Pierwsze takie wyróżnienie
27 Maja 2026Na co dzień są pasjonatami gór i pieszych wycieczek, a zamiłowanie do wyzwań mają we krwi. Komenda Powiatowa Państwowej Straży Pożarnej w Gorlicach nie dysponuje specjalistyczną grupą wysokościową, ale nie przeszkodziło im to w podjęciu próby, która wymagała wiedzy właśnie z tego zakresu. Mimo przeciwności zwyciężyli.
Mowa o mł. asp. Damianie Przybosiu oraz st. sekc. Mateuszu Kłapaczu, którzy w lutym tego roku wyruszyli w góry, by zdobyć złoto – tzn. Złotą Wojskową Odznakę Górską Strzelców Podhalańskich. „Szarotka” (tak potocznie nazywa się tę odznakę) to w środowisku górskim jedno z najbardziej prestiżowych wyróżnień. Zdobycie jej nie jest wcale takie proste – wymaga doświadczenia, dobrej kondycji i odpowiedniego przygotowania. A nawet mając to wszystko, w obliczu zadania konkursowego okazuje się, że aby dotrzeć do mety, potrzeba znacznie więcej. Nic dziwnego, że grono zdobywców stanowi elitę – w Polsce to zaledwie 41 osób.
Droga po brąz i srebro
Każdy proces przebiega etapami w określonej kolejności, a przejście do kolejnego zależy od prawidłowego ukończenia etapu poprzedniego. Tak też jest w przypadku Wojskowej Odznaki Górskiej Strzelców Podhalańskich. Najpierw należy zdobyć odznakę brązową i srebrną, by móc przystąpić do zmagań o złoto.
Początkowo mł. asp. Damian Przyboś oraz st. sekc. Mateusz Kłapacz zdobyli brązową odznakę osobno. Stworzyli duet dopiero, gdy postanowili wyruszyć na kolejny, trudniejszy etap. Znali się już całkiem dobrze, pracowali na tej samej zmianie w jednostce ratowniczo-gaśniczej w Gorlicach.
Zmagania o brązową odznakę składały się z praktycznego sprawdzianu wiedzy i umiejętności z zakresu wysokościówki (elementów ratownictwa wysokościowego i wspinaczki) oraz pokonania 34 km w 10 godzin z obciążeniem ok. 16 kg (plecak ze sprzętem itp.). Część pierwsza odbywała się na sali gimnastycznej 21. Brygady Strzelców Podhalańskich w Rzeszowie. Gdy udało im się przejść wysokościówkę, następnego dnia udali się w Bieszczady, by stawić czoła innemu wyzwaniu. Po zdobyciu brązu nie osiedli na laurach, lecz zakasali rękawy, by przygotować się do wyprawy po srebro. Dwa lata później wystartowali.
O srebro walczyli na obszarze Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Poziom konkurencji został podwyższony, przeplatały się tu różne zadania, które wymagały większych umiejętności. Następnie – trzydniowa wyprawa. Na szczęście w warunkach letnich. Mimo to lekko nie było, i to dosłownie. Każdy zawodnik musiał się odpowiednio wyposażyć, m.in. w namiot, śpiwór, ubrania, apteczkę, mapę i kompas, jedzenie i wodę na trzy dni. Biwak można było rozbić w wyznaczonych miejscach, a przyjmowanie pomocy od osób trzecich oznaczało dyskwalifikację.
Przystąpienie do następnej edycji oznaczało długie i mozolne przygotowania. Mł. asp. Damian Przyboś i st. sekc. Mateusz Kłapacz poświęcili na to trzy lata (w jednym roku organizator odwołał konkurs ze względu na warunki atmosferyczne). Ćwiczyli w sali gimnastycznej Komendy Powiatowej PSP w Gorlicach, wykorzystując elementy konstrukcyjne do treningu elementów ratownictwa wysokościowego. Musieli się przygotować do trudniejszych konkurencji – budowy mostu linowego, opuszczenia po nim poszkodowanego, odebrania poszkodowanego, bardziej skomplikowanych elementów wspinaczki.
O ile poprzednie etapy składały się z konkretnych konkurencji, do których mogli się przygotować, o tyle po złoto szli, nie wiedząc, co ich czeka. To w końcu złoto, nie może być za łatwo. Nie wiedzieli nawet, jaki sprzęt powinni ze sobą zabrać. Byliśmy przekonani, że mamy nadmiar sprzętu, tymczasem na miejscu, gdy zobaczyliśmy naszych konkurentów, zrozumieliśmy, że nic nie mamy – powiedział st. sekc. Mateusz Kłapacz. Szybko jednak okazało się, że nie ilość sprzętu się liczy, lecz umiejętności uczestników. – O to właśnie chodziło, że tak powiem: mając dwie sznurówki, musimy uratować poszkodowanego. Sprzęt to nie wszystko – dodał mł. asp. Damian Przyboś. Zadanie polegało na ściągnięciu poszkodowanego, który był uwięziony w linach. Należało podejść od dołu, uwolnić go i bezpiecznie sprowadzić na ziemię. Trzeba było kombinować, uważać, co się robi, gdyż błąd oznaczał koniec zmagań. Co gorsza, zadanie było na czas. Jako pierwszy wykonywał je instruktor i wszystko zależało od jego czasu. Uczestnicy otrzymywali jasne wytyczne – na wypełnienie zadania mieli czas instruktora plus 50%.
Droga po złoto
Podstawowa różnica między zawodami o odznakę srebrną a złotą to fakt, że te pierwsze organizowane są latem, a drugie zimą. Zimowy wypad odbywa się na nartach skiturowych. We wrześniu 2021 r. strażacy przemierzyli 90 km w Bieszczadach, aby uzyskać odznakę II stopnia. Po latach wrócili w góry, aby zmierzyć się z trudniejszymi warunkami – śniegiem, mrozem, problemami towarzyszącymi wspinaczce i marszowi na nartach. – Cały czas mieliśmy na sobie buty skiturowe, twarde, sztywne, plastikowe – powiedział st. sekc. Mateusz Kłapacz. – Musieliśmy zjeżdżać, nawet jeśli nie było ku temu warunków. Nieważne, że niewygodnie było przemierzać las w ten sposób. Odpinanie nart i schodzenie pieszo w dół groziło dyskwalifikacją. Do tego dochodziły liczne przewyższenia, łącznie ok. 3000 m, przy czym w jednym miejscu temperatura powietrza dochodziła do 2°C, a za chwilę spadała do –7°C. Tym trudniej było radzić sobie na nartach, kiedy na plecach znajdował się ekwipunek ważący ok. 25 kg. Osoby praktykujące narciarstwo na pewno domyślają się, w czym tkwi szkopuł (podpowiem: lepiej się nie przewracać). W plecakach mieli wszystko, co miało pomóc przetrwać, w tym m.in. kurtki puchowe, śpiwory, kuchenki, dlatego były tak ciężkie.
Dziennie pokonywali ponad 30 km, co zajmowało im kilkanaście godzin. Starali się nie robić dłuższych postojów, zatrzymywali się jedynie na 2 minuty, bo potem nie byliby w stanie ruszyć, ich nogi były tak zmęczone. Jedli w drodze wszystko to, co mieli przygotowane, m.in. batoniki. Gdy zapadał zmrok, nadal szli. Rozbijali biwak wieczorem ok. godz. 17.00-18.00; przygotowanie do snu, łącznie z postawieniem namiotu i przebraniem się, zajmowało im ok. 2 godzin. Temperatury nie rozpieszczały, a ubrania po całym dniu były przepocone, buty zaś mokre. Wyzwaniem było przetrwanie nocy i ogrzanie wnętrza namiotu na tyle, aby ich rzeczy nie zamarzły. Wstawali między godz. 3.00 a 4.00 rano, przez dwie godziny pakowali się i przygotowywali do wyruszenia w dalszą drogę.
Zmęczenie szybko się pojawiało. Pierwszego dnia już po trochę ponad dwóch godzinach przyszło zwątpienie, a gdy okazało się, że pokonali dopiero niecałe dwa kilometry i zostało im jeszcze ok. 30 km, zwątpienie zmieniło się w obawę, czy w ogóle dadzą radę. Raz padał deszcz, raz śnieg, podłoże było oblodzone, strażacy byli mokrzy, ręce drętwiały im z zimna, stopy mieli umęczone twardymi butami. Często mierzyli się ze strumieniami, przez które przechodzili bez nart. Gdy zaś nieśli narty, trzymając je na karku lub przy sobie, walczyli z silnym wiatrem, który próbował im te narty wyrwać z rąk. Sytuacji takich było wiele, nawet kilkadziesiąt na odcinku kilku kilometrów. Gdy się o tym mówi z perspektywy czasu, wszystko wydaje się prostsze, tymczasem tam, w górach, wcale tak nie było.
Musieli uważać na foki narciarskie (materiał przyklejany do ślizgów nart, chroniący przed zsuwaniem się z góry – przyp. red.), aby nie zamarzły, gdyż wtedy przestawały spełniać swoją rolę. Foki zatem naklejali, gdy musieli się wspinać pod górkę, a żeby zjechać – zdejmowali je, zwijali i chowali pod kurtkami, aby ochronić włosie przed zimnem.
Mimo ostrożności, upadki się zdarzały. Stoczenie się kilkuset metrów w dół oznaczałoby utratę cennego czasu, a może nawet dyskwalifikację, gdyby zgubili sprzęt. Dłonie mieli tak zmarznięte, że nie mogli utrzymać kijków, musieli je sobie przywiązywać.
Zdarzyło im się zjechać o ok. 50 m za nisko, utknęli w śniegu po pas, tracili wiarę, wychodzili na oblodzoną powierzchnię i po chwili znów tonęli w śniegu. Różne myśli przychodziły im wtedy do głowy; gdyby coś im się stało, na ratunek musieliby czekać przemoczeni i zziębnięci ok. 4 godzin. Stracili wtedy dwie godziny. Gdy doszli do punktu z chatą, gdzie wyszli do nich żołnierze, byli załamani. Zapadł już zmrok, szli z latarkami czołowymi. Zauważyli ślady nart, co dodało im otuchy, że są na właściwej drodze i ktoś przed nimi już tu dotarł. Na miejscu okazało się, że… byli pierwsi. Zaraz potem zalało ich podekscytowanie, że dali radę, a zmęczeni byli tak bardzo, że nie mieli sił, gdy nadszedł czas na rozbicie biwaku. Kilka godzin snu i już chcieli wyruszyć dalej, na kolejne 30 km.
Momentów zwątpienia było wiele. Już pierwszego dnia myśleli, że wyprawa się nie powiedzie, bo stracili dwie godziny przez zwykły błąd. A jednak nie byli na straconej pozycji. Gdy mieli dość, dawali sobie czas na przemyślenie wszystkiego w samotności – nie zatrzymywali się, wystarczyło zachować dystans podczas marszu. Odreagować mogli słownie, ewentualnie porozmawiać. Wszystko jest w głowie – zauważa mł. asp. Damian Przyboś. – Organizm nie dawał rady, pogoda i warunki otoczenia były przeciwko nam, i tylko głowa nas jeszcze ciągnęła dalej. Wyprawa w Bieszczady to nie tylko sprawdzian przygotowania technicznego, ale i próba wytrwałości psychicznej. Na szczęście grupy śmiałków liczyły co najmniej dwie osoby (nie więcej niż trzy), dzięki czemu każdy miał przy sobie kompana, który mógł go wesprzeć.
Przygotowań nigdy za wiele
Spotykali się tak często, jak to możliwe, korzystali ze ścianki skałkowej w KP PSP w Gorlicach, ćwiczyli podejścia, wiązanie węzłów, budowę i naciąganie mostów linowych, budowę stanowisk, opuszczanie się do poszkodowanego, przepuszczanie węzłów przez stanowiska. Czerpali wiedzę zewsząd – z kursów, z doświadczenia własnego (st. sekc. Mateusz Kłapacz działa w GOPR) i od kolegów. Znali przebieg pierwszego etapu (wysokościowego), ale nie mieli pojęcia, jaki sprzęt należało ze sobą zabrać. Przydać się mogło wszystko, a jednocześnie musieli wykazać się umiejętnościami i sprytem, niemalże jakby nie mieli przy sobie żadnego sprzętu. Mieli wykonać zadanie, zachowując standardy bezpieczeństwa. Na każdą konkurencję przysługiwały dwie próby, instruktorzy mogli przyznawać żółte kartki ostrzegawcze, jak w meczu, z tym że brak poprawy oznaczał dyskwalifikację. Ważna była technika, ale i trzymanie nerwów na wodzy.
Jeśli chodzi o trening mający ich przygotować do wyprawy w góry, wykazali się pomysłowością. Jeździli na Jaworzynę Krynicką i wbiegali pod górę na stok. Wbiegali również na Kasprowy. Za każdym razem mierzyli sobie czas i bili własne rekordy. Przy okazji sprawdzali swoje możliwości w butach skiturowych, które do najwygodniejszych nie należą, a musieli być gotowi na wielogodzinny marsz w twardym, sztywnym obuwiu, w którym nie było zbyt wiele miejsca na ruch.
Wtedy walczyli z własnymi słabościami, o wygraną i o przetrwanie. Teraz cieszą ich wspomnienia, a sukces tym lepiej smakuje, że sami do niego doszli ciężką pracą i twardymi charakterami. Sami się przygotowywali, kombinowali ze sprzętem, szukali rozwiązań, tygodniami uczyli się konkretnych technik, aby w dniu egzaminu wykonać je perfekcyjnie.
Pilnowali się do tego stopnia, że nie pozwolili sobie na przyjęcie ciepłej wody od kobiety, którą spotkali po drodze. Zakaz przyjmowania pomocy wzięli sobie do serca i słusznie, bo okazało się, że grupa żołnierzy chwilę później udała się do tej kobiety, aby wypytać ją, czy strażacy skorzystali z propozycji.
Dla przyszłych śmiałków mają kilka rad: ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć. Dbać o kondycję, przyzwyczajać stopy do butów skiturowych, próbować swoich sił we wchodzeniu pod górę, a nawet spędzić noc pod namiotem, zimą, i najlepiej w mokrych ubraniach. Będzie to namiastka tego, co czeka ich podczas prawdziwej wyprawy. Trzeba zaplanować, co powinno znaleźć się w plecaku, a co jest zbędne. Ważne: mokre kurtki puchowe nie grzeją, suche ubrania na zmianę, zwłaszcza bielizna, są na wagę złota, a w apteczce koniecznie powinny się znaleźć środki przeciwbólowe i plastry na odciski (i to porządne).
Marta Giziewicz jest redaktorką i dziennikarką, autorką powieści, pracuje w "Przeglądzie Pożarniczym" od 2020 r.