze. Żona z dziećmi pojechała, ja nie. W domu byłem dopiero w sobotę i wreszcie mogłem się wykąpać. 

 

Marek PisarekMarek Pisarek, w czasie gaszenia pożaru lasu w Kuźni Raciborskiej, starszy kapitan pożarnictwa, Komenda Miejska PSP Katowice

Waga doświadczenia

Po 30 latach od pożaru lasu w rejonie Kuźni Raciborskiej wiele faktów i zdarzeń zdążyło ulecieć z pamięci. Nie ma już wśród nas kilku dowódców tej akcji - komendanta głównego PSP, wówczas st. bryg. Feliksa Deli czy szefa II sztabu, opolskiego komendanta wojewódzkiego PSP, wtedy także st. bryg Jerzego Seńczuka. Na wieczną służbę odeszli również dowódcy innych odcinków bojowych - st. asp. Wojciech Grochmal i mł. bryg. Jacek Dziewit.

26 sierpnia 1992 r. pełniłem służbę w Komendzie Miejskiej PSP w Katowicach. O powstaniu pożaru w lesie w rejonie Kuźni Raciborskiej dowiedzieliśmy się ze stanowiska kierowania. Pierwsze napływające informacje nie były alarmujące, kolejne stawały się coraz tragiczniejsze - pożar szybko się rozprzestrzenia, są ofiary śmiertelne wśród strażaków, nie wiadomo, kto zginął, w jakich okolicznościach. Pożar rozwijał się gwałtownie, więc otrzymaliśmy polecenie pozostania w komendzie, w każdej chwili mogliśmy zostać zadysponowani do zdarzenia. I tak się stało. Późnym popołudniem tego dnia wysłano nas do Kuźni Raciborskiej, na miejscowy stadion sportowy, gdzie zlokalizowany był punkt koncentracji przybywających jednostek - na początku tylko z terenu województwa katowickiego.

Uczestnicy akcji przyznają, że takiego wszechogarniającego żywiołu nie widzieli w swoim życiu zawodowym/ fot. Czesław Horyń / arch. KW PSP KatowiceW okolicach Rybnika już widzieliśmy w oddali unoszące się kłęby ciemnego dymu. Po dotarciu na miejsce koncentracji i zameldowaniu się u dowództwa oczekiwaliśmy na przydziały organizacyjne. Zostałem skierowany na odcinek bojowy, którym dowodził st. bryg. Tadeusz Baniak. Na początku byłem jego zastępcą, a kiedy musiał wrócić do komendy, przekazał mi dowództwo odcinka bojowego III. Warto wspomnieć, że na 14 odcinków bojowych według stanu z 2 września dowódcami czterech byli oficerowie i aspiranci z KM PSP w Katowicach.

Nasz główny cel stanowiła walka z pożarem lasu, niedopuszczenie do jego rozwoju. Chcieliśmy cały czas mieć pożar przed sobą, a nie za plecami. Dążyliśmy do tego, by nie wypuścić go poza nasze linie gaśnicze. Stale współpracowaliśmy z dowódcami sąsiednich odcinków. W moim przypadku był to dowódca odcinka II - kpt. Andrzej Naziębło oraz dowódca odcinka IV - st. kpt. Jerzy Obara.

Kiedy udało nam się sprowadzić pożar do parteru, czyli poszycia leśnego, rozpoczęliśmy jego dogaszanie. Tymczasem zaczęły się jeszcze tlić torfowiska. Całe szczęście na moim odcinku ich warstwa była niezbyt gruba, choć i tak do jej ugaszenia potrzebowaliśmy dużo wody.

Na początku działań miałem na swoim odcinku około 50 samochodów gaśniczych różnych typów i rodzajów - z jednostek zawodowych, ochotniczych, z różnych województw. Wraz z upływem czasu i opanowywaniem pożaru na odcinku pozostawały jednostki Państwowej Straży Pożarnej.

Od początku akcji ustawialiśmy samochody tak, aby w razie potrzeby móc jak najszybciej wyjechać nimi z zagrożonej strefy. Pamiętam, że łatwiej było pieszo obejść cały odcinek i porozmawiać osobiście ze strażakami z sekcji, niż porozumieć się z nimi za pomocą radiotelefonów. Do zadań sekcji należało również  dowożenie wody z punktów czerpania. Wprawdzie prosiłem o węże do zbudowania linii tłocznej od punktu czerpania do miejsca rozmieszczenia samochodów (było to około 2 km), jednak stanowiły towar deficytowy i musiałem sobie radzić inaczej. Samochody w dalszym ciągu jeździły więc po wodę po kilka kilometrów, podobnie jak na odcinku II. W efekcie droga leśna uległa uszkodzeniu i trzeba było łatać w niej dziury.

Codziennie odbywały się odprawy z udziałem dowódców w sztabie, gdzie meldowaliśmy komendantowi głównemu PSP st. bryg. Feliksowi Deli o postępach w akcji gaśniczej oraz informowaliśmy go o zamiarach taktycznych na dany dzień.

31 sierpnia zaczął wreszcie padać upragniony deszcz, który w pewnym sensie przyspieszył gaszenie pożaru. Przyspieszył, ale go nie ugasił, jak twierdzili niektórzy „znawcy tematu”, nie będąc na miejscu działań.

W nocy spaliśmy w samochodach albo na ziemi, na zielonym trawiastym materacu. Na szczęście zabrałem ze sobą bechatkę, która bardzo mi się przydała, zwłaszcza w chłodne poranki. Warunki były spartańskie, bo przecież w 1992 r. straż pożarna nie miała jeszcze śpiworów czy kontenerów kwatermistrzowskich z odpowiednim wyposażeniem.

Każdy pożar niesie nowe doświadczenia dla uczestników akcji. Nie ma dwóch takich samych żywiołów, są co najwyżej podobne. Z perspektywy lat widzę, jak istotna była wiedza jednostek zdobyta wcześniej w walce z pożarami lasów. Miałem na swoim odcinku bojowym kompanię z Wrocławia-Centrum. Jej dowódcą był kpt. Ryszard Wierzbowski. Nasza współpraca układała się bardzo dobrze. Przyjechali samochodami gaśniczymi z napędem terenowym. Okazały się bezcenne w trudnym terenie leśnym, z fatalnymi drogami. Co ważne, jako doświadczeni w gaszeniu pożarów lasów zdążyli wyposażyć się już w stosowny sprzęt - łańcuchowe pilarki spalinowe oraz zestaw hydraulicznych narzędzi ratowniczych. Pilarki okazały się potrzebne później, kiedy spalone drzewa zaczęły się przewracać na drogi, uniemożliwiając przejazd samochodom. Zestaw hydraulicznych narzędzi ratowniczych został zaś wykorzystany podczas wypadku drogowego z udziałem samochodu pożarniczego.

Pamiętam też zabawne sytuacje. Na przykład oficera WP szukającego żołnierzy ze swojej jednostki…

Na zakończenie muszę dodać, że wszystkie sekcje uczestniczące w gaszeniu tego największego w Polsce pożaru lasu na moim odcinku bojowym bardzo dobrze wywiązywały się ze swoich zadań. Ja zaś za udział w tej akcji zostałem odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. 

 

 

Cezary Adamiak Cezary Adamiak - wtedy w stopniu młodszego kapitana, był dowódcą plutonu w KR PSP Pruszków, Oddział 16 Grodzisk Mazowiecki

Zadra w sercu

O rozwijających się pożarach lasów w rejonie Kuźni Raciborskiej dowiedziałem się z radia. Początkowo nic nie zapowiadało, że obejmą tak znaczne kompleksy leśne. Miałem dzień wolny od służby, kiedy usłyszałem, że strażacy mają się stawić do macierzystych jednostek, gdyż tworzone są kompanie odwodowe dla wsparcia strażaków już walczących z żywiołem.

Po kontakcie telefonicznym z dyżurnym PA JRG 16 w Grodzisku Mazowieckim dowiedziałem się, że mam się stawić alarmowo do godz. 14.00. W JRG, gdzie w stopniu młodszego kapitana pełniłem funkcję dowódcy plutonu, zauważyłem, że kompletowane są obsady pojazdów ze strażaków PSP i z druhów OSP. W późnych godzinach popołudniowych zwartą kolumną udaliśmy się do miejscowości, której nazwy już nie pamiętam, a tam rozlokowano nas w namiotach ustawionych na boisku sportowym. Po drodze mijaliśmy kolumny pojazdów pożarniczych z innych województw. Ciekawym doświadczeniem była obserwacja, jak wojskowe wozy zabezpieczenia technicznego (WZT - na podwoziu czołgowym) tworzyły pasy przeciwpożarowe oraz kładły drzewa, aby zapobiec rozprzestrzenieniu się pożarów.

Następnego dnia pierwszym zadaniem, jakie otrzymaliśmy, było udanie się w sile plutonu na tereny, które już strawił pożar, aby sprawdzić, czy nie istnieje możliwość jego nawrotu. Jadąc przez wypalone połacie lasu, można było zdać sobie sprawę, jak groźnym żywiołem jest ogień i jak trudno nad nim zapanować.

Kolejne dni to dozorowanie wyznaczonej linii obrony na przedpolu lasu. Pożar jednak zmienił kierunek i ochraniane tereny leśne nie uległy zniszczeniu.

W miejscu śmierci dh. Andrzeja Malinowskiego strażacy postawili krzyż/  fot. Robert PrzybyszWieczorem dostaliśmy polecenie, aby dostarczyć wodę dla żołnierzy, którzy byli w lesie i dogaszali go. Na miejscu zastaliśmy kompanię podchorążych jednej ze szkół oficerskich. Zmontowaliśmy dla nich prowizoryczny prysznic. Dowódca kompanii poinformował nas, że zostaną tu na noc i przenocują. Ten pomysł jednak wybiliśmy im z głowy, bo nigdy nie wiadomo, co może przynieść zmiana kierunku wiatru i rzecz najważniejsza - mogli ulec zaczadzeniu we śnie. Przyjęli naszą argumentację i przenieśli się w inne, bezpieczne miejsce.

Na szczęście fala upałów została zastopowana przez deszcze, które na pewno wspomogły strażaków w ich heroicznej walce z siłami natury.

Co ten pożar zmienił w jednostkach straży pożarnych? Czy wyciągnięto wnioski? Na pewno wymusił doposażenie strażaków w sprzęt nowej jakości. Na pewno zauważyłem daleko idące zmiany - w modernizacji parku samochodowego, zakupie autocystern, pomp o dużej wydajności, poprawie kierowania działaniami ratowniczymi na poziomie strategicznym, między innymi przez wymianę sprzętu łączności, pojazdów dowódczo-sztabowych.

Pozostaje jednak zadra w sercu…. Wśród lasów śmierć ponieśli strażacy w trakcie wykonywania obowiązków służbowych. Cześć ich pamięci! 

 

Robert PrzybyszRobert Przybysz, brał udział w akcji jako podchorąży czwartego roku SGSP

Cisza spalonego lasu

Minęło wiele lat od tego czasu, w pamięci przeplatają się często zatarte obrazy, czasem bardziej wyraziste chwile, ale jedno pozostanie na zawsze w mojej pamięci: ogrom tej tragedii i cisza spalonego lasu, która wbijała się w uszy w czasie codziennych działań. 

To było wyjątkowe lato: upalne, z temperaturami dochodzącymi do 38°C i niezwykle suche - opadów w rejonie Kuźni Raciborskiej nie notowano od maja. Jak wszyscy studenci miałem wakacje do końca sierpnia. W niedzielę 30 sierpnia podobnie jak kilkudziesięciu kolegów z kompanii stawiłem się na uczelni na wezwanie. Wiedzieliśmy o wielkim pożarze na południu Polski i tym razem to my mieliśmy brać udział w jego gaszeniu. Wszystkim udzieliło się wielkie podekscytowanie. W głowie roiło się od pytań: jaka jest sytuacja pożarowa na miejscu, czego będą od nas wymagali i czy nasza pomoc okaże się skuteczna? I tak, nie wiedząc, czego się możemy spodziewać, jednak pełni bojowego animuszu, wyruszyliśmy z Warszawy. Mieliśmy jechać do Kuźni Raciborskiej na dwa dni, żeby podmienić pierwszy rzut, który był już na miejscu. Powiedziano nam, byśmy nie zabierali ciepłych ubrań i śpiworów, bo wszystko dostaniemy na miejscu. Większość z nas na szczęście nie wzięła sobie tego do serca i doposażyła się we własnym zakresie w ciepłą bieliznę, śpiwór lub dodatkowy koc, co wkrótce, gdy we wrześniu przyszło ochłodzenie, okazało się słuszne.Gaszenie na dwa prądy/ fot. Robert Przybysz

Trasę przebyliśmy trzema autobusami marki Jelcz 043, zwanymi potocznie „ogórkami”. Pierwszym miejscem, do którego dotarliśmy, był stadion, gdzie wydawano posiłki - zupę i konserwę na kolację. Podobne menu utrzymywało się przez cały pobyt i po przyjeździe do szkoły niezbyt wyszukane stołówkowe jedzenie smakowało nam niczym posiłek w restauracji z dwoma gwiazdkami Michelin.

Przez pierwszych kilka dni nocowaliśmy pod namiotami w miejscowości Smolarnia - wielu z nas przeżyło déjà vu, bo warunki bardzo przypominały zgrupowanie w Zamczysku. Plan podmiany kolegów z pierwszego rzutu został szybko zweryfikowany i tak oto zamiast wymienić się z poprzednią ekipą, zostaliśmy razem z nimi. Na początku nie bardzo wiedzieliśmy, co mamy robić. Koledzy, którzy przyjechali wcześniej, zostali rozdysponowani do wykonywania działań w terenie, a my im po prostu zazdrościliśmy. Po kilku dniach przeniesiono nas do szkoły w Kuźni Raciborskiej, gdzie zostaliśmy zakwaterowani na korytarzu i tam pozostaliśmy do końca.

Czekając na swój udział w akcji, trochę się niecierpliwiliśmy. W pewnym momencie doszło nawet do małego buntu, co skończyło się wizytą w sztabie akcji i stanowczym żądaniem skierowania nas do działań. Tak się ostatecznie stało. Zostaliśmy przydzieleni do poszczególnych odcinków bojowych i w końcu ruszyliśmy w teren.

Podstawą naszego wyposażenia bojowego były szpadle, szpadle i… szpadle. Pomyśleliśmy, że siła, jaką stanowiliśmy, pozwoli wykorzystać ten rodzaj podręcznego sprzętu. Jednak okazało się, że w działaniach, z jakimi przyszło nam się zmierzyć, jest on kompletnie nieprzydatny. Naszym zadaniem było przekopywanie tlącego się, przesuszonego torfowiska do warstwy zmineralizowanej gleby. Szybko się zorientowaliśmy, że to się nie uda, więc zaczęliśmy domagać się doprowadzenia linii gaśniczej z ciągłym dostarczaniem wody, co było nie lada wyzwaniem ze względu na dużą odległość od pojazdu gaśniczego, jak również na jego zasilanie. W końcu udało się. Podjęliśmy działania, o których mogę powiedzieć, że nauczyły mnie więcej niż wszystkie teorie o technice gaszenia tego typu pożaru.

Okazało się, że polewanie wodą tlącego się torfu nie przynosi istotnych efektów. Zrobiliśmy wówczas eksperyment. Ułożyliśmy żarzący się kawał torfu na konarze sosny i próbowaliśmy go ugasić rozproszonym prądem wody, polewając od góry. Skutek był taki, że po kilku minutach lania woda spływała po obrzeżach, a pod spodem bryła dalej się tliła. Po zaprzestaniu polewania wodą żar powodował jej odparowanie i trawił kolejne części bryły. Wniosek nasuwał się jeden: zatopić, zalać tę organiczną masę tak, żeby nie miała żadnego dostępu do powietrza podtrzymującego żarzenie. I tak wykluła się technika gaszenia organicznej pokrywy gleby i torfu prądami zwartymi, podawanymi metr po metrze prawie pionowo z góry i krojącymi w ten sposób rozżarzone pokłady w celu ich rozdrobnienia i zatopienia. Nasze działania, choć nieco powolne, były niezwykle skuteczne i przynosiły satysfakcję z każdym arem ugaszonej powierzchni. A sprawa nie była prosta na terenie pokrytym przewróconymi drzewami, tworzącymi trudny do pokonania tor przeszkód. Dlaczego drzewa leżały? Początkowo myśleliśmy, że zostały powalone przez szalejące podczas pożaru wiatry, ale rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana. Działaliśmy już od jakiegoś czasu, gdy w pewnym momencie powiał silniejszy wiatr i wydarzyło się coś zaskakującego - stojące nieopodal wysokie, 25-metrowe sosny zaczęły się bezgłośnie przewracać. Bez żadnych dźwięków pękania korzeni ani innych odgłosów, które mogłyby nas ostrzec. Domyśliłem się, że przyczyną było całkowite przepalenie podziemnej, korzeniowej części drzewa w taki sposób, że nawet lekki powiew wiatru powodował przewrócenie się całych połaci lasu. W pobliżu naszych działań znajdowało się kilkanaście sosen, musieliśmy je obserwować, żeby uciec, gdyby zaczęły się przewracać. Czegoś takiego nigdy nie przeżyłem.

Podchorążowie podczas chwili odpoczynku/ fot. Robert PrzybyszPo kilku dniach wyjazdów na to samo torfowisko w nagrodę dostaliśmy całkiem nowe, większe i takie, których inni nie chcieli gasić. Dlaczego? Chodziło o niewybuchy. Ostrzegano nas, że podczas pożaru zdarzały się eksplozje pozostałych z drugiej wojny światowej pocisków. Ten odcinek był o tyle ciekawy, że spotkaliśmy na nim nierówne pokłady torfu, w które czasami ktoś się zapadał. Na szczęście jednak nikomu nic się nie stało i z tym zadaniem również się uporaliśmy.

Któregoś dnia pojechaliśmy w tę część lasu, gdzie zginęło dwóch strażaków - mł. kpt. Andrzej Kaczyna i druh Andrzej Malinowski. W miejscach ich śmierci ustawiono białe brzozowe krzyże, a pod nimi zebrano spalone pozostałości strażackiego wyposażenia. W tamtej chwili uświadomiliśmy sobie, jak tragiczna może być strażacka służba w obliczu tak potężnego żywiołu.  

Nasza przygoda zakończyła się po dziewięciu dniach, wraz z przybyciem kolejnej grupy podchorążych. Do SGSP wracaliśmy już po sporym ochłodzeniu, marznąc niesamowicie - z wyjątkiem przezornych, którzy zabrali ze sobą ciepłe skarpetki i bechatkę. Nawiasem mówiąc, niektórzy z tego pożaru nie tylko przywieźli niezapomniane wspomnienia i doświadczenie bojowe, ale nawiązali też pewne sympatie. To już jednak inna historia.

Marta Giziewicz Marta Giziewicz
do góry