• Tłumacz języka migowego
Aktualne wydanie, Temat numeru, Za granicą Aleksander Mirowski

Na odsiecz Francji

15 Września 2022

10 sierpnia 2022 r. o godz. 8.37 w CECIS (Common Emergency and Information System) pojawia się informacja z Francji. Mówi o zapotrzebowaniu na wsparcie ratownicze w ramach Europejskiego Mechanizmu Ochrony Ludności. System ratowniczy tego kraju przechodzi najcięższy test, pozostając w pełnej mobilizacji w związku z szalejącymi tam od kilku tygodni pożarami lasów. Potrzebne są moduły GFFFV (Ground Forest Fire Fighting using Vehicles) - PSP dysponuje sześcioma, dwa z nich wyruszą do Francji.

Rozdzwaniają się telefony i o godz. 9.04 moduły zostają postawione w stan gotowości. Decyzja o możliwości zadysponowania dwóch z nich zapada właściwie natychmiast, a już w czasie jej konsultowania w Biurze Planowania Operacyjnego Komendy Głównej rozpoczynają się przygotowania do wyjazdu. GFFFV z województw zachodniopomorskiego oraz dolnośląskiego w ciągu kolejnych kilkudziesięciu minut są w pełnej gotowości.

Można by sądzić, że mobilizacja 146 ratowników oraz 49 różnych pojazdów ma prawo trwać nawet kilkanaście godzin, ale tak nie jest. Każde województwo dysponujące modułem ma już preplanowaną gotowość, więc zamiast szukania potrzebnego sprzętu i ludzi dokonywana jest jedynie weryfikacja stanów. Wcielenie w życie zalecenia „nie marnujmy czasu pokoju”, oznaczającego czasem wykonywanie tych samych czynności, wypełnianie tych samych tabel czy ciągłe weryfikowanie możliwości wyjazdu poszczególnych członków modułu, właśnie się zwraca.

Informacja o decyzji z Ministerstwa dociera o godz. 11.49. Pełna mobilizacja. Teraz czekamy już tylko na potwierdzenie od kolegów z Francji, że akceptują naszą deklarację pomocy.

Dość nietypowo, bo dopiero w godzinach wieczornych (godz. 20.55), następuje akceptacja naszej pomocy przez stronę francuską. Szybka estymacja czasów przejazdu i możliwości efektywnej koncentracji sił i środków owocuje decyzją, że 11 sierpnia o godz. 12.00 moduł GFFFV Poland zgrupuje się w Legnicy. Stamtąd rusza do francuskiego Hostens, 30 km na południe od Bordeaux, aby pomóc kolegom z Francji, tak jak wcześniej w Grecji czy Szwecji.

W drogę

Do celu docieramy 13 sierpnia w godzinach popołudniowych. Ktoś, kto sprawdził na popularnych mapach trasę z Legnicy do Hostens, może być zaskoczony. Rzadko podawany czas dojazdu przekracza 20 godz. Jak w takim razie może to zająć trzy dni (właściwie nieco ponad dwie doby)? W przypadku przejazdu modułu GFFFV pod uwagę trzeba wziąć kilka czynników. Przede wszystkim średnia prędkość, która mogą rozwinąć pojazdy, to 80 km/godz. Rozdzielanie modułu ze względów organizacyjnych i z uwagi na bezpieczeństwo nie wchodzi w grę. Eskorta policyjna (świetnie prowadzona zarówno przez Niemców, jak i Francuzów) niejednokrotnie obniżała naszą prędkość i zatrzymywała konwój ze względu na konieczność przekazania obowiązków kolejnym funkcjonariuszom. Z kolei tankowanie musiało wypadać średnio co 300 km, ponieważ wiele aut miało niewiele większy zasięg. Każdy pobór paliwa trwał minimum 1 godz. - gdy tankowaliśmy tylko auta z tak zwanym krótkim zasięgiem.

Niestety prawo Murphy’ego zdaje się pokazywać swoją moc, gdy tylko padają słowa: „Panowie, musimy tam dotrzeć szybko…”. Pierwsza awaria (przebita opona) nastąpiła, jeszcze zanim moduł ruszył z Legnicy. Nic dodać, nic ująć.

Na trasie praca wre. Tworzenie planów zabezpieczenia medycznego, samej akcji oraz zbieranie informacji o aktualnej sytuacji pożarowej ze źródeł takich jak Copernicus czy z lokalnej prasy trwa non stop. Błąd podczas działań międzynarodowych, zarówno w wymiarze operacyjnym, jak i społecznym, może dużo kosztować.

Jeszcze przed dojazdem na miejsce zdarzenia otrzymujemy telefon od przypisanego nam oficera łącznikowego - François. Miłe zaskoczenie i kilka dobrych informacji: nasza baza operacji jest zlokalizowana zaraz przy LEMA (Local Emergency Management Authority) oraz innych grupach międzynarodowych. Oznacza to dla nas płynny przepływ informacji i możliwość szybkiego ich zweryfikowania, bez opóźnienia związanego z telefonami czy e-mailami.

Bez zwłoki do działania

Rozległe tereny zniszczone przez ogień i strażacy walczący z jego zarzewiami / fot. Piotr ZwaryczPo dojeździe na miejsce nie ma czasu na sprawdzenie stanu aut po trasie liczącej niemalże 2000 km. Francuzi potrzebują nas jak najszybciej do zabezpieczenia pobliskich lasów, nad którymi lada chwila ma się rozpętać burza… bez deszczu. Zjawisko u nas w kraju rzadko spotykane, tu daje się we znaki w sezonie letnim dość często i może z łatwością doprowadzić do ponownego rozniecenia pożarów przez gwałtowne wyładowania atmosferyczne przy bardzo skromnych opadach. Widzieliśmy już lasy zdewastowane przez pożary podpowierzchniowe. Drzewa na wpół spalone od dołu zielenią wierzchołków zdawały się pokazywać, że pożar w tym samym miejscu może pojawić się więcej niż raz.

Pierwsza doba to mieszanka intensywnych działań operacyjnych, logistycznych i planistycznych. Francuzi zdławili pożary, które pochłonęły do momentu naszego przybycia już ok. 7000 ha lasów, ale gdy dotarliśmy do Hostens, ich sprzęt był w około 40% uszkodzony lub wycofany z użytku. Nasza pomoc będzie niezbędna, by mogli dokonać przerwy operacyjnej i przygotować się do „kolejnej rundy”, ponieważ szczyt pożarów lasów wypada we Francji zazwyczaj we wrześniu.

Podczas pierwszych odpraw strona francuska zastrzega, że nie będziemy mogli pracować w późnych godzinach nocnych. Pożary podpowierzchniowe trawiące torfowiska dewastują systemy korzenne drzew, które choć wyglądają solidnie, to w każdej chwili mogą runąć. W nocy ratownicy mogą w kilka sekund stracić życie, nie wiedząc, skąd nadchodzi zagrożenie w postaci upadającego drzewa. Zapadliska tworzące się w wypalonych przestrzeniach pod stopami ratowników nie poprawiają tej sytuacji.

Każdy kolejny dzień to poranna odprawa z naszymi francuskimi oficerami łącznikowymi (przydzielenie pracy modułowi), potem z dowódcami operacyjnymi (rozdzielenie zadań), a następnie z całością modułu.

Dziennie w działania zaangażowanych było około 30 pojazdów i 120 ratowników. Pozostała część grupy zajmowała się zabezpieczeniem logistycznym oraz koordynacją działań w sztabie modułu.

Zadania dla polskich GFFFV

Strażackie zmagania w Jarze Andrzeja / fot. Piotr ZwaryczNasz chleb powszedni to gaszenie aktywnych pożarów podpowierzchniowych (torfowiska), budowanie wydajnych systemów zaopatrzenia wodnego, zarówno na potrzeby własne, jak i innych modułów czy sił lokalnych, prowadzenie wycinki nadpalonych czy spalonych drzew oraz interwencyjne działania w przypadku pojawienia się pożarów na powierzchni. Jeśli chodzi o budowanie magistrali wodnych, moduł mógł w każdej chwili rozwinąć dwie, każdą o długości 3500 m, nie licząc węży w autach gaśniczych. W tej kwestii potencjał został wykorzystany do budowy jednej magistrali na dystansie blisko kilometra właśnie do gaszenia Jaru Andrzeja. Z samej magistrali z czasem zaczęli korzystać zarówno Francuzi, jak i koledzy z Rumunii. Wężowe auta - u nas często niekojarzące się pozytywnie - tu kilkakrotnie uratowały sytuację. Chichot losu.

Nie wszędzie można było dotrzeć pojazdami, dlatego znaczną część zadań realizowaliśmy bez ich bezpośredniego użycia. Ratownicy dochodzili pieszo do trudno dostępnych miejsc i wykonywali zadania za pomocą podręcznego sprzętu gaśniczego. W kilku przypadkach użyty został dron z kamerą termowizyjną, by dokładnie określić miejsca, gdzie pod powierzchnią nadal wzrastała temperatura, co jednoznacznie wskazywało kolejny cel.

Moduł GFFFV Poland pracował w 11 strefach roboczych - w niektórych prace te zajęły kilka godzin, a w innych kilka dni. Dość szybko nasi dowódcy operacyjni zyskali dużą autonomię w organizacji działań w strefach. Francuscy oficerowie łącznikowi, widząc, jak organizujemy swoje operacje, szybko zyskali pewność, że warto po prostu pozwolić nam pracować. Ich zaangażowanie po pewnym czasie ograniczyło się do wspólnego podejmowania decyzji o zamykaniu i otwieraniu nowych stref.

Zaangażowanie ratowników podczas akcji znalazło uznanie nie tylko w oczach kolegów z innych krajów, ale - co może najważniejsze - zaskarbiło wdzięczność lokalnej społeczności, która w przedostatnim dniu służby naszego modułu we Francji wracała do wcześniej ewakuowanych wiosek w tej okolicy. Ich szczere „merci” oraz to, jak silnie identyfikowali się z ratownikami członkowie lokalnej Polonii, wystawia polskim ratownikom najlepszą recenzję.

Czy jest coś cenniejszego w naszej służbie niż przywrócenie innemu człowiekowi nadziei na lepsze jutro? 

Jar Andrzeja

Patrzę w dół. Dosłownie. To miejsce żartobliwie nazwano imieniem jednego z dowódców operacyjnych misji - na nazwie żarty jednak się kończą. Jar Andrzeja to lej o głębokości miejscami kilkunastu metrów, a średnicy blisko stu. Jak gdyby tego było mało, nie chce dać za wygraną. Przed chwilą buldożery przegrzebały to torfowisko, odsłaniając kolejne zarzewia ognia - ich końca nie widać. Buchają co chwilę w stronę ratowników mieszanką pary, dymu i ognia. Woda lana w torfowisko złowrogo bulgocze, jak gdyby manifestując, że pożar podpowierzchniowy tak łatwo się nie podda. Chłopaki nie mają łatwo, a mimo to nikt nie narzeka, choć pot w tych warunkach zalewa oczy błyskawicznie. Ziemia dokłada swoje, bo spod stóp ratowników bije gorąco godne porównania z rozgrzaną na kuchni patelnią… A to dopiero drugi dzień działań.

mł. bryg. Aleksander Mirowski pełni służbę w JRG 1 KM PSP w Łodzi, podczas działań ratowniczo-gaśniczych we Francji pełnił funkcję szefa sztabu

Aleksander Mirowski Aleksander Mirowski
do góry