• Tłumacz języka migowego
Pożary filmowe Paweł Rochala

Płonący wieżowiec, USA 1974

10 Września 2021

Lata 70. w Hollywood to odejście od wielkich widowisk historycznych na rzecz filmów obrazujących zdarzenia katastroficzne, spowodowane z pomocą ludzi przez: zamieć śnieżną, morską falę, powódź, wulkan, trzęsienie ziemi, rekina i pszczoły. W tej serii nie mogło zabraknąć pożaru.

Filmowcy nie fantazjowali. Do czasów powstania filmu zdarzyło się kilka pożarów w budynkach wysokich. Najgroźniejsze w skutkach okazały się pożary hoteli: dwa w USA w 1946 r. (La Salle Hotel w Chicago - 61 ofiar śmiertelnych, Winecoff Hotel w Atlancie - 119 ofiar) czy Taeyongak Hotel w Korei w 1971 r. (164 ofiary). Jednocześnie wieżowce biurowe i mieszkalne okazały się zadziwiająco odporne na pożary i bezpieczne. Przykładem jest Empire State Building (443,2 m z iglicą) w Nowym Jorku. W latach 1931-1963 był najwyższym budynkiem świata. W 1933 r. King Kong [1] nic mu nie zrobił, a w 1945 r., choć uderzył w niego średni bombowiec B-25, zginęło zaledwie 14 osób, a spłonęło tylko kilka pomieszczeń.

Wieżowce dla ubogich

Ewakuacja za pomocą śmigłowca i zewnętrznej windy, fot. kadr z filmu, Płonący wieżowiec (The Towering Inferno), USA 1974, reż. Irwin Allen i John Guillerin

Empire State Building przetrwa wiele, bo tak jest skonstruowany. Niestety, na skutek postępu technologii w latach powojennych odchudzono konstrukcje wieżowców do granic wyznaczanych wyłącznie przez przepisy przeciwpożarowe. W krajach uboższych od USA chciano wieżowców, ale bez tych przepisów. Tuż przed wyświetleniem filmu w kinach spłonęły takie lekkie wieżowce w Brazylii w 1972 r. (16 ofiar) i w 1974 r. (180 ofiar).

W dotychczasowych pożarach wieżowców winne stratom w ludziach okazały się: awaria instalacji elektrycznej, rozprzestrzenianie się ognia szybami i kanałami wentylacyjnymi, odcięcie drogi ucieczki przez wydostanie się gazów pożarowych na jedyną (!) klatkę schodową, brak lub poważna niesprawność urządzeń wykrywających pożar i samoczynnie go gaszących. To wszystko, nieprzypadkowo, wystąpiło też w naszym filmie. Jego scenariusz powstał na podstawie dwóch trochę proroczych książek [2, 3] o pożarach drapaczy chmur.

Filmowy wieżowiec…

… wymyślono jako najwyższy w San Francisco: 138 kondygnacji, 515 m. Niżej biura, a w nich wielkie przestrzenie, gdzie wyodrębnione są tylko gabinety dyrektorów i sekretariaty, ale za pomocą lekkich przegród, głównie szklanych. Wyżej mieszczą się apartamenty, z zagęszczeniem murowanych ścian działowych. Wszystko to na filmowy pożar miało istotne, a prawidłowe przełożenie: w biurach, jeśli ludzie nie uciekli natychmiast, ginęli ledwie zobaczyli pożar, za to w apartamentach mieli czas zastanawiać się nad drogami ucieczki.

Niestety, w budynku jest sieć gazowa, skłonna do rozszczelnienia w najgorszych momentach, zasilająca tak apartamenty, jak i wysoko położone restauracje. Co gorsza zastosowano w nim materiały spełniające co prawda wymagania przepisów, ale nijak mające się do uczciwie uwzględnionych w projekcie zagrożeń, wynikających z problemu skali. To przełożyło się na złowieszcze awarie przeciążeniowe instalacji elektrycznych, mimo że uruchomiono zaledwie część budynku. Fantazji nie brak: aktor Paul Newman gołymi rękami wyrwał gruby, dymiący, nadpalony przewód z szafy rozdzielczej. Nie można też było liczyć na sprawność systemów sygnalizacji pożaru (SSP), a stałe urządzenia gaśnicze wodne (tryskacze) nie działały wcale - udało się tylko wodę wpompować do zbiorników przeciwpożarowych, położonych na kondygnacji ostatniej.

Ot, typowy wieżowiec dla ubogich, tylko największy na świecie.

Filmowy pożar

Co tu dużo mówić - przedstawienie tak okoliczności powstania pożaru, jak jego rozwoju i akcji ratowniczo-gaśniczej to, wyjąwszy szczegóły, klasa sama w sobie. Do dziś nie wyprodukowano filmu, którego scenariusz i dramaturgię tak rzetelnie wyznaczałyby naruszenia przepisów przeciwpożarowych.

Budynek nie przeszedł jeszcze odbioru pod względem budowlanym, pożarowym i sanitarnym, gdyż nie ukończono szeregu prac. Nie przeszkodziło to w jego częściowym zasiedleniu i uroczystym otwarciu, z udziałem gości - również takich, co powinni byli odmówić, mianowicie urzędników. Fachowego głosu rozsądku nikt nie słuchał, bo raz puszczona w ruch machina propagandy sukcesu zatrzymać się nie może. Niemożliwe? Gminna wieść niesie, że bywali na podobnych przyjęciach, w podobnych okolicznościach, komendanci PSP…

Zatem pod względem prawnym ten pomnik ludzkiej pychy jeszcze nie istnieje, ale fizycznie jest. Następuje w nim awaria po awarii i to tak szybko, że personel przeciwpożarowy nie nadąża. Gaszą kilka małych zarzewi ognia, ale nie widzą swobodnego pożaru w jednym z magazynów - czujki są, tylko system nie działa. Ale to odpowiedzialni fachowcy. Zawczasu alarmują straż pożarną, a niepewną sytuację sprawdzają na pieszo - za późno jednak.

Wysoko nad zarzewiami ognia, na 132. kondygnacji, bawi się śmietanka towarzyska. Właściciel budynku odmawia przerwania zabawy, bo jakiś tam mały pożarek i zwarcie to przecież nic dla wieży Babel. I - jak to w przypadku prawdziwego pożaru bywa - nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, że za godzinę nie będzie wesoło.

A my, widzowie, dostajemy obraz rozwoju pożaru w czasie i warunkach rzeczywistych. Znaleziono płonący magazyn, bo wydobywał się z niego dym, a otwarcie drzwi zakończyło się rozgorzeniowym wybuchem nagromadzonych gazów pożarowych. Dojeżdżają strażacy. Spotykają się ówcześni twardziele kina: Steve McQuinn jako dowódca akcji i Paul Newman jako zlekceważony i oszukany fachowiec - projektant budynku. Jest kilka gorzkich słów o niedziałających tryskaczach i stawianiu budynków o wysokości powyżej siedmiu kondygnacji, czyli ponad możliwości gaśnicze strażaków.

Strażacy wchodzą do wind, a potem do akcji, ale i oni nie dają rady. Przeszkadzają nie tylko sufity podwieszone. Okazuje się, że system wentylacji pozwala na przeskakiwanie ognia nie tylko z piętra na piętro, ale i o kilka poziomów wyżej.

Widoki z zewnątrz

Oczywiście wszystko dzieje się w ciemnościach nocy, gdy ogień lepiej widać, no ale dymu jest stanowczo za mało i za rzadko drażni ludzi. Najpierw pożar wychodzi sobie przez okna jednej kondygnacji, potem dwóch, dalej trzech - to część biurowa, tam nic nie stawiało przeszkód.

Każdy z tych kilku pożarów rozwijał się wszerz, a co gorsza - wzwyż. Każde piętro zapewnia ilość paliwa na godzinną pożogę. Zatem rzędy okien należy przemnożyć przez powierzchnię kondygnacji, by uzyskać faktyczny obraz wielkości pożaru: kilka tysięcy metrów kwadratowych.

Widzimy też bardzo charakterystyczny obrazek. Przyjechały samochody gaśnicze z całego miasta, ale nie są w stanie ustawić się przy wieżowcu, z którego spadają groźne elementy konstrukcyjne, a od czasu do czasu człowiek. Po prostu nie ma miejsca - i to nie z braku przewidywania, a przez niemożność zaspokojenia tak ogromnych potrzeb gaśniczych.

Ukazano też wysiłek podania wody na znaczne wysokości. Oto przed wejściem do budynku leży gruba na ponad pół metra plątanina węży o dużych średnicach, część z nich ładnie przecieka. Normalnie doładowywałyby instalacje: tryskaczową, hydrantową i zaworów hydrantowych. Ale instalacja tryskaczowa nie działa. Pozostają więc dwie, zasilane za pośrednictwem pomp budynkowych, bo w żadnej mierze nie dałoby się poprowadzić węży po schodach i w ten sposób podawać wodę - za wysoko. Pompy te też działają na raty, bo tak zasilanie główne, jak i awaryjne (agregaty) mają problemy z ciągłością pracy. Czyli jak w życiu.

Ludzie, by się ratować, skakali z okien, fot. kadr z filmuStrażacy w akcji , fot. kadr z filmuPiękny apartament w ogniu, fot. kadr z filmuStrażacy za chwilę zmierzą się z żywiołem, fot. kadr z filmukadrze Faye Dunaway i Paul Newman, fot. kadr z filmu

Próby ewakuacji

Zgodnie z najlepszymi filmowymi wzorcami mamy bohaterów indywidualnych i zbiorowych. Jednych lubimy, innych nie, przy czym wszyscy sprawcy karygodnych zaniedbań znajdą się w bezpośrednim zagrożeniu, ale ludzie niewinni też. Windy, jak to zwykle bywa, okazują się pułapkami ogniowymi, więc VIP-y tamtędy nie zjadą. Winda zewnętrzna (widokowa) ma małą obciążalność, ewakuacja za jej pomocą potrwa wieki, a my strażacy wiemy, co może się stać, gdy lizną ją płomienie (scenarzyści wymyślili wybuch). Coś trzeba zrobić, bo pożar przez otwarty szyb windy wewnętrznej działa już na salę balową. Gdy wreszcie VIP-y decydują się uciekać klatkami schodowymi (zgodnie z przepisami były dwie), pożar powoduje serię wybuchów gazu ziemnego, co równa się zniszczeniu jednej z nich. Zresztą co akcja siadała, to gaz taktownie wybuchał.

Pozostała druga klatka schodowa, ale niedostępna dla mocno już wystraszonej elity miasta, bo za jej drzwiami z klamką antypaniczną był rozlany beton. A pożar nieszczelnościami i energią wynikającą z własnej wielkości przedostał się do różnych pomieszczeń, wreszcie całkiem zablokował możliwość zejścia w dół.

Jesteśmy jednak w USA. Armia tego kraju w Wietnamie całe dywizje przerzuca drogą powietrzną. Tylko co z tego, że śmigłowce są, skoro zbyt silny wiatr nie pozwala im lądować na dachu? Próbę podjęto, śmigłowiec się rozbił. Zatem zademonstrowano ratowanie za pomocą technik alpinistycznych, do sąsiedniego budynku - po jednej osobie. A w tłumie oczekujących nie brak już panikarzy.

Można więc powiedzieć, że zawiodły wszelkie drogi i sposoby ewakuacji. Pożar wbrew założeniom projektowym przebił się do szybów windowych i na chronione klatki schodowe. Wykonane zresztą tak: obudowa żelbetowa, z drzwiami przeciwpożarowymi, z blaszanymi schodami, zamontowanymi jedynie punktowo, łatwo odpadającymi. Mimo że stalowe, miały wspaniałe właściwości izolacyjne, bo ogrzane żywym ogniem nie parzyły Paula Newmana ani jego kaskadera, co często po nich biegali.

Co było dalej?

Jako że niektórych ludzi naprawdę zdążyliśmy polubić, jedyny ratunek pozostał w fantazji scenarzystów. Wiatr, co nie pozwalał na ratowanie ludzi z dachów, jakimś cudem nie przeszkodził w precyzyjnym podczepieniu windy zewnętrznej pod śmigłowiec. W pewnym momencie czas życia VIP-ów w sali balowej obliczono precyzyjnie na równe 18 minut - i jak tu się nie śmiać? Okazało się, że niektórzy strażacy noszą ze sobą, tak na wszelki wypadek, plastyczny materiał wybuchowy i lonty. Tak i wykorzystali wreszcie wodę przeznaczoną do tryskaczy, bo wysadzili jej zbiorniki. Ludzie, zamiast wyjść na dach heliportu, czyli powyżej zbiorników, nie wiedzieć czemu zostali pod nimi. Woda zrobiła dużo hałasu, zabiła kilka osób, lecz generalnie całkiem mądrze rozlała się tylko po pożarach, innych szkód za wiele nie robiąc. A efektowny płomień gazowy, wypełniający szyb windowy, skurczył się i zgasł. Jeszcze tylko Steve McQuinn policzył martwych strażaków i wygłosił godne uwagi zdania do wyjątkowo mądrze patrzących Paula Newmana i Faye Dunaway, która zdobiła ten film: „Któregoś dnia zabijecie 10 tysięcy w tych pułapkach ogniowych. (…) Aż ktoś zapyta nas, jak je budować”.

I koniec! Wybuchów wtórnych od ugaszonego gazu nie było. Widocznie ktoś wreszcie raczył zakręcić kurek.

Film polecam przez pierwsze 1,5 godziny, bo mimo wad niczego lepszego jeszcze nie nakręcono. W całości warto go obejrzeć wyłącznie dla obrazu działań strażaków.

Refleksja panoramiczna

To był 1974 r. Filmowi strażacy zerwani alarmami z łóżek wkładali nogi w buty i zakładali zwinięte na cholewach spodnie jednym ruchem ręki z szelką (tu pokazano różne techniki), wskakiwali na ześlizg, zjeżdżali i odbiegali od rury, łapali rozłożysty hełm, pikowaną kurtkę brezentową z odblaskami zapinaną na klamry i wpadali do samochodów. Część z nich jechała w kabinach otwartych, co przydawało akcji kolorytu. Wchodząc do budynku, jedni mieli w rękach sprzęt burzący, inni armaturę gaśniczą, liny, jeszcze inni zapasowe butle z powietrzem, a wszyscy wielkie, a tak solidne latarki, że policjantom służyły do samoobrony. Mieli też rękawice, faktycznie chroniące dłonie tak przed ogniem, jak skaleczeniami, a na plecach powietrzne aparaty ochrony dróg oddechowych (ODO) z jedną butlą w żółtym pokrowcu bądź żółtą. Po dojściu do pożarów zakładali maski, dające widok tak panoramiczny, jak i w dół, nadciśnieniowe, zatem nic im tam nie parowało. Mogli też mówić bez zakłóceń.

Piszący te słowa jeszcze w 1990 r. gasił pożary wewnętrzne i miał ratować ludzi w takim oto rynsztunku.

Buty skórzane, niestety, typu „strażackiego”, a nie „milicyjnego” - te drugie były szczelne na wodę przy odpowiedniej konserwacji, a szyte elegancko z dwóch warstw skóry. Tymczasem dla strażaków szyto z jednej warstwy, ledwie wyprawionej, dobrej dla grzybicy stóp, nijak nie dające się uszczelnić. Rękawice najtańsze, robocze, materiałowe ze wstawkami skórzanymi albo nawet plastikowymi, o czym boleśnie przekonywano się dopiero w pożarze - choć istniały na rynku całe skórzane, dla spawaczy. Dalej spodnie i bluza z bawełny w kolorze kamuflażowym moro do skutecznego maskowania na wszelki wypadek, zwłaszcza w ciemnościach, jakości tak materiałowej, jak i wykonania znacznie gorszej niż milicyjne, a gdyby nawet równie dobrej, to też nijak nie chroniłyby przed ogniem, wodą i zranieniami.

Pas - większość dopasowywała go do siebie za pomocą igły z nitką, bo przecież zakupiono je przed 20-30 laty w rozmiarach dla hipopotamów, a nie dla wysportowanych dwudziestolatków. Tylko zatrzaśnik był udany i taki sam jak na amerykańskim filmie.

Czeskie hełmy też były świetne, niestety bez odblasków, bo kupujący nie wiedzieli, co to jest. A latarka nadawała się do harcerskich podchodów, lecz nie do odnajdywania w warunkach pożaru kogoś odległego o kilka metrów.

Aparat ODO swoje ważył, ale dało się go nosić. Dwie butle stalowe, pomalowane na szaro, bo liczy się norma gazowa, a nie to, że koledzy cię nie znajdą, jak upadniesz. Maska była prawdziwą tragedią. Powietrze trzeba było sobie wysysać (reduktor podciśnieniowy), więc zawsze zasysało się też dym - maski nie dawało się uszczelnić. Malutka szybka służąca do patrzenia niczego w szczególności nie pokazywała: przez wąskie pole widzenia i to, że po dwóch oddechach osiadała na niej rosa. Wycierało się to ręcznie obsługiwaną wycieraczką, która wygarniała pole widzenia węższe od rozstawu źrenic.

Ileż to było lat za burżujami z Ameryki?!…

Zwłaszcza za te reduktory i maski serdecznie dziękuję towarzyszom-decydentom owych czasów, co choć jak jeden mąż deklarowali powołanie taktyczne, a sokolim wzrokiem zauważali nawet nieregulaminowe spinki do mankietów koszuli, to bezpieczeństwa podwładnych w pożarach ani nie czuli, ani nie widzieli. A mogli obejrzeć taki film!…

st. bryg. Paweł Rochala jest doradcą komendanta głównego PSP

Przypisy:

[1] King-Kong, USA 1933, reż. Merian Cooper

[2] Richard M. Stern The Tower, USA 1973

[3] Thomas N. Scoria, Frank M. Robinson, The Glass Inferno, USA 1974

Paweł Rochala Paweł Rochala
do góry