W ogniu pytań Przemysław Ziemacki

Strażacy zza miedzy

27 Lipca 2026

Obserwowanie, jak sąsiad radzi sobie z różnymi problemami, jest ciekawe i pouczające. Mł. asp. w st. sp. Arkadiusz Kot podczas wieloletniej kariery w Państwowej Straży Pożarnej pełnił służbę w Jednostce Ratowniczo-Gaśniczej PSP w Bystrzycy Kłodzkiej, ostatnio jako dowódca zmiany, a także był specjalistą do spraw bezpieczeństwa i higieny pracy (bhp) w Komendzie Powiatowej PSP w Kłodzku. Na emeryturze pozostaje aktywnie związany z ratownictwem i pożarnictwem jako wykładowca-instruktor z zakresu pierwszej pomocy, bhp, prawa pracy, ochrony przeciwpożarowej i zagrożeń CBRNE, a także jako nauczyciel edukacji dla bezpieczeństwa. Ma również rozległą wiedzę o systemie ratownictwa i ochrony przeciwpożarowej w Republice Czeskiej, zdobytą dzięki kontaktom zawodowym i prywatnym z kolegami zza południowej granicy. Okazuje się, że moglibyśmy się od nich wiele nauczyć; są jednak także takie aspekty służby, które u nas wypadają znacznie lepiej.

 

Stałym elementem komentarzy pod postami na portalach o tematyce pożarniczej, prezentujących pojazdy czeskiej straży pożarnej, są zachwyty nad samochodami marki Tatra, szczególnie modelami typowo terenowymi, przypominającymi wyglądem pojazdy lotniskowych straży pożarnych i zabudowanymi na podwoziach przeznaczonych dla wojska. Takich pojazdów u nas nie ma albo należą one do rzadkości. Czy polski strażak ma czego zazdrościć naszym południowym sąsiadom?

Oczywiście, że tak. Weźmy zbiorniki na wodę. W pojazdach Tatra 6 × 6 mamy zwykle zbiorniki o pojemności 10 tys. litrów, przy zachowaniu bardzo dobrej zwrotności i dynamiki. Pojazdy te mają miękkie podwozie, nisko rozmieszczony środek ciężkości i są świetnie wyważone. Miałem okazję jechać taką Tatrą jako pasażer i muszę pochwalić te pojazdy za duży komfort, porównywalny z komfortem pojazdów zachodnich producentów, a może nawet od niego wyższy – szczególnie w terenie, gdzie parametry tych pojazdów są wyjątkowo istotne. Można zaryzykować stwierdzenie, że to połączenie zdolności terenowych Stara 266 z możliwościami przewozowymi trzy-, a nawet czteroosiowych Scanii – i to w najmocniejszych wersjach silnikowych. Wielokrotnie zazdrościłem czeskim sąsiadom, gdy zakopywaliśmy się naszą Scanią 8 × 6 w kilkucentymetrowym błocie.

U Czechów imponuje to, że w całym kraju pojazdy marki Tatra – nie tylko modele terenowe – mają takie samo rozmieszczenie sprzętu w zabudowie, co oznacza wysoki poziom standaryzacji. Gdy strażak z jednego końca kraju przyjeżdża na drugi, wie, gdzie znajduje się dany sprzęt. Nie dochodzi do sytuacji, w której każda jednostka ma inne rozmieszczenie sprzętu, a każdy producent zabudów forsuje swoje rozwiązania. To znacząco zwiększa komfort i efektywność pracy.

Rozmieszczenie sprzętu, które wypracowali, jest przy tym bardzo przemyślane. U nas każda jednostka dostosowuje je do własnej koncepcji. Podczas większych działań sprzyja to zamieszaniu. Strażacy, zamiast działać, szukają elementów wyposażenia albo pytają kolegów, gdzie znajduje się dany sprzęt. Czescy strażacy od razu wiedzą, gdzie znajdą dane urządzenie.

Wysoki poziom spójności utrzymuje się także między jednostkami zawodowymi a ochotniczymi – oczywiście w obrębie danego typu pojazdu ratowniczo-gaśniczego. W Polsce mamy także znacznie większy wachlarz podwozi i zabudów pożarniczych. W Czechach duży odsetek pojazdów jest zabudowany na podwoziach marki Tatra. Taka polityka zapewne sprzyja również uzyskiwaniu atrakcyjnych warunków serwisowania.

Ciśnie się na usta pytanie, dlaczego nasze jednostki nie sięgają po Tatry, choćby ze względu na bliskość zakładów produkujących te pojazdy oraz dostępność części i serwisu. Czy zastanawiał się pan nad tym zagadnieniem i czy temat ten był poruszany w bystrzyckiej jednostce?

I to niejeden raz! U nas chyba nadal funkcjonują stereotypy z czasów PRL-u, zgodnie z którymi zachodnie konstrukcje są lepsze od czeskich, bo przecież Czechosłowacja należała do tzw. demoludów, podobnie jak Polska. Tymczasem Tatra bardzo dobrze poradziła sobie z transformacją. Nie znam zagadnienia od strony ekonomicznej, ale wydaje mi się, że za niechęcią do skorzystania z rozwiązań południowych sąsiadów stoi stereotyp, zgodnie z którym duzi zachodni producenci oferują jakość, której Czesi nie osiągną. Nie sądzę, by tak było. Tatra na pewno nie pozostaje w tyle, przynajmniej jeśli chodzi o podwozia pożarnicze.

W jakich okolicznościach miał pan kontakt z czeskimi strażakami?

Głównie podczas ćwiczeń, realizowanych w ramach wspólnych projektów na czesko-polskim pograniczu. Ich najważniejszym celem był zakup nowoczesnych pojazdów ratowniczo-gaśniczych. Największy projekt zakończył się w 2011 r. – oprócz wielu pojazdów ratowniczo-gaśniczych zakupiono także podnośniki pożarnicze. Jego elementem były dwa wspólne ćwiczenia: jedne w Polanicy-Zdroju, drugie w Broumovie. W epizodzie dotyczącym ratownictwa wodnego zaangażowano nawet helikopter czeskiej policji. Wspólne ćwiczenia o bardziej kameralnym charakterze organizowały m.in. poszczególne jednostki ochotniczej straży pożarnej.

Naturalnie, scenariusze tych ćwiczeń zakładały udział polskich i czeskich zastępów w ramach jednego epizodu. Zawsze był to owocnie spędzony czas, a zdobyte doświadczenia przydawały się podczas rzeczywistych działań prowadzonych przy pożarach oraz miejscowych zagrożeniach w strefie nadgranicznej.

Czeskich strażaków spotykałem także podczas zawodów sportowo-pożarniczych, zwykle na szczeblu gminnym. Gminy nadgraniczne często zapraszały czeskie jednostki do udziału w takich wydarzeniach. Były to chwile pełne humoru. Czesi mają duży dystans do siebie. Ich udział w zawodach pozostawił po sobie w mojej pamięci niezatarte wrażenia wizualne. Czeskie motopompy z silnikami Škody były tak zmodyfikowane, że podnosiły węże na metr, może półtora metra, ponad ziemię. U nas również ulepsza się motopompy przed zawodami, ale nie do tego stopnia. Oczywiście Czesi uczestniczyli w tych wydarzeniach jako goście, niejako odrębnie, nadprogramowo – bo przecież i tak nie mogli awansować do kolejnych etapów. Odbywało się to na zasadzie dodatkowego pokazu. Zapamiętałem to jako bardzo miły zwyczaj.

Jakie akcje ratowniczo-gaśnicze z udziałem czeskiej straży pożarnej zapisały się w pana pamięci?

Był to pożar domu jednorodzinnego w Niemojowie (wsi w gminie Międzylesie – przyp. red.), szerzej opisany przeze mnie w numerze 2/2017 „Przeglądu Pożarniczego”. Ta wieś leży właściwie przy samej granicy. Działania ratowniczo-gaśnicze rozpoczęły się przed południem i trwały około 4 godzin. Polskie zastępy PSP przybyły jako pierwsze, a czeskie dojechały bardzo szybko. W początkowej fazie udział czeskich zastępów sięgał około 40%. Naturalnie, w miarę upływu czasu udział polskich zastępów znacząco wzrósł. Ta wspólna akcja to przykład bardzo udanej współpracy, w której nie dało się zauważyć różnic – nawet roty były mieszane. Jako KDR czasem nie wiedziałem, czy na drabinie stoi czeski strażak, czy też polski.

Wówczas zainteresowało mnie zastosowanie przez czeskich strażaków dwóch rozdzielaczy, połączonych ze sobą w jednej linii głównej, co w efekcie pozwalało podawać aż cztery prądy wody. Nominalny przepływ tej linii zgadzał się co do litra. Była to wówczas inspirująca lekcja. Po tej akcji koledzy z Czech zaprosili mnie jako dowodzącego działaniami do siebie, aby przeanalizować przebieg akcji, ale także zwyczajnie porozmawiać.

Odwiedziłem jednostkę ochotniczą w Roketnicach, gdzie spotkałem się z niezwykle dużą gościnnością. Jak przystało na naród słynący z browarnictwa, w Czechach istnieje zwyczaj, zgodnie z którym starosta (odpowiednik burmistrza, wójta lub prezydenta miasta – przyp. red.) zwyczajowo kupuje jednostkom ochotniczym beczkę piwa, aby druhowie po działaniach albo w wolnym czasie mogli odpocząć przy tym trunku. Czesi traktują piwo raczej jako napój chłodzący niż jako alkohol, mimo że dopuszczalna norma dla kierowców wynosi 0,0 promila. Podobnie jak u nas, w jednostkach ochotniczych panuje rodzinna atmosfera.

Wracając do działań ratowniczo-gaśniczych, dawniej, zwłaszcza na początku lat dwutysięcznych, odbywały się regularne wspólne wyjazdy na stację kolejową w Międzylesiu, by prowadzić działania z zakresu ratownictwa chemiczno-ekologicznego – polegające na likwidacji wycieków z rozszczelnionych cystern kolejowych. Przyjazdy czeskich strażaków były wtedy znakiem, że stopniowo zbliżamy się do wejścia Polski do Unii Europejskiej. Od tamtego czasu nasza współpraca znacznie się zacieśniła.

Czy zdarzyło się panu uczestniczyć w akcji ratowniczej w Czechach?

Osobiście nie brałem udziału w takich działaniach, ale wiem, że moja jednostka – owszem. Na pewno dochodziło do wyjazdów do pożarów suchej trawy w Górach Orlickich. Doszło także do pożaru lasu w Masywie Śnieżnika, który rozprzestrzeniał się po obu stronach granicy. W jednej minucie gasiło się płomienie w Polsce, w drugiej – za granicą. Taka jest specyfika rejonu działania JRG podległych Komendzie Powiatowej PSP w Kłodzku.

Jak wyglądała kwestia bariery językowej w kontaktach służbowych?

Bariera językowa nie stanowi problemu. Jeżeli mieszkamy obok siebie i od lat regularnie spotykamy się przy okazji zawodów pożarniczych, ćwiczeń czy uroczystości, mimowolnie uczymy się od siebie także języka. Aby usprawnić ten proces, w 2018 r. wydano specjalny podręczny słownik polsko-czeski i czesko-polski terminologii pożarniczej. Liczy zaledwie dwadzieścia kilka stron. Okazał się bardzo przydatny.

Trzeba także pamiętać, że języki czeski i polski są do siebie stosunkowo podobne – z pewnością o wiele bardziej niż polski i niemiecki. Sporo można zrozumieć intuicyjnie. Weźmy na przykład takie zdanie: „mám popálené osoby”, które oznacza: „mam osoby poparzone”. Zarówno w mowie, jak i w piśmie, w tym przypadku chyba każdy dałby sobie radę bez słownika.

Miał pan okazję dowiedzieć się, jak wyglądają tzw. sprawy papierkowe w codziennej pracy czeskiego strażaka?

Tam panuje minimalizm, jeśli chodzi o biurokrację. W raporcie po pożarze lasu było napisane „požár lesa”, liczba hektarów, godziny oraz wykaz sił i środków – i to wszystko. Cały meldunek mieścił się na jednej kartce. Ma to dwie strony: na co dzień strażakowi jest łatwiej, ale gdy przychodzi do odtwarzania przebiegu zdarzenia, nasze meldunki dają więcej informacji.

Zauważył pan istotne różnice w procedurach oraz innych tego typu kwestiach formalnych?

W tym zakresie obowiązuje standaryzacja, ale rzeczywiście zdarzają się różnice. Dobrym przykładem jest system ratownictwa medycznego. W pogotowiu ratunkowym funkcjonują zespoły podstawowe z ratownikami medycznymi, natomiast do poważniejszych zdarzeń lekarz dojeżdża osobnym samochodem, wyłącznie z kierowcą. Przynajmniej tak to wygląda w znanym mi regionie przygranicznym, czyli po sąsiedzku. U nas funkcjonują zespoły podstawowe, wyłącznie z ratownikami medycznymi, oraz zespoły specjalistyczne, w których ratownikom towarzyszy lekarz.

Większość kwestii wygląda jednak tak samo lub bardzo podobnie. W Czechach lepiej wypadła cyfryzacja. Czeski dowódca zastępu, przynajmniej w straży zawodowej, ma w pojeździe monitor, na którym widzi aktualny obraz sytuacji – na przykład informacje o innych zadysponowanych służbach i ich lokalizacji. U nas nadal podaje się przez radio: „zostało zadysponowane pogotowie” itp. W Czechach wystarczy spojrzeć na monitor, na którym widać poruszające się ikonki ambulansu czy radiowozu policyjnego. Takie rozwiązanie zapobiega również chaosowi komunikacyjnemu w eterze podczas większych działań.

Czy organizacja czasu pracy strażaka zawodowego wygląda tak samo jak w Polsce?

W Czechach również funkcjonuje system trzyzmianowy. Zmiany trwają 24 godziny, ale efektywny czas pracy strażaka wynosi jedynie 16 godzin. Od godz. 0.00 do 8.00 strażak przechodzi w tryb, który nazwalibyśmy czuwaniem, niezaliczany do czasu pracy, chyba że w tym okresie nastąpi wyjazd. W związku z tym nie funkcjonuje pojęcie wolnej służby. Przy 10 służbach, zakładając, że w czasie czuwania nie było wyjazdów, strażak ma wypracowane jedynie 160 godzin. To czasami nawet nie wystarcza do wypracowania godzin normatywnych. W Polsce strażak w takiej samej sytuacji ma już trzy wolne służby wynikające z nadgodzin. Jako były strażak zawodowy nie zazdroszczę pod tym względem czeskim kolegom. Z punktu widzenia państwa i podatników jest to jednak zdecydowanie bardziej ekonomiczne.

Czy przekłada się to na liczniejsze obsady zmian w Czechach, rzecz jasna w jednostkach o porównywalnej wielkości?

Według mojej wiedzy – nie. Należy to postrzegać jako źródło oszczędności, a nie przesłankę do zwiększania obsady jednostki. Przykładowo, w Králikach zmiana liczy pięciu strażaków, a w Bystrzycy Kłodzkiej, która jest nieco większą miejscowością – siedmiu. Można to zatem uznać za sytuację porównywalną.

Czy ochotnicy w Czechach również otrzymują ekwiwalenty pieniężne za udział w działaniach ratowniczo-gaśniczych?

Zasadniczo tak, ale różnice są spore. Ekwiwalent jest wypłacany, ale nie za każdą godzinę, lecz za udział w akcji. W przypadku interwencji trwającej do dwóch lub trzech godzin wynosi on obecnie 300 koron czeskich, przy interwencji do pięciu godzin – 400 kor., a przy akcji trwającej powyżej pięciu godzin wypłaca się 500 kor. Zdarza się jednak, że w niektórych gminach w ogóle nie ma ekwiwalentów z uwagi na trudną sytuację finansową danego samorządu. U nas również wysokość ekwiwalentu jest zróżnicowana, ale co do zasady przysługuje on ochotnikom. W przypadku działań ratowniczo-gaśniczych w innym kraju (nie chodzi tylko o działania zagraniczne, ponieważ kraj jest w podziale administracyjnym Republiki Czeskiej odpowiednikiem polskiego województwa – przyp. red.) ochotnicy otrzymują 1500 kor. i więcej, a wypłata następuje z funduszy zewnętrznych.

Widać zatem, że służba w Czechach ma w znacznie większym stopniu charakter wolontariatu niż u nas. Ponadto ochotnicy mogą wyjeżdżać do mniej poważnych zdarzeń drogowych w ramach komercyjnej pomocy drogowej.

Warto także wspomnieć, że kategoryzacja jednostek straży pożarnej w Czechach jest bardziej zróżnicowana niż u nas. Pierwszą kategorię stanowią jednostki zawodowe, drugą – te jednostki ochotnicze, które mają standard wyjazdu do pięciu minut od zaalarmowania, co należy uznać za odpowiednik polskich jednostek ochotniczych w KSRG. Intrygujące z naszego punktu widzenia są kolejne kategorie.

Do trzeciej i czwartej kategorii zaliczają się jednostki ochotnicze, które mają standard wyjazdu wynoszący odpowiednio do 10 minut oraz powyżej tego czasu, ale zwykle nie zapewniają realizacji pełnego zakresu działań ratowniczo-gaśniczych. Ze względu na ograniczone środki i kompetencje częstokroć ich zakres obowiązków ogranicza się do działań stricte gaśniczych. Nie jest zatem w Czechach niczym dziwnym, że strażacy z takich jednostek nie udzielają pomocy w zakresie ratownictwa medycznego czy technicznego, co u nas byłoby zapewne odbierane jako zaskakujące.

Ostatnia, piąta kategoria obejmuje jednostki ochotnicze, które w ogóle nie biorą udziału w działaniach ratowniczo-gaśniczych, lecz mają jedynie znaczenie historyczno-kulturowe.

Trzeba mieć na uwadze, że w Czechach inwestowanie publicznych środków w specjalistyczne szkolenia ochotników z danej jednostki uzależnia się od stopnia nasycenia jej rejonu działania podmiotami ratowniczymi z danego zakresu. Przykładowo, jeżeli w danej gminie działa wiele zespołów ratownictwa medycznego, to tamtejsi ochotnicy mają mniejsze szanse na to, że samorząd opłaci im szkolenie z odpowiednika kwalifikowanej pierwszej pomocy i zakupi odpowiednie wyposażenie. Mogą oczywiście sfinansować takie szkolenie i wyposażenie z własnych środków albo poszukać prywatnych sponsorów. Natomiast jeżeli dojazd pogotowia ratunkowego w tym rejonie przekracza 15 minut, istnieje duża szansa, że ochotnicy otrzymają finansowanie ze środków publicznych.

Poleciłby pan polskim strażakom i ich rodzinom czeskie okolice ziemi kłodzkiej jako kierunek turystyczny?

Tak, podobnie jak u nas, po czeskiej stronie jest bardzo malowniczo. Na każdą porę roku znajdzie się tam coś interesującego. Bardzo ciekawa impreza jest organizowana co roku w Králíkach. Mam na myśli wydarzenie Cihelna, obejmujące inscenizacje epizodów z II wojny światowej, także lotniczych. Zjeżdżają się tam grupy rekonstrukcyjne z całej Europy, a być może także spoza niej. Są również atrakcje towarzyszące, takie jak loty widokowe helikopterem, zwiedzanie muzeum czy pokazy pożarnicze. Chętnie uczestniczę w tych wydarzeniach, gdy tylko pozwala mi na to czas. Organizacja stoi na wysokim poziomie, a program jest bardzo bogaty.

fot. z arch. prywatnego Arkadiusz Kota

Przemysław Ziemacki Przemysław Ziemacki
do góry