• Tłumacz języka migowego
Pożary filmowe Paweł Rochala

Drezno (2006), czyli niemiecki Popielec po angielsku

10 Lutego 2022

 

Tym razem przyjrzymy się z bliska prawidłowości przysłowia „Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę”. Tę ogniową.

Wokół pełno pyłu, latających fragmentów ruin, również płonących. Drezno (Drezden), Niemcy, 2006, scen. Stefan Kolditz, reż. Roland Suso Richter / fot. kadr z filmuPierwsza wojna światowa miała trwać krótko - mamy drogi żelazne, dużo armat i karabinów maszynowych, pozabijamy większość wrogów, reszta się podda. Trwała bardzo długo, bo przeciwnicy też mieli przemysł zbrojeniowy i koleje. Ba! Ofiar wojny nawet z czasem przybywało, z upływem miesięcy od daty jej zakończenia. Przesunięcie punktu ciężkości gospodarki w stronę zbrojeń absolutnych przynosi straszliwą inflację, bezrobocie, zaburzenia społeczne, utratę wiary w moc sił i uczuć wyższych. A niektórych chorób nic tak nie rozprzestrzenia, jak wojsko nazbyt długo oderwane od narzeczonych.

Technika wojenna rozwijała się nadal. Doszło do sformułowania teorii przewagi powietrznej. Obmyślono, że ogromne floty samolotów bombowych rozciągną wojnę daleko na zaplecze frontu. Miało to służyć niszczeniu fabryk zbrojeniowych. W praktyce druzgotano zabudowę mieszkalną miast.

Praktyka totalnej wojny powietrznej

Terrorystyczną wojnę powietrzną rozpoczęli Niemcy i Włosi. Stało się tak jeszcze przed drugą wojną światową, gdy podczas wojny domowej w Hiszpanii zbombardowali baskijskie miasto Guernica. Celem były fabryki broni, stacja kolejowa i most Renteria, ale bomby spadły na dzielnice mieszkaniowe, które legły w gruzach. Nie wiadomo, ile dokładnie osób zginęło - szacuje się, że od 100 do ponad 1500. Fabryki broni, linia kolejowa i most ocalały, ale zburzone i spalone miasto stało się problemem etycznym i socjalnym. Wojsko mogło przez nie przejść, ale już nie przejechać ani w nim odpocząć czy się leczyć.

Guernicę dostrzeżono we wszystkich armiach świata jako szansę i zagrożenie zarazem. Już wcześniej podpisano traktaty o zakazie bombardowania celów cywilnych niebronionych, ale nikt nie żywił złudzeń, że bomby je ominą. A co wtedy, gdy ładunki będą zawierały gaz?... Rozwijano więc obronę przeciwlotniczą i przeciwgazową.

Druga wojna światowa rozpoczęła się od niemieckich nalotów na „węzły komunikacyjne”, czyli na miasta. We wrześniu 1939 r. Niemcy rozumowali prosto: „Bronicie Polacy miasta lub nam się tak wydaje? To je, zgodnie z prawem międzynarodowym, bombardujemy!”, bo cele bronione można bombardować. Po zniszczeniu 20% zabudowy mieszkalnej Warszawa się poddała.

W czasie słynnej bitwy o Anglię cele cywilne oszczędzano, jednak gdy w wyniku nocnej pomyłki nawigacyjnej Niemcy zbombardowali Londyn, Anglicy odpowiedzieli nocnym nalotem na Berlin. Tak zaczęło się wzajemne okładanie bombami wielkich miast.

Wkrótce alianci zyskali nad Niemcami przewagę - mieli więcej dalekosiężnych, dobrze uzbrojonych bombowców. Przy tym doszli do wniosku, że nie wygrają wojny, bombardując wyłącznie cele militarne. Były one silnie bronione przez sposób budowania, artylerię i lotnictwo myśliwskie. Analiza strat własnych, np. po wyjątkowo skutecznym nalocie niemieckim na Coventry, doprowadziła Anglików do wniosku, że większą przerwę w produkcji wojennej powoduje niszczenie osób produkujących niż niszczenie fabryk. Zatem oprócz kompleksów fabrycznych celami stały się mieszkania robotników. Tu, o czym znów przekonywały straty własne Anglików, idealne efekty przynosiło użycie kombinacji bomb burzących i zapalających.

Takim oto sposobem nauczono się wywoływać pożary strefowe zabudowy mieszkalnej.

 

Burza ogniowa w Hamburgu

Hamburg bombardowano systematycznie - jako port, stocznie wojenne i fabryki zbrojeniowe. Niewiele to dawało. Miasto miało nie tylko silną obronę przeciwlotniczą, ale też przodującą w Niemczech ochronę przeciwpożarową - kilkuset strażaków zawodowych i kilka tysięcy ochotniczych, dobrze umundurowanych i wyposażonych aparaty oddechowe. Jednak nawet oni niewiele mogli pomóc na to, co miało nastąpić.

Po dwóch silnych nalotach z 24/25 i 26 lipca, nocą z 27 na 28 lipca przyleciało aż 787 angielskich samolotów, niosących przeważnie bomby zapalające. Strażacy usiłowali walczyć z setkami pożarów, gwałtownie przybierających na sile. Wkrótce ogniska sąsiednich pożarów zaczęły łączyć się, przybierając postać strefową. Nieznajdująca ujścia energia pożaru kumulowała się, w związku z tym osiągnął on dużo wyższą od standardowej temperaturę, ponad 1000°C - topiło się nawet szkło. Rozgrzane gazy pożarowe na wielkiej powierzchni błyskawicznie uniosły się, zasysając z okolicy powietrze, które napędzało pożar. Promieniowanie cieplne tak przybierało na sile, że nie tyle zapalały się, bo przecież już płonęły, co wchodziły w stan rozgorzenia kolejne obiekty z obwodu pożaru, powiększając jego ognisko. To dodatkowo napędzało prądy konwekcyjne i w pewnym momencie wiatr dośrodkowy osiągał siłę 200 km/h, a ruch powietrza przyjmował kształt wirowy. Ogniowe tornado zasysało ludzi i pojazdy. Temperatura była tak wysoka, że asfalt kipiał i płonął, spływając ulicami.

Stan burzy ogniowej trwał trzy godziny, wypalając do czysta materiał wystarczający w „zwykłym” pożarze na kilkanaście godzin, nie pozostawiając nawet zgliszcz. Zniszczenia objęły 16 tysięcy budynków wielorodzinnych. Ostatecznie śmierć poniosło około 45 tysięcy ludzi, wśród nich 7 tysięcy dzieci i większość strażaków. Szacuje się, że 70% ofiar udusiło się w schronach, resztę życia pozbawiła temperatura i wybuchy bomb. Milion ludzi straciło dach nad głową.

Efekty tego bombardowania wywarły wrażenie na obydwu stronach konfliktu. Jeszcze 50 takich nalotów i Niemcy nie będą mieli gdzie mieszkać, a wtedy się poddadzą! Anglicy starali się więc uzyskać taki wynik, zaprzęgając ku temu naukę. Udało się kilka na kilkadziesiąt druzgocących bombardowań. Najboleśniej w Dreźnie.

Film [1]

Niestety, już na wstępie ostrzec muszę, że fabuła szeleści papierem i nachalną dydaktyką. Scenarzyści wielokrotnie rozminęli się zarówno z wiarygodnością psychologiczną, jak historyczną. Główna bohaterka to pielęgniarka, zafascynowana lekarzem (daje mu całusy nad otwartymi ranami operowanego - widział to kto?!), ale z miejsca tudzież nader czynnie zakochująca się w nielekko rannym pilocie angielskim. To tak, jakby pokochać kata. Dla równowagi jej siostra przyjmowała z żarłoczną niecierpliwością w pokoju obok wysokiego młodzieńca w mundurze piaskowego koloru. Tylko czy on zdejmował wtedy długie buty?... Ojciec, lekarz, handlował z tym panem morfiną. No i jeszcze koleżanka - ta nie chciała się rozwieść. Z kim? Z Żydem! Uwaga - w lutym 1945 r., w środkowych Niemczech nad Łabą! Tę historię wzięto z życia, bo w Niemczech Żydzi mogli żyć w niemieckich rodzinach tak długo, jak byli ich członkami. W Polsce za pomoc Żydowi, nawet dziecku, groziła śmierć na miejscu - dla sprawcy i całej jego rodziny.

Drezno też przedstawione jest nieco dziwnie. Amerykanie przeszli Ren, Rosjanie Odrę. Zgodnie z prawdą historyczną miasto powinni wypełniać niemieccy uchodźcy ze wschodu oraz z Berlina, jedni uciekali przed Sowietami, drudzy przed alianckimi nalotami - co nie bardzo widać. Tymczasem główna bohaterka mieszka w wielkim domu, do którego nikogo nie dokwaterowano, żadnych przyjaciół z Berlina czy Wrocławia. Ma w pokoju zapalone lampy elektryczne, korytarz rozświetlają następne. Nikt ich nie gasi. Faktycznie Drezno miało opinię miasta, którego alianci nie zbombardują, lecz wątpić można, czy nie było tam wojennego kryzysu. Ludzie zasłaniali oświetlone okna dopiero, gdy nastał alarm przeciwlotniczy? Nie było tam nawet zaciemnienia? Niemożliwe!

No ale my oglądamy ten film dla pożaru. Jak on wyglądał?

Przygotowania do nalotu

Symbolicznie pokazano angielskie przygotowania i marszałka Arthura „Bomber” Harrisa, noszącego również przydomek „Rzeźnik”. Ogląda on fotografię lotniczą domów wielorodzinnych - całych oraz takie samo ujęcie ich wypalonych szkieletów. „Dobra robota” - mówi. Miał jeszcze inne powiedzenia, jak takie, że królewskie siły powietrzne ściśle przestrzegają pierwszowojennych zobowiązań do niebombardowania terenu Niemiec z balonów - ale tego dowcipu nie pokazano. Tylko decyzję o nalocie - trzeba spełnić prośbę Rosjan o zniszczenie komunikacji w Dreźnie. Zresztą prawie wszystkie miasta w Niemczech były już obrócone nalotami w ruinę - o czym w filmie bardzo mało się mówi, ważniejsze, by pokazać dobre serduszko pielęgniarki. Tymczasem ponad dwa tysiące alianckich czterosilnikowych bombowców strategicznych musiało dostać jakieś cele. Przecież przestano bombardować nazbyt dobrze broniony Berlin.

Nie pokazano też, jak alianci dobierali cele w samych miastach. A wyznaczano na nie starówki, czyli zabudowę palną, bardzo zwartą. Po zerwaniu tam dachów i wybiciu okien przez ciężkie bomby burzące (500-2000 kg) zasypywano taki obszar bombami zapalającymi. W jednej chwili zapalało się wszystko - dobytek nagromadzony latami oraz drewno konstrukcyjne. Mógłby ktoś taką dydaktykę zrobić w akcji filmowej, jak nie Anglik planujący nalot, to Niemiec składający meldunek po jakimś nalocie, albo uciekinier z Hamburga... Tego nie ma.

Sam nalot jest pokazany dobrze.

Nalot

Bohaterka przeżywa rozterkę rozstania z wymagającym opieki pielęgniarskiej i seksualnej (mimo ciężkiej rany) angielskim ukochanym, bo rodzice robią nocną ewakuację do Bazylei. On, niezdradzony, zostaje na poddaszu domu. Na dworcu kolejowym nasi uciekinierzy usłyszeli ryk syren. Ogarnięte paniką tłumy wbijają się twardo do schronu, ale pielęgniarka na jego progu przypomina sobie nagle o czymś i skutecznie przebija się przez te tłumy na zewnątrz (niemożliwe, nawet gdyby była Walkirią). Widzi (wreszcie!) mnóstwo dzieci i ich matek, a my wzruszamy się zgubionym pieskiem. Widzimy też na ulicach dzieci poprzebierane w śmieszne stroje, wszak był to ostatni dzień karnawału - wtorek, 13 lutego. Tak było.

Tymczasem do miasta nadlatywała pierwsza część angielskiej armady, w liczbie 244 maszyn, nosząca dowcipny kryptonim „Suszarka do naczyń”. Poprzedziło ją kilka ciężkich bombowców, które miały oświetlić miasto, by lekkie bombowce mogły precyzyjnie oznakować punkt celowania. Alarm i oświetlenie miasta zbiegły się w czasie - o godz. 22.00. Na niebie pojawiło się kilka rozciągniętych rojów wolno opadających na spadochronach jaskrawych flar - płonęły na zielono. W rozjaśnionym mieście widać rozbieganych ludzi, niektóre flary już osiągają ziemię. Pojawiają się kolejne girlandy świateł na spadochronach (mówiono na to w Niemczech „choinki”), bo musi być widno. Artyleria przeciwlotnicza nie strzela, bo jej nie ma. Nie ma też reflektorów. Miasta nie broniono.

Widzimy ujęcie z kabiny dowódcy nalotu. Otrzymuje polecenie od dowódcy lekkich bombowców, by celował w czerwony znacznik - i taki płonie na ziemi, pośród rojów zielonkawych świateł. Tu twórcy filmu odtworzyli autentyczne rozmowy pilotów. O godz. 22.13 bomby poszły - jakieś 600 ton.

Pożary masowe

Nie wszyscy ludzie zdołali schronić się przed wybuchami. Tam, gdzie biegnie ofiarna pielęgniarka, wybuchy wyglądają jak od granatów, a nie od pół-, jedno- i dwutonowych bomb. A przecież taka półtonówka niszczyła całą kamienicę, rozrzucając pył i gruzy na kilka przecznic! Obraz pozostaje czysty dla widza, więc widzi gotowe zawaliska. Zaczynają się pożary, od razu całkiem intensywne - termitowe bomby zapalające robiły swoje, powodując, że pożary nie miały fazy wstępnej, tylko od razu osiągały w stan rozwinięty. Strażacy leją strumienie zwartej wody, lecz ogień nigdzie nie ustępuje. Nasza bohaterka niknie w piwnicy, a z nią kochanek niemiecki i angielski, bo jakoś się znaleźli i trochę poprzepychali, ale bomby ich pogodziły.

Perypetie bohaterów mają tylko ten sens, żebyśmy zobaczyli pośrednie skutki pożarowe dokładnego bombardowania.

Nalot zakończył się, ale ludzie nie opuszczają piwnicy, bo ciągle słychać wybuchy - ciężkie bomby miały zapalniki czasowe. Gęste pożary na ziemi wysysały powietrze z piwnic, w zamian dając tlenek węgla. Widzimy pomieszczenia, w których wszyscy śpią, to znaczy już nie żyją kobiety, dzieci, starcy. Gdzie indziej tli się węgiel w sąsiedniej piwnicy i czas uciekać, tylko nie ma dokąd - w innych piwnicach jest śmierć. I wszystko to jest prawdą - pożary od nalotów przebijały się w dół nie tylko w formie trujących gazów. Tylko trudno uwierzyć, że modlący się, starzy ludzie poprosili żołnierza, by ich pozabijał - scenarzysta chyba nie lubi chrześcijan.

Nasza trójka, po odebraniu porodu w huku bomb, dzięki angielskiemu instynktowi wydostała się na zewnątrz. Natrafili na sam początek burzy ogniowej. Wiatr się wzmógł, płomienie z czerwonawych i dużych zrobiły się jasnożółte i wielkie, prawie bez dymu. Ogień ogarniał wszystko, nawet drewnianą protezę idącego człowieka. Jakaś kobieta zgięta w pół szarpała pod wiatr wózek dziecięcy - nie wiedziała, że cały już płonie. Bohaterską pielęgniarkę huragan wciągał do pożaru, mimo że opierała mu się na czworakach. Jej kochankowie ustali na nogach - ot, pochylili się i tyle. Uratowali dziewczynę, bo utworzyli z siebie łańcuch zakotwiczony o latarnię - musieli mieć ręce z żelaza, bo wiatr porywał już ludzi i sprzęty i miotał nimi w ognistą otchłań, w jaką zmieniła się ulica za sprawą pożarów sąsiednich kamienic. W poziomie fruwało tysiące zarzewi ognia, ale kręcone włosy pielęgniarki pozostały nienaruszone - świetni są ci niemieccy fryzjerzy!

Niestety, nie dostajemy bocznego ujęcia pożaru z niewielkiego oddalenia, choćby z drugiej strony rzeki. Dopiero wtedy byłoby widać, jakim potworem jest burza ogniowa. Widzimy tylko jej niewyraźny obraz z daleka, z nadlatującej nad miasto drugiej fali nalotu, tworzonej przez 529 samolotów. Z odległości 50 km widać, że kilka wielkich smug ognia zwija się dośrodkowo, a dym z nich przebija rzadkie chmury. Na ziemi jest już piekło - to dostrzegamy okiem bombardiera jako gęsty rój pożarów. Oni jeszcze go powiększą - odtworzone z autentycznych nagrań rozkazy nakazują zrzucać bomby na obrzeża pożaru, nie marnować ich na morze ognia. Co czynią. Nie dowiadujemy się z filmu, że oznacza to celową zagładę nie tylko ludzi zamkniętych w schronach, lecz również strażaków i służb ratowniczych z całej Saksonii.

Łącznie w dwóch nalotach spadło na Drezno ponad 2000 ton (2 mln kg) bomb burzących i zapalających, czyli kilka pełnych składów pociągów towarowych.

Po pożarze

W filmie nastał ranek 14 lutego - środa popielcowa. Widać efekty działania pilotów myśliwskich - tak, ostrzeliwali ludność cywilną i wszelkie pojazdy na drogach, w ich rozumieniu - wojsko. Ale niczego nie dowiadujemy się o dwóch armadach powietrznych, które dorzuciły następne 2000 ton bomb. Widzimy, jak ludzie idą przez jeden z mostów, bo naloty żadnego nie zniszczyły. Angielski pilot minionej nocy doznał cudownego ozdrowienia z postrzału w żebra. Z niezawalonej wieży Frauenkirche, gdzie wszedł, widzimy jak okiem sięgnąć ruiny miasta. Jak brzmi informacja, wieża upadła dopiero następnego dnia. W istocie nikt by tam nie wszedł, bo gruzy były jeszcze gorące, a już w szczególności jakiś Anglik, skoro źli SS-mani zabijają w filmie nawet dobrych Niemców chodzących po ruinach.

Widok filmowy spalonego Drezna z 14 lutego 1945 r. jest nieco zwodniczy. Miasto powinny zasnuwać dymy, bo przecież nie wszędzie burza ogniowa wypaliła wszystko do cna, zostawiając tylko czyste, prawie białe gruzy - wiele pożarów na jej obrzeżach jeszcze trwało, bo gasić ich nie miał kto ani czym. W setkach piwnic tliły się zapasy węgla - też nie dymił?! To czemu dziś tak walczy się z węglem?! Ale tu już nie liczyła się prawda historyczna tylko tzw. ponadczasowa.

Film warto obejrzeć z braku lepszych obrazów burzy ogniowej. Niestety, mielizny scenariuszowe skutecznie przesłaniają nie tylko staranną rekonstrukcję pożarową, ale też dramatyzm sytuacji. Porażone nalotem tłumy stają się obojętnym dla widza tłem wobec wyczynów heroicznej pielęgniarki. W Dreźnie, według danych oficjalnych, zginęło 25-40 tys. ludzi! W filmie tego nie widać. A morze ruin… W tym czasie w Warszawie też je mieliśmy, tylko znacznie większe. I więcej ofiar.

Jeśli ktoś chce poznać tragedię Drezna od podszewki, wystarczy przeczytać książkę [2]. To głównie z niej pochodzą inne niż filmowe informacje w niniejszym artykule. Przy okazji książka wyrówna nam dzisiejszy brak, wyjaśniając, na czym polega prawdziwa obrona cywilna i czemu nijak z wojskiem nie może być związana.

 

st. bryg. Paweł Rochala jest doradcą komendanta głównego PSP

Paweł Rochala Paweł Rochala
do góry