• Tłumacz języka migowego
Pożary filmowe Paweł Rochala

Kurara (2017)

3 Marca 2021

Filmowe pożary pozwalają wzmocnić dramat jednostek („Bandyci czasu”), jak i wbijać widzów w fotel („Przeminęło z wiatrem”). Tym razem mowa będzie o wzmocnieniu wyrazu artystycznego. Czyżby gdzieś tam czaiło się piękno pożaru?

Tworzenie sztuki wymaga nie tylko talentu, ale i odpowiedniego przygotowania - mistrz przekazuje wiedzę uczniowi. Temat został w świecie ograny wielokrotnie i na różne sposoby: profesor i student, czarnoksiężnik i praktykant, Mistrz i Małgorzata. Niestety, w naszej kinematografii pozostaje nadal mało wyrazisty. Wyjątkiem jest tu „Szatan z siódmej klasy” [1], zresztą relacje mentor-uczeń nie są w nim tematem przewodnim. Zatem brakuje w polskim kinie tego, co jest nieodłącznym składnikiem europejskiej cywilizacji: rozterek Paracelsusa, który nie ma kogo nauczyć, jak ożywić uschnięty kwiat.
A przecież było tylu polskich mistrzów: muzyki, malarstwa, pisarstwa, architektury czy polityki, którzy umierali w poczuciu spełnienia lub niespełnienia w dziedzinie najważniejszej: przekazania następnemu pokoleniu wiedzy, by nie zginąć! Czekają na przedstawienie w swoich żywotach i dziełach! No ale żeby stworzyć taką filmową historię, trzeba bardziej myśleć o innych niż o sobie, a przede wszystkim gruntownie znać własną kulturę i naukę. Z tym są wyraźne problemy - oglądając dzieła filmowe naszej kinematografii lat ostatnich, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że twórcy nie potrafią myśleć słowami „on” czy „ona” w kontekście uznania czyjegoś mistrzostwa, natomiast słowo „ja” nie odpuszcza, a też i nie dopuszcza czegoś więcej.

Japonia pokazuje, jak

O Japonii myślimy z podziwem. Każdy zna słowa: gejsza, Godzilla, kamikadze, karate, kimono, manga, samuraj, seppuku, a już na pewno identyfikujemy nazwy firm elektronicznych i motoryzacyjnych. Myślimy, że skoro to wszystko takie ładne, japońskie tradycje są wciąż żywe. „Mylny błąd” - jak to powiedziano w reklamie. Po traumie przegranej w II wojnie światowej, do czego trzeba było aż dwóch wybuchów atomowych, Japonia odwróciła się od swojej historii. Tak skutecznie, że młodzież jej nie zna i znać nie chce. Młodzi Japończycy, co oczywiste, też znają te pojęcia, co my, a nawet więcej, ale większość z nich: na gejsze urządza bezkrwawe, ale aż do zaszczucia łowy z aparatem w ręku, kimon nie potrafi nosić, a samurajów ogląda tylko na filmach. Świetny pisarz Yukio Mischima w 1970 r. popełnił w proteście przeciw temu odwróceniu ostatnie w Japonii rytualne  seppuku. Nie zahamował procesu. Teraz wyobraźnią masową steruje manga, co niby w niektórych aspektach wyrosła z historycznej sztuki rysunku, malarstwa i drzeworytu, ale tylko w oddaniu pięknego tła opowieści. Bo plan pierwszy jest przedstawiany w sposób zdziecinniały, choć treści miewa baaardzo dla dorosłych.
A jednak ta nowoczesna Japonia nie o wszystkim zapomniała. Czas odmierza się panowaniem cesarzy. Nie drwi się z religii ani nie mówi z pogardą o usiłowaniach intelektualnych poprzednich pokoleń. Elity pozostały japońskie, zawsze więc znajdują się myśli i pieniądze, by coś rodzimego chowu pokazać zarówno sobie, jak i światu. Kod kulturowy pozostał żywy i ma rangę świętości. Gdy piękna dziewczyna, okrywając kołderką ze srebrnego brokatu znużonego alpinistę, mówi mu: „Śnieg jest ciepły, lód jest gorący” [2], to na widowni wszyscy posiadacze najnowocześniejszych gadżetów zamierają ze strachu. Bo wiedzą i wierzą, kto i co mówi: to w istocie kłamliwy, paskudny demon.
Tak oto wiara i tradycja nic a nic nie przeszkadzają w osiąganiu szczytów techniki i nauki. I to w kraju nie posiadającym żadnych bogactw naturalnych.

Kurara

Opowieść w reżyserii Taku Katô o malarzu (Katsushika Hokusai) i jego córce (Katsushika Ōi), choć używa twórczo relacji mistrz-uczeń, jest na wskroś japońska. Rozgrywa się w Japonii historycznej, jeszcze nie otwartej dla świata przez amerykańskie kanonierki, a zatem tuż przed Madame Butterfly [3].

Oto słynny (również dziś) malarz przeżywa dwa kryzysy naraz. Pierwszy to taki, że nie ma syna, któremu mógłby przekazać dziedzictwo. Fakt, o rodzinę to on, artysta, za bardzo nie dbał, a w gruncie rzeczy wcale. Została mu tylko córka. Ale kobieta? Malarzem?!
Drugi punkt kryzysu to zdrowie. Łagodnie rzecz ujmując, nie dopisuje. Najgorzej, że mistrz nie jest w stanie utrzymać pędzla w ręce.
Co mu zostało?
Wygląda to tak, jakby marzył o śmierci, bo gdy tworzyć nie może, to jego życie nie ma sensu. Niestety zamówienia trzeba dokończyć, z czegoś jednak żyć. Wspomagają go uczniowie, a nastoletnia córka, co nigdy o zawodzie malarki nie marzyła, nie ogranicza się, jak to przywykła od wczesnego dzieciństwa, do ucierania barwników, przystrzygania pędzli, przygotowywania wielowarstwowych podkładów. (Ba, cały ten sztafaż pokazano dokładnie, podnosząc do dziedziny sztuki czynności techniczne, a jednocześnie przekazując oczywistą prawdę: najpierw musisz być rzemieślnikiem, a mistrzem to może kiedyś będziesz…). Dziewczyna znalazła się w sytuacji, w której to, co robiła dotychczas dla zabawy - malowanie, - zaczyna z konieczności traktować z powagą. Przy okazji odkrywa, jak wiele musi się nauczyć. I jak wielkim mistrzem jest ojciec, którego nie znosiła ze względu na jego charakter.
Zaczyna widzieć.
Bo nie wystarczy umieć malować. W tym musi być coś więcej, co najlepiej pokazuje scena, gdy w niezobowiązującej rozmowie recenzuje prace były uczeń mistrza: - Tu on malował kwiaty, a ty motyle. A tu odwrotnie - ty kwiaty, a on motyle.
I za każdym razem widać różnicę na korzyść mistrza: w pierwszym kwiaty są nie tylko piękne, lecz i przywiędłe, zaś motyle śliczne, a w drugim wiatr strzępi motylom skrzydła, wręcz nie daje im usiąść na nieskazitelnych kwiatach.
Rzecz jasna musi tam być miłość, oczywiście nieszczęśliwa. Pojawia się też wzajemne zrozumienie między uczennicą a mistrzem, wcale niełatwe. Nie tylko przez wzgląd na japońską tradycję, ta w pracach domowych wcale nie okazywała się aż tak patriarchalna. Największym tu problemem jest to, że mistrz nigdy nikogo szanować nie umiał - liczyła się tylko sztuka. I tylko na tym polu ktoś mógł zasłużyć na jego dobre zdanie.Katsushika Oi podczas pracy / kadr z filmu

Jak namalować smoka?

Kluczową sceną filmu jest ta, w której mistrz przezwycięża słabość. Gdy podchodzi do dzieła córki, bierze pędzel i - niesprawną ręką - zdaje się je niszczyć, bo coś rozmazuje. I wychodzi z tego coś, czego pięknemu obrazowi brakowało: dramaturgia, czyli poskręcany w piorunowe zawiłości smok. Świadkowie tego wydarzenia popadają w oniemienie, widz, o ile jest widzący, też. Bo musi szokować fotograficznie wiernie oddany obraz świata, czyli dzieło córki, z fotograficznie wiernie oddanym obrazem wyobraźni, czyli dzieło ojca! To się nazywa abstrakcja, a nie jakieś przypadkowe plunięcia farbą na płótno!
Ojciec i córka zaczęli dojrzałą współpracę.
Niestety, w życiu doczesnym smoki istnieją jak najbardziej. Zwłaszcza w takim mieście, jak Edo, czyli Tokio. Calutkim z drewna.

Zabudowa mieszkalna tradycyjnej Japonii

W dzisiejszych japońskich miastach dostajemy przykłady najbardziej udanych zestawień z betonu, szkła, stali i asfaltu: drapacze chmur, autostrady i szybkie koleje, a wszystko odporne na silne trzęsienia ziemi. Trudno uwierzyć, ale tradycja takiego budownictwa sięga zaledwie lat 50. XX wieku! Żyją zatem jeszcze ludzie pamiętający Japonię zupełnie inną.
Domy w miastach wznoszono z drewna, kryto je dachówką, a częściej gontem. Dachówka była tu zapewne najważniejszym ukłonem w stronę ochrony przeciwpożarowej, dając te kilkanaście minut na zastanowienie, co robić. W intensywnej, gęstej zabudowie japońskich miast największym zagrożeniem były pożary. Zresztą historia większości japońskich osiedli toczyła się od pożaru do pożaru, czyli od trzęsienia ziemi do trzęsienia ziemi.
Na skutek tego w Japonii, włącznie z okresem II wojny światowej, obowiązywały swoiste przepisy gaśnicze. Każda rodzina miała obowiązek walczyć z pożarem miejsca zamieszkania, czyli posiadać ku temu odpowiednie narzędzia: toporki, bosaki, wiadra z wodą, piasek. Ograniczeniu przyczyn pożarów sprzyjał pietyzm przy posługiwaniu się ogniem otwartym. Gdy oglądamy filmy, w których ktoś komuś nalewa herbatę, to widzimy naczynie z żarem z dopasowanym do tego imbrykiem, a każda czynność jest jak rytuał. Te dopasowania i rytuały mają swoją praprzyczynę w bezpiecznym traktowaniu zarzewi ognia.

Pożar niszczący

Pożary zabudowy drewnianej bardzo szybko się rozwijają, przy czym niszczą wszystko. Tak i w tym filmie idzie z dymem dorobek całych pokoleń - i ten w mieniu, i ten artystyczny. Ludzie muszą uciekać, wielu z nich ginie. Nie uwzględniano w drewnianych miastach innych sposobów na ograniczanie rozwoju pożarów, jak owa dachówka. Poza tym zabudowa była ciasna, a przez wzgląd na ową ciężką dachówkę - konstrukcyjnie solidna. Innymi słowy, wyburzenie budynków na drodze pożaru, by je spłaszczyć, było zadaniem trudnym, a nawet niewykonalnym. Z pożarami walczyła wówczas policja samurajska, której wyraźnie lepiej wychodziło tłumienie rozruchów. Zatem pożar, o ile nie schwytano go w ramach kilku budynków, rozwijał się całkiem swobodnie.
Co widzimy w filmie? Ludzi biegających w spowalniających krok klapkach-koturnach i  ograniczających ruchy kimonach. Szarpaninę w walce o mienie i życie, o ucieczkę, w tym głównych bohaterów. Wreszcie obraz pożaru z daleka, z drugiej strony wody. Widzi go dziewczyna, już dojrzała malarka; patrzy z mieszaniną strachu i fascynacji. Widzimy go my i jako żywo przypomina nam kalifornijskie pożary lasów na wzgórzach: płomienie większe i mniejsze, widać kształty budynków, bo jeszcze się nie zawaliły. Na cały ogrom żywiołu składa się mnóstwo różnych pojedynczych pożarów. Ten ognisty smok żyje, wypełnia cały widnokrąg, a dymem sięga do nocnego nieba, dzięki czemu ma ono swoistą barwę. Dziewczyna mówi swobodnie, ale w tym jednym zdaniu, artystycznie dojrzałym,  rozgrywa się cały widziany dramat: „Niebo miało wtedy taki kolor, jak nigdy o wschodzie czy o zachodzie słońca”.
Zauważmy, że boi się powiedzieć, jaki kolor - domyślmy się. Mamy za to pewność, że dziewczyna namaluje pożar Edo. Przy jej skłonności do malowania w pracochłonnym typie miniatur nawet na znacznych powierzchniach będzie to z pewnością obraz wierny. Niestety, nie zachował się.Główna bohaterka „Kurary” Katsushika Oi patrzy na pożar Edo, który stał się potem tematem jej kolejnego obrazu - niestety nie zachował się on / kadr z filmu

Co dalej?

Nie udała się miłość do człowieka, a do sztuki i owszem. Dziewczyna zestarzała się jako uznana mistrzyni, ciągle jak ojciec nawet u schyłku życia szukając doskonałości. Nigdy nie była w pełni zadowolona ze swoich dzieł.
Tak, właśnie tak powinno się pokazywać własną kulturę!
W następnym odcinku mowa będzie o energii atomowej uwalnianej do atmosfery w sposób pokojowy.

st. bryg. Paweł Rochala jest doradcą komendanta głównego PSP

Przypisy

[1] Szatan z siódmej klasy, Polska 1960, reż. Maria Kaniewska.

[2] Sny, Japonia 1990, reż. Akira Kurosawa.

[3] Madame Butterfly, Giacomo Puccini, opera, premiera - Włochy 1904.

Paweł Rochala Paweł Rochala
do góry