Rozmaitości

Kobieta z JRG

Kategoria: Rozmaitości

O służbie w podziale bojowym w rozmowie ze st. kpt. Moniką Bartczak z JRG 9 w Łodzi.

Pełni pani służbę w podziale bojowym od ponad 12 lat. Skąd pomysł na wybór tak specyficznego dla kobiety zawodu?

Po ukończeniu szkoły średniej wytypowałam kilka uczelni, na których chciałam studiować. Wśród nich była Szkoła Główna Służby Pożarniczej. Próbowałam się do niej dostać, ale bez powodzenia. Na jedno miejsce startowało sporo osób, więc to pierwsze nieudane podejście mnie nie zaskoczyło. Postanowiłam, że będę podchodzić do egzaminów, póki będę mogła. Cały następny rok poświęciłam na przygotowanie się do nich. Bo też kiedy coś mi nie wychodzi, a sobie postanowię, staram się przed tym nie uciekać, tylko dążyć do celu. Przy drugim podejściu zdobyłam wystarczającą liczbę punktów i zostałam przyjęta.

Mówi się, że kobiety nie nadają się do podziału bojowego, bo są za słabe fizycznie i nie będą w stanie podołać pewnym czynnościom.

Decydując się na służbę w podziale bojowym, trzeba mieć świadomość konsekwencji. Jedną z nich jest konieczność dostosowania organizmu do potrzeb służby – niezależnie od tego, czy jest się kobietą, czy mężczyzną. Każdy strażak musi tak przygotować swoje ciało, by móc podjąć skuteczne działania. To w dużej mierze kwestia odpowiedniego wytrenowania organizmu. Tutaj nawet kobieta dostaje barów, staje się bardziej masywna, bo dzięki temu ma stabilniejszą postawę. Długie włosy się nie sprawdzają, chociażby ze względów bezpieczeństwa. Z drugiej strony są też pewne ułatwienia – kiedy założę aparat ochrony dróg oddechowych, to praktycznie nie czuję, że mam go na plecach, bo cały jego ciężar spoczywa na moich biodrach i wzdłuż kręgosłupa. Myślę, że jeśli ktoś jest w stanie z pewnych rzeczy zrezygnować i widzi siebie w tej roli, to czemu nie miałby podjąć służby w szeregach straży pożarnej?

Czy po przyjściu do JRG czuła pani jakiś opór wśród kolegów? Ufali pani?

Nie wyczuwałam, by traktowali mnie inaczej niż innych młodych, którzy trafiają do podziału. Każda osoba, która zaczyna służbę w JRG, jest testowana, nie ma wyjątków. Strażacy muszą wiedzieć, z kim pracują, więc pierwsze miesiące dla nowych są jednym wielkim testem. Straż to straż – służba, w której trzeba sobie nawzajem ufać. Każdy musi zostać sprawdzony, żebyśmy mogli działać skutecznie i adekwatnie do zagrożenia. Wszyscy jesteśmy szkoleni w takim samym zakresie, ale każdy z nas ma też swoje predyspozycje, no i słabsze punkty. I po to jest różnorodność w straży pożarnej, byśmy siebie wzajemnie uzupełniali. Jeden ratownik niczego sam nie zdziała, stanowimy zespół. Współpracując ze sobą i wypracowując wspólnie określone zachowania, jesteśmy w stanie szybko i skutecznie zlikwidować zagrożenie.

Jakie bariery odkrywała pani w sobie? Nad czym trzeba było szczególnie popracować, co sprawiało pani trudność?

Problemy, przeszkody pojawiają się cały czas, ale też ciągle się szkolimy, organizm się zmienia, więc na nowo każdy musi poznawać swoje możliwości i ograniczenia. Wiadomo, że jeśli ratownik nabawił się kontuzji, np. stawu, przeszedł rehabilitację, to ten staw będzie już inaczej działał. Taka osoba musi więc znaleźć właściwą technikę, która pozwoli jej uniknąć przeciążenia tego stawu. Każdy strażak musi uważać i znajdować na bieżąco rozwiązania trudnych sytuacji.

Pełni pani funkcję zastępcy dowódcy zmiany. Czy potrzebne są do tego jakieś określone predyspozycje? Koledzy zaakceptowali panią w tej roli?

Jeśli dowódca zmiany jest na służbie, jestem ratownikiem. Jeśli go nie ma, ja go zastępuję i wówczas na mnie spoczywa właściwie rozdysponowanie sił i środków na miejscu zdarzenia. Tylko na tym polega różnica. Każda zmiana musi się ze sobą zgrać i jeśli się zgra, to nie ma znaczenia, od kogo wychodzą rozkazy, po prostu ktoś musi koordynować przebieg akcji. Każdy z nas wie, co ma robić, za co jest odpowiedzialny. Zaufanie to podstawa.

Nie miała pani obaw, że sobie nie poradzi? Lęku przed odpowiedzialnością?

Nie, miałam wyjątkowo dobrych nauczycieli w Szkole Głównej Służby Pożarniczej, a potem natrafiłam na wspaniałych ludzi w Komendzie Miejskiej i w poszczególnych JRG w Łodzi. To dla mnie fachowcy z górnej półki. Pewność siebie bierze się z doświadczenia i wiedzy, którą otrzymałam. Oni zaszczepili we mnie pasję, a jednocześnie pokorę. Na mojej drodze wciąż spotykam osoby, od których wiele się uczę.

Jak radzi sobie pani z emocjami, które pojawiają się w czasie akcji lub po niej?

Podczas akcji nie ma czasu na myślenie, jest tylko reakcja na to, co się zastaje, czyste działanie. Nie da się wejść do budynku drzwiami, to próbujemy oknem, nie da się oknem, to przebijamy się przez ścianę itd. Tak działa się w szeregach straży pożarnej. A po akcji… Mam to szczęście lub nieszczęście, że dość wybiórczo zapamiętuję zdarzenia. Robię meldunek, a po zdaniu go i analizie zmianowej, coś na kształt debriefingu, następuje reset. Zapamiętuję tylko te sekwencje, które mogę wykorzystać, by w kolejnych akcjach działać jeszcze skuteczniej.

Czuje się pani spełniona? Widzi się pani za kilka lat w JRG?

Nigdy nie miałam wizji siebie, nie podejmuję długodystansowych decyzji, skupiam się na tu i teraz. Staram się wykonywać to, co robię, najlepiej jak potrafię. Służba w JRG jest o tyle ciekawa, że ma się kontakt z ludźmi. To daje wyobrażenie, jak funkcjonuje nasze społeczeństwo, jak dane grupy reagują. Swego czasu wysyłano nas do pożarów wzniecanych przez młodocianych w jednym z pustostanów, pomieszkiwała w nim grupa bezdomnych. Gdy za drugim i kolejnym razem nas tam wezwano, oni wiedzieli już, co mają robić, sami nas informowali, czy ktoś w budynku przebywa, czy nie, pomagali nam. Nie zawsze trafia się na osoby, które pomagają. Niektórzy uważają, że taśma ostrzegawcza jest informacją, że za nią zrobi się świetne zdjęcia.

rozmawiała Elżbieta Przyłuska

fot. archiwum Moniki Bartczak

marzec 2016