postscriptum

Śmieci

Kategoria: postscriptum

Działanie ustawy śmieciowej wywołuje takie skutki uboczne, że gdyby środowisko naturalne mogło działać samo we własnej obronie, szybko uraczyłoby nas jakimś tsunami.

Po owocach ustawy można poznać, że jej twórcy nigdy nie mieli do czynienia z rolnictwem, nie pielęgnowali drzew, krzewów czy choćby marchewki ani nie grabili liści. Możliwe, że i ze środowiskiem naturalnym mają nie za wiele do czynienia. Coś słyszeli, coś oglądali w telewizji i w internecie, byli na wycieczce w ciepłych krajach, spacerowali do parku tudzież dokarmiali gołębie na oknie, a zwłaszcza na parapecie. Za to ze zdobyczy cywilizacji czerpią pełnymi garściami.

Śmiało można też powątpiewać w ich wiedzę o procesach fizykochemicznych, zachodzących „w nieustannym kręgu życia”. Nie wiedzą zatem, czym jest oddychanie, spalanie, a już tajemnicą tajemnic jest dla nich zjawisko fotosyntezy roślin i jaką rolę odgrywa w tym dwutlenek węgla. Jak to często bywa u abnegatów, nazwy substancji chemicznych są dla nich tylko hasłami, uruchamiającymi niekoniecznie odpowiadające prawdzie skojarzenia emocjonalne. Ozon – bardzo dobrze, tlen – dobrze, metan – źle, dwutlenek węgla – trucizna.

W efekcie skutecznego działania takich ludzi mam teraz przed domem cztery pojemniki: na szkło, na śmieci mokre, na papier i plastik oraz na odpady biologiczne. Najtrudniejszy w załadowaniu jest ten trzeci, największy – na papier i plastik. Jego instrukcja obsługi zawiera tyle wykluczeń, że naprawdę nie wiem, co mogę tam wrzucać poza gazetami i butelkami typu pet, choć już nie ma towarów nieopakowanych w tworzywa sztuczne. Czemu nie jest tak, jak było: papier osobno, plastik osobno...?! Ale to drobiazg w porównaniu ze szkodliwością pojemnika na odpady biologiczne.

Nie tak dawno temu we wsiach i w małych miastach resztki jedzenia, liści, ściętej trawy i odchody zwierząt domowych utylizowano w miejscu wytworzenia: usypywano je w pryzmę warstwami, na przemian z ziemią, co nazywano kompostem. W przeciągu roku szpadel, bakterie i dżdżownice redukowały to, bez wydzielania smrodu, do postaci najlepszego nawozu dla roślin. Ponadto znaczną część liści, chwasty i obcięte gałęzie suszono, a potem spalano, co miało ten pożytek, że niszczono przy okazji większość roślinnych pasożytów, grzybów i wirusów.

Teraz niczego nie wolno palić, bo wydziela się dwutlenek węgla, czyli „trucizna”, a dym dusi niedouczonych malkontentów. A że odpady biologiczne trzeba koniecznie gromadzić w odpowiednim pojemniku, to przydomowe kompostowanie staje się czynnością zbędną. Więc uświadomiony ekologicznie (i finansowo) właściciel ładuje w pojemniki więcej śmieci niż kiedykolwiek w życiu. Jednocześnie myśli, że oddaje paskudztwo w ręce specjalistów, a oni z tym zrobią to, co trzeba… „Mylny błąd” – jak to mówili w reklamie.

Po okresie dwutygodniowego dojrzewania w upale wywozi się toto, niestety nie do biogazowi, bo ich nie ma, lecz na wysypisko śmieci (koniec końców biogazownie też produkują odpady, śmierdzące wprost straszliwie – więc importujemy te odpady z Niemiec). A wysypisko jest wspólne dla wszystkich odpadów – na tym właśnie polega ich segregacja.

Na wysypisku następuje ostateczna utylizacja śmieci. Wstępnie polega to na ich przypadkowym wymieszaniu ze sobą, ostatecznie na niekoniecznie przypadkowym spalaniu. Niestety, nie kontrolowanym, a już na pewno nie tak, jak w Wiedniu, gdzie całkiem sporo ciepła pochodzi z tego źródła. W naszych warunkach plastik z opakowań ląduje w ogólnym wysypisku z resztkami organicznymi, wydzielającymi w procesie dojrzewania metan, amoniak i siarkowodór. Gazy te powinny trafiać do rury, by być pożytecznie spalane, ale dzieje się inaczej – trafiają do atmosfery, więc okoliczni mieszkańcy dostają obłędu na tle węchowym. Obłęd, dzięki zwiększeniu dostaw przebogatych w faunę i florę bioodpadów z osobnych pojemników, sięga obecnie do 6 km od epicentrum. Po podpaleniu lub samozapaleniu tli się to tygodniami, niczym torf, wydzielając wtedy nie tylko dwutlenek węgla, ale i prawdziwe trucizny, w tym mutagenne. I to jest ta profesjonalna utylizacja, za którą słusznie słono płacimy – przecież spalanie znacznie zmniejsza objętość śmieci.

W praktyce to straż pożarna ma ostatnią rolę w śmieciowym łańcuchu. Ma do miesiąca zabawy w dowożenie wody do wysypisk śmieci lub – ku uciesze właściciela – zasypuje je ziemią, co on sam musiałby zrobić nawet bez pożaru. W skali kraju takich akcji jest ze 100 w roku. Ale to jeszcze nic! Są przecież nieomówione wyżej odpady przemysłowe. To jednak już zupełnie inna bajka. Niestety, znacznie straszniejsza.

Oficer