Historia i tradycja

Naprzeciw pogłoskom

Kategoria: Historia i tradycje

W polskiej ochronie przeciwpożarowej co pokolenie dochodzą do głosu skrajni pasjonaci gaszenia, święcie przekonani, że zapobieganie pożarom powinno zostać usunięte z obowiązków zawodowych strażaków.

Gdyby to były głosy w dyskusji na temat szkolnictwa, można by przedstawić własne argumenty, analizy i dane statystyczne, świadczące, że likwidacja pionu kontrolno-rozpoznawczego w PSP skończyłaby się nie tylko krzywdą dla życia, zdrowia i mienia mieszkańców kraju, lecz także dla naszej formacji. Niestety, na ogół żadnej otwartej dyskusji nie ma, za to są pogłoski. Obawiam się, że jak to w naszej historii regularnie bywało, antyprewencyjny głos strażackiego środowiska, nawet jeśli nie zyska prawnego wymiaru wypchnięcia zapobiegania pożarom z PSP, to przez pragmatykę służbową ustawi je na samym końcu potrzeb ochrony przeciwpożarowej.

Ostatnio usłyszałem nawet o pomysłach, aby w Szkole Głównej Służby Pożarniczej kierunek mundurowy uczynić całkowicie taktycznym, a zapobiegania pożarom uczyć tylko na kierunku cywilnym.

Pragnę zaprotestować przeciw sformalizowaniu tej tendencji. Na poparcie protestu nie przytoczę samych tylko argumentów własnych, bo to wielokrotnie czyniłem na łamach „Przeglądu Pożarniczego”, lecz sięgnę do jawnej dyskusji nad kształceniem kadry dowódczej zawodowych strażaków, która odbyła się 91 lat temu.

Krótko o Tuliszkowskim

Wkrótce po wywalczeniu niepodległości przez Polskę w 1918 r. strażacy wszystkich trzech zaborów zjednoczyli się. Byli to głównie strażacy ochotnicy, bo na kilka tysięcy działających wówczas straży pożarnych niespełna trzydzieści było zawodowymi. Ponieważ władze strażackie pochodziły z wyborów, strażacy zawodowi raczej nie dostawali się do nich, chyba że prócz działalności zawodowej zajmowali się również społeczną.

Józef Tuliszkowski był wykształconym politechnicznie inżynierem kilku kierunków, a przy tym profesjonalnym strażakiem, potrafiącym łączyć życie zawodowe z działalnością obywatelską. Za rosyjskiej okupacji współtworzył zręby ochrony przeciwpożarowej polskich ziem, w tym Towarzystwo Św. Floriana, za niemieckiej – Związek Floriański, a po odzyskaniu niepodległości (w 1918 r. czynnie rozbrajał Niemców na czele warszawskich strażaków zawodowych) trafił do władz Głównego Związku Straży Pożarnych i ostał się w nim, mimo niechęci środowiska, siłą inercji – jako prezes Związku Wołyńskiego. Czy to na polu zawodowym, czy społecznym, osiągnięcia miał imponujące. Praktycznie nie do wiary, by za sprawą osobistej działalności jednego człowieka powstało kilkaset straży i kilkadziesiąt firm budowlanych, a to są fakty. Był też projektantem ogniotrwałych budynków. Działał jako rzeczoznawca do spraw zabezpieczeń przeciwpożarowych w pełnym tego słowa znaczeniu, bo projektował kompleksowe zabezpieczenia przeciwpożarowe wielkich fabryk, magazynów i budynków użyteczności publicznej. Stworzył ochronę przeciwpożarową dla wojska i kolei żelaznych. No i przy tym wszystkim dowodził ochotniczymi i zawodowymi strażami zarówno w sensie administracyjnym, jak i taktycznym. Osobiście uratował z pożarów kilkoro ludzi, a przy jednej z akcji uległ poważnym poparzeniom. Opatentował szereg wynalazków ułatwiających działania ratowniczo-gaśnicze, w tym podpinkę do węży, a na jeden z konkursów w latach 20. XX w. zaprojektował hełm o kształcie podobnym do obecnie używanych. Ogromną wiedzą dzielił się nader chętnie i bardzo komunikatywnie, o czym mogą się przekonać czytelnicy jego dowcipnych, a pełnych wiedzy fachowej sprawozdań z wyjazdów zagranicznych, które przypomniał nam ostatnio PP. Te opowieści to wisienka na torcie olbrzymich dokonań publicystycznych Tuliszkowskiego z zakresu budownictwa, chemii, hydrauliki, armatury gaśniczej, sprzętu ratowniczego i organizacji życia zawodowego straży. No i seria podręczników taktycznych – coś, czego znajomość czyniłaby zbędnymi wiele dyskusji, w tym niniejszy artykuł.

Mając taki obraz postaci, wiemy już, że Tuliszkowski był szczególnie uprawniony do zabierania w sprawach ochrony przeciwpożarowej kraju głosu, który powinien być wysłuchiwany z wielką uwagą. Tak jednak nie było. Nie z powodu zawiści czy innych niskich pobudek, choć i one odgrywały jakąś rolę. Powód środowiskowej nieprzychylności wobec Tuliszkowskiego był jeden: niemal wszyscy strażacy utożsamiali się z działaniami gaśniczymi, a co choć trochę trąciło zapobieganiem, darzyli mniejszą lub większą niechęcią. Co gorsza, pojawił się całkiem szybko jeszcze jeden element, być może przesądzający o trwałym odseparowaniu od strażaków nawet zaczątków myślenia zapobiegawczego. W połowie lat 20. politykierzy zorientowali się, jak ogromnym potencjałem jest nie tylko zjednoczona strażacka organizacja, lecz także jej powiatowe człony. Raczkujące zapobieganie pożarom, jako umiejętność wymagająca wiedzy znacznie wyższej niż ta potrzebna do kupna taboru gaśniczego czy wygłaszania pustych oracji o bohaterstwie strażaków, padło ofiarą niekompetencji politycznej. Ucierpiał na tym nie tylko inż. Józef Tuliszkowski, ale jeszcze większy niż on autorytet, mianowicie mgr Bolesław Chomicz – pierwszy prezes zjednoczyciel wszystkich strażaków, bo i on od jednych za wiele wymagał, a drugim przeszkadzał.

Wizja szkolna Józefa Tuliszkowskiego – odsłona I

16 marca 1924 r. odbyło się posiedzenie Rady Naczelnej Głównego Związku Straży Pożarnych. Prezes Chomicz przygotował obszerny referat [1], będący odpowiedzią na szereg bolączek środowiska. Jednym z punktów wystąpienia prezesa, a co za tym idzie – dyskusji, która się po nim wywiązała, było szkolnictwo strażackie. Ideą Chomicza było upowszechnianie wzorca strażaka ochotnika, a nie strażaka zawodowca, tymczasem rzeczywistość przedstawiała się tak, że wiele zadań, które chciał nałożyć na straże ogniowe, wymagało całkiem sporej dozy fachowości. W toku dyskusji Józef Tuliszkowski, prący ku uzawodowieniu ochrony przeciwpożarowej, ujawnił przykry fakt: ochotnicze straże pożarne są rażąco mniej skuteczne w działaniach od zawodowych. Podniósł zatem konieczność utworzenia zawodowego ośrodka szkolenia dla strażackich dowódców, gdyż dotychczasowe, sześciotygodniowe kursy nie pełniły dobrze swojej funkcji. Docelowo domagał się utworzenia szkoły pożarniczo-technicznej. Postulat ten nie był nowy, bo na fali ogólnej euforii, został ujęty w uchwale delegatów strażackich z całego kraju w czasie pierwszego (zjednoczeniowego) Ogólnopaństwowego Zjazdu Straży Pożarnych w 1921 r., a w postaci projektu był zaproponowany już w 1919 r.

Prezes Chomicz nie sprzeciwiał się pomysłowi Tuliszkowskiego, ale z braku możliwości finansowych proponował odłożenie tematu na później, a jako działanie doraźne proponował (…) utworzenie specjalnego wydziału przeciwpożarowego w jednym z istniejących wydziałów technicznych, chociażby w Warszawie (…) [2]. W toku gorącej dyskusji prezes wyjaśnił, że jego referat zasadniczo był poświęcony sprawom ochotniczych straży ogniowych na terenach gmin wiejskich, gdzie nie ma finansowych możliwości założenia straży zawodowych i na tym problemie pragnąłby skupić uwagę Rady. W tej sytuacji Tuliszkowskiemu na koniec chodziło choćby o symbol – zakup gruntów pod szkołę i wylanie fundamentów, co nie musiało być tak wielkim kosztem, jak zbudowanie jej całej, a dawałoby dobry początek. Celem Chomicza nie była jednak budowa fundamentów pod zawodową ochronę przeciwpożarową, która siłą rzeczy trafiłaby głównie do miast, mogących sobie i tak na nią pozwolić bez angażowania pieniędzy społecznych, a o rozruch i kształcenie w duchu obywatelskim ochotniczych straży ogniowych na biednych obszarach wiejskich Kongresówki i Galicji, gdzie stan jakiejkolwiek ochrony przeciwpożarowej przedstawiał się tragicznie.

Podjęto uchwały zgodne z postulatami Chomicza, w tym o zwołaniu na sierpień w Warszawie wielkiego, powszechnego zjazdu strażackiego (drugiego w niepodległej Polsce). Wówczas zagadnienia przedstawione wiosną w gronie Rady Naczelnej zamierzono wygłosić tysięcznej reprezentacji strażackiej, która zdecyduje o kierunku rozwoju formacji. Sprawę szkolnictwa zawodowego odłożono na później – również z tego względu, że nikt Tuliszkowskiego nie poparł, ale też jeszcze nie zaprzeczano jego twierdzeniom.

Wizja szkolna Tuliszkowskiego – odsłona II

Tuliszkowski, niezrażony oporem materii, opublikował kolejną broszurę, o znamiennym tytule „Szkoła pożarniczo-budowlana”. Znamiennym, bo dotychczasowe słowo „techniczna” zastąpił po kilkuletnich przemyśleniach słowem „budowlana”. W jego pojęciu strażak zawodowy, żeby dobrze gasić budynki, musiał znać się na budownictwie. Projekt zakładał, że będzie to dwuletnia szkoła, z miesięcznymi wakacjami, gdzie kursanci będą poznawać nauki teoretyczne, jeździć do pożarów oraz spędzać czas na innych zajęciach praktycznych, w tym budowlanych. Zajęcia teoretyczne: 760 godzin, w tym: matematyka 80, fizyka 120, przyrodnictwo 40, historia Polski i powszechna 40, literatura 40, mechanika 80, chemia 80, technologia 80, elektrotechnika 80, topografia 40, zajęcia specjalne 1160 (w tym 360 godzin wiedzy pożarniczej). Łącznie 1920 godzin teorii, a do tego 1920 godzin praktyki zawodowej. Jak na dwa lata kształcenia, program całkiem intensywny, z bardzo dużą liczbą zajęć praktycznych, ale też z solidną porcją technicznej wiedzy ogólnej.

16 sierpnia 1924 r., w czasie drugiego zjazdu, Tuliszkowski wygłosił do zebranych strażaków referat pt. „Podstawy naukowe pożarnictwa i jego rozwój w przyszłości w zastosowaniu lotnictwa i gazownictwa”. Referat nie był poświęcony idei szkoły pożarniczo-budowlanej, a problemowi wykorzystania zdobyczy nauki i techniki w ochronie przeciwpożarowej, w tym w działaniach ratowniczo-gaśniczych. W pierwszej części stanowił bardzo rozbudowany przegląd nauk i wykazanie ich związku z pożarami, jak: chemia, mechanika, hydraulika, wytrzymałość materiałów, mechaniczna teoria ciepła, gazownictwo. W drugiej autor omówił ówczesne i przyszłe techniki wojskowe, które można będzie wykorzystać w działaniach gaśniczych: peryskop, samoloty, „heliskoptery”. W trzeciej odniósł się do stanu liczebnego polskich straży ogniowych i życzył sobie i innym, żeby powstało ich jeszcze 40 tysięcy – czyli dziesięć razy więcej. Na koniec zgłosił do uchwał zjazdowych dwa wnioski, w tym taki:

II-gi Zjazd Straży Pożarnych Rzeczypospolitej Polskiej, uznając w zupełności, że nauka i technika muszą być podstawami nauki pożarnictwa, usilnie zaleca, aby, zanim powstanie uchwalona przez I Ogólny Państwowy Zjazd Straży Pożarnych szkoła pożarnicza, kursy pożarnictwa dla instruktorów były minimum 2-u miesięczne, a technika i taktyka pożarna oraz budownictwo ogniotrwałe były traktowane na kursach, jako główne przedmioty teoretyczne.

Jak widać, Tuliszkowski starał się uświadomić setkom strażackich delegatów, że kształcenie, w obliczu rozwoju cywilizowanego świata, nie jest żadną fanaberią, a koniecznością. W krótkim postulacie końcowym potrzebę powołania do życia szkoły pożarniczej traktował jako oczywistość, odsuniętą tylko w czasie z przyczyn obiektywnych. Jednocześnie zarysował trzy podstawowe działy tematyczne, niezbędne do kompletnego wykształcenia profesjonalnego strażaka: technika pożarna, taktyka i budownictwo ogniotrwałe.

Wnioski te uchwalono bez zmian w ich treści [3], bo w natłoku innych referatów, a i pod wrażeniem niemalże fantastycznych informacji Tuliszkowskiego, jego postulat dotyczący szkolnictwa wydawał się czymś umiarkowanym i do przyjęcia. Jednak nad istniejącą wyłącznie papierowo szkołą, a zwłaszcza nad jej częścią budowlaną, miały wkrótce zebrać się potężne chmury strażackiej niechęci.

Krytyka, czyli czego strażacy nie chcą się uczyć

Jakiś czas musiał minąć, nim pomysł Tuliszkowskiego na szkolnictwo zawodowe przeszedł do etapu środowiskowych dyskusji. Gdy tak się stało, zawrzało ono oburzeniem, zapewne podsycanym istotną obawą o to, że jeśli na rynku znajdą się ludzie wykształceni według pomysłu Tuliszkowskiego, to osoby dysponujące samą niewiedzą, jeśli nie uzupełnią wykształcenia, będą musiały odejść do lamusa. W 1925 r. z otwartą, bardzo obszerną i starannie przygotowaną krytyką projektu Tuliszkowskiego wystąpił na łamach „Przeglądu Pożarniczego” tylko jeden człowiek, za to wybitny, mianowicie inż. Tadeusz Brzozowski, szef jednego z łódzkich oddziałów zawodowej straży pożarnej – prywatnie Tuliszkowskiego nielubiący, ze wzajemnością.

Brzozowski zawzięcie podważał dosłownie każdy z aspektów powołania szkoły, nie znajdując ani jednego powodu, by zaistniała: od spraw programowych, przez utrzymanie jej, aż po celowość. Zarzucił przeładowanie programu zagadnieniami ogólnymi, ogromny koszt budowy oraz wychowywanie w niej przemądrzałych dyletantów. Uznał, że zajęcia z pożarnictwa są zbyt krótkie, gdyż obejmą tylko 360 godzin, a tymczasem innych zajęć jest bez porównania więcej. Brzmiało to efektownie, jednak w tym problem, że aby dobrze zrozumieć zajęcia z pożarnictwa, należało (i należy) zapoznać się z naukami ogólnymi. Dotychczasowe, całe kursy dla instruktorów pożarnictwa, których rozbudowanie Brzozowski jednocześnie polecał, nie trwały nawet 360 godzin, nie mówiąc już o zawartości w nich nauk pożarniczych. Nie podobała się również krytykowi liczba godzin z przyrody (hippiki – 40 godzin), choć konie były wówczas przeważającą siłą napędową ówczesnych pojazdów pożarniczych. A najbardziej krytykował pomysł na to, by siłami studentów wznosić budynki szkoły, a jednocześnie ci murarze mieliby jeździć do pożarów, których w Warszawie było… za dużo (!) na taki tryb zajęć praktycznych. Wyobrażał sobie, a ten obraz sugerował czytelnikom, że studenci rzucają kielnie i hurmem jeżdżą do częstych pożarów, a budowa czeka niczym wieża Babel. Uważał też, że wiedza przychodzi nie tyle z wykształceniem, co z wiekiem. Oczywiście miał po części rację, ale pomijał regułę, że raczej tylko młodych ludzi można nauczyć czegoś nowego i na jakąś modłę ich wychować. W taki oto sposób całkiem sprytnie omijał istotę problemu:

Niepodobna jednak myśleć o tem, aby z młodzieńców 18-20-letnich, przy ich 6-klasowem przygotowaniu w 2-ch zaledwie latach pobytu w uczelni specjalnej można było wytworzyć „wykwalifikowanych techników budowlanych, gruntownie obeznanych z pożarnictwem” [4].

Wypada w tym miejscu zauważyć, że istniała wówczas polska instytucja państwowa znacznie silniejsza od społecznej formacji, jaką w istocie był Główny Związek Straży Pożarnych, która nie obawiała się systemu kształcenia własnych kadr na sposób łudząco podobny do tego, jaki dla strażackich dowódców-techników zaproponował Tuliszkowski. Wojsko działało o poziom wyżej, bo przyjmowało do swoich szkół młodych, zdrowych, młodzieńców 18-20 letnich z maturą, by w dwa lata zrobić z nich wykwalifikowanych oficerów, zdolnych tuż po ukończeniu uczelni do dowodzenia plutonami czy działonami, a po kilku latach praktyki – kompaniami, szwadronami i bateriami. Przyszli oficerowie uczyli się tam od podstaw wojskowej murarki: rozbierania, czyszczenia i składania broni, obsługi koni, kopania okopów i budowania schronów, bardzo dużo przy tym biegali i gimnastykowali się. Prócz strzelania byli uczeni zasad dobrego wychowania, tańców towarzyskich i historii kraju. Jeśli przyjąć myślenie krytyka, tym oficerom powinna wystarczyć sama umiejętność strzelania, niczym w straży lanie wody, jednak szkolono ich wszechstronnie, by wiedzieli, czego i jak mają bronić oraz za co ginąć. Ponadto w całym cywilizowanym świecie szkoły wojskowe kształciły w trybie mundurowej dyscypliny nie tylko wojskowych, ale i urzędników administracji cywilnej. A jednak to, co robiło wojsko, inż. Brzozowski uznał za niedopuszczalne w strażach pożarnych:

Stwierdzam nadto, że szkoły takiej, jaką zainicjował Autor, nie ma żadne z państw cywilizowanych, znacznie od Polski zasobniejszych, a tworzenie przeto sumptem z górą miljona złotych noworodka szkolnego nie wytrzymuje krytyki i byłoby czynem mało rozważnym [5].

Czemu nie chciano kształcić strażackich oficerów na zaproponowany przez Tuliszkowskiego wzór uczelni wojskowych, możemy dowiedzieć się z nieostrożności autora krytyki, który wygłosił jedną z mantr, jaką wypracowało sobie strażackie środowisko do ustawicznego powtarzania:

Pozostawiając przeto naukę budownictwa innym, dobrze prowadzonym szkołom fachowym, których Polska, niezależnie od politechnik, liczy kilka, zajmijmy się jako strażacy tem, co nas żywotnie obchodzi i krytycznie zauważmy, jaką drogą pragnie Autor szkoły przeprowadzić w niej studia pożarnicze [6].

Jakże dziwnie znajomo brzmi ten głos: zostawmy sprawy budowlane budowlańcom, a pożarami niech się zajmują strażacy! Zupełnie tak samo, jak będące nadal w użytkowaniu hasło: niech prewencją zajmują się prewentyści, a gaszeniem taktycy!... Zajmijmy się tem, co nas żywotnie obchodzi… Czyli czem?!

Krytyk proponował, by ambitni ludzie, chcący odgrywać poważną rolę w ochronie przeciwpożarowej, szli w ślady jego i Tuliszkowskiego, to jest ukończyli uczelnie politechniczne, a potem aplikowali do straży. Zapomniał jednak, że taki proces trwa minimum pięć lat.

Tuliszkowski z łatwością odparł wszystkie zarzuty, rzetelnie informując:

Jedynie obawa, którą mi nasunęły rozmowy z kilkoma wytrawnymi strażakami, że technik pożarniczo-budowlany będzie mógł łatwiej zdobyć pracę w zakresie budowlanym, niż w pożarnictwie, które przez to nie zyska jak najwięcej sił wykwalifikowanych (…) wpłynęła na zmianę poglądu i zgodziłem się (…), aby szkoła była techniczno-pożarnicza, z zastrzeżeniem jednak bardzo obszernego traktowania budownictwa, szczególnie ogniotrwałego. (…)

Urządzenie specjalnych wykładów pożarnictwa w szkołach technicznych jest projektem bardzo nieudolnym, ponieważ właśnie pożarnictwo nie zadowala się samą teorią, lecz wymaga bezwzględnie przedewszystkiem zajęć praktycznych i ćwiczeń, a głównie praktyki na pożarach. (…)

Tylko przesilenie gospodarcze, jakie przeżywa Rzeczypospolita nasza i trudne warunki finansowe zmuszają nas na razie do odroczenia tej ważnej sprawy na pewien czas.

W obronie Tuliszkowskiego nie stanął wówczas dosłownie nikt, a redakcja PP oficjalnie odcięła się od zajęcia stanowiska. Już nigdy więcej nie opublikowano tak otwartej wymiany poglądów.  

Efekty

Po zmuszeniu do odejścia Chomicza, który nakłaniał otoczenie do ciągłych wysiłków intelektualnych, i zmarginalizowaniu Tuliszkowskiego, który chciał kłaść strażakom do głów budownictwo, w 1926 r. ster straży pożarnych przejęli technokraci etatyści, władzy politycznej spolegliwi i za wszystko jej dziękujący. Nawet oni stawali przed dylematem, czy ograniczone środki kierować na rozwój ilościowy ochotniczych straży ogniowych, czy też na uzawodowienie. „Niedouczeni zapaleńcy” – jak to ich nadmiernie dobrotliwie Tuliszkowski nazywał – wybrali pierwsze rozwiązanie niczym Chomicz, ale z innych niż on powodów, bo jako łatwiejsze. Podobnie związki wojewódzkie jednomyślnie zajmowały się tem, co ich żywotnie obchodziło, a co dla zmylenia otoczenia i samych siebie nazywano akcją przeciwpożarową.

W latach 30. zainteresowało się strażackim ruchem wojsko (podówczas rządzące również sprawami wewnętrznymi), jako gotowym zapleczem do obrony przeciwgazowo-przeciwlotniczej i partyzantki. Wtedy miało się okazać, że to spośród absolwentów wojskowych szkół oficerskich (jakich inż. Brzozowski w świecie nie widział) bierze się w Polsce kandydatów na strażackich oficerów. Doszkalano ich, na skutek braku uczelni z prawdziwego zdarzenia – na kilkumiesięcznych kursach, w warunkach lokalowych urągających zarówno dydaktyce, jak i ludzkiej godności: przyszła elita strażacka jadła, uczyła się, zdawała egzaminy i spała w jednej i tej samej sali. By to zmienić, w 1936 r. wysłano kilkuosobową delegację za granicę, żeby zapoznała się z systemami kształcenia strażackiego Niemiec, Szwajcarii i Włoch. Po powrocie zgodnie stwierdzono, że nasze rodzime pożarnictwo, w porównaniu z zagranicznymi jednostkami, jest znacznie opóźnione, wybudowanie zaś pożarniczego ośrodka naukowo-badawczego jest koniecznością [7]. Dlatego w 1937 r. popełniono czyn mało rozważny: rozpoczęto budowę Centralnego Ośrodka Wyszkolenia Pożarniczego. Pierwszy kurs oficerski, tym razem złożony z kandydatów niewojskowych, rozpoczął się w marcu 1939 r., czego zmarły nagle w styczniu Józef Tuliszkowski już nie zobaczył. W programie znalazły się przedmioty o nazwie „Budownictwo” i „Zabezpieczenie przeciwpożarowe”.

Tymczasem wojsko ze zdziwieniem spostrzegło, że naprawdę nadciąga oczekiwana wojna, a z nią masowe pożary od bomb lotniczych. A spalone miasta to dla wojska rzecz straszna – nie ma dokąd się cofać. Więc oprócz pomocy medycznej, musztry i strzelania zaaplikowali wojskowi strażakom konieczność kontrolowania budynków. Oto przykład, jak to ostatnie zadanie wyszło w praktyce jednej z najlepszych w kraju OSP.

W 1938 r. w ramach obrony przeciwlotniczej i pożarowej straż skontrolowała strychy i poddasza budynków w Kielcach. Dokonała również pod tym kątem przeróbek w swojej siedzibie [8] – tak właśnie zdano sobie wreszcie sprawę ze średniowiecznej wiedzy, mianowicie jakimi drogami i dlaczego rozprzestrzeniają się pożary. Przy tej okazji wyszło na jaw, że niby kiedyś tam uchwalono, żeby uczyć budownictwa na kursach pożarniczych, ale nie po to przecież, żeby tym sobie głowę zaprzątać, tylko żeby Tuliszkowski już o tym więcej nie gadał. Więc gdy druhowie po raz pierwszy w życiu zadziałali w charakterze policji ogniowej, natychmiast wyciągnęli z własnych działań całkiem logiczne wnioski. Straż wystąpiła do zarządu miejskiego z propozycją zatrudnienia specjalnego instruktora-referenta, który byłby częściowo opłacany przez miasto [9]. Potrzebny on był do prowadzenia działalności szkoleniowo-księgowej straży ochotniczych oraz do (…) sporządzania planów obrony obiektów specjalnego znaczenia, przeprowadzania kontroli strychów itp. [10] – ów trzyliterowy skrót „itp.” oznacza, że nie potrafiono przytoczyć z pamięci, przy okazji pisania pisma, żadnych innych konkretnych działań, dzięki którym w razie pożaru łatwiej byłoby życie ludzi ratować i skuteczniej ich mienie gasić.

Apeluję o to, by nawet w myślach nie cofać przyszłych strażackich oficerów do poziomu owego „itp.”!

Fot. 1. Skan PP 

Fot. 1. Skan PP

st. bryg. Paweł Rochala jest zastępcą dyrektora Biura Rozpoznawania Zagrożeń KG PSP

Przypisy

[1] B. Chomicz: Program naszej działalności, czyli jej wytyczne i sposoby urzeczywistnienia, w: „Przegląd Pożarniczy” nr 6/1924, s. 79
[2] Tamże, s. 83
[3] „Przegląd Pożarniczy” nr 17/1924, s. 260
[4] T. Brzozowski, Uwagi krytyczne w sprawie szkoły pożarniczo-budowlanej, „Przegląd Pożarniczy” nr 3/1925 s. 44-45 i nr 4/1925 s. 64-66.
[5] Tamże
[6] Tamże
[7] H. Turska,: Centralny Ośrodek Wyszkolenia Pożarniczego, [w:] „Tradycje Szkoły Głównej Służby Pożarniczej”, Warszawa 1989, s. 15.
[8] U. Oettingen, „Ochotnicza straż pożarna w Kielcach 1919-1939”, Kielce 2012, s. 65.
[9] Tamże, s. 65.
[10] Tamże, s. 65.

październik 2016