Pokonać żywioł

Kategoria: W ogniu pytań

W sierpniu tego roku strażacy z 22 krajów zmagali się z pożarami lasów na terenie Grecji. Polskie moduły GFFFV uczestniczyły w działaniach gaśniczych w sile 143 strażaków i 46 pojazdów. Była to największa akcja od momentu powstania Unijnego Mechanizmu Ochrony Ludności. O tym, jak wyglądały działania na miejscu, opowie dowódca polskiej grupy strażaków bryg. Michał Langner.


Skala pożarów lasów w Grecji doprowadziła do zaangażowania międzynarodowych zasobów ratowniczych, również polskich strażaków. Jak przebiegały przygotowania do tego wyjazdu?

Po oficjalnym zgłoszeniu przez Grecję zapotrzebowania na pomoc podjęto decyzję o wysłaniu grupy ratowniczej stworzonej na bazie dwóch modułów GFFFV. Informację taką dostałem od komendanta głównego w piątek po południu. Nie wiedzieliśmy wówczas, czy Grecy zaakceptują naszą pomoc, ponieważ swoją ofertę zgłosiło wiele krajów. Zdecydowaliśmy jednak, że sprawdzimy gotowość wszystkich sześciu modułów GFFFV, którymi dysponujemy.

Około godz. 23.00 nasza oferta została przyjęta. Całą noc trwało sprawdzanie sprzętu, kompletowanie stanu osobowego, przygotowanie decyzji ministra spraw wewnętrznych i administracji, rozkazu komendanta głównego PSP i całej dokumentacji, zakupy sprzętu podręcznego, który mógłby nam się przydać na miejscu, organizacja punktu koncentracji i trasy przejazdu. Oficjalnie informacja o naszym wyjeździe do Grecji została przekazana przez premiera w sobotę rano. Punkt koncentracji znajdował się we Wrocławiu, skąd o godz. 16.00 ruszyliśmy w drogę.

Warto podkreślić, że była to trzecia akcja międzynarodowa, którą realizowaliśmy w tym samym tygodniu, obok gaszenia pożarów w Turcji i transportu pomocy humanitarnej do Niemiec. Jeszcze nigdy w historii działań PSP nie braliśmy udziału w trzech akcjach równocześnie, więc był to precedens.


Do działań w Grecji zostały zaangażowane moduły z województwa dolnośląskiego i wielkopolskiego. Dlaczego wybór padł właśnie na nie, skoro mamy ich w dyspozycji sześć?

W ramach działań międzynarodowych istnieje system dyżurowania, który nazwaliśmy planem najbardziej prawdopodobnego dysponowania – jest dopasowywany każdorazowo do rzeczywistych potrzeb. W każdym miesiącu trzy moduły GFFFV z różnych stron kraju zgłaszają swoją gotowość. W przypadku Grecji jednym z dyżurujących modułów był ten z Wrocławia, więc tutaj wybór był oczywisty. Jeśli chodzi o Poznań, to wzięliśmy pod uwagę jego doświadczenie z misji w Szwecji oraz to, że był bliżej niż dwa pozostałe z planu, czyli GFFFV Szczecin i Olsztyn.

Jakim sprzętem dysponowały moduły?

Nasze moduły są całkowicie samowystarczalne, zarówno pod względem operacyjnym, jak i logistycznym. W związku z tym w każdym z nich znajdują się pojazdy, które tę autonomię zapewnią. W przypadku Grecji moduł składał się z 46 pojazdów, w tym 22 ciężkich lub średnich samochodów gaśniczych. Dodatkowo dysponowaliśmy lekkimi samochodami rozpoznania, wężowymi, logistycznymi, kontenerami sanitarnymi. Zabraliśmy także dwa autobusy, które służyły jako środek transportu ratowników z bazy operacji do miejsca działań. Ważną rolę odegrały również samochody dowodzenia i łączności, gdyż to dzięki nim udało się zbudować system łączności między sztabem a strefami działań, nawet pomimo 40 km odległości. Dodatkowo zaopatrzyliśmy się w armaturę wodną, sprzęt podręczny i burzący oraz inny umożliwiający strażakom pracę w trudnym terenie.

Wiedząc, że obejmie pan kierownictwo tej misji, czy jeszcze będąc tu, na miejscu, nakreślił pan sobie jakiś zarys planu działania?

Plan zaczął się tworzyć natychmiast po telefonie komendanta głównego. Miałem wciąż w pamięci wyjazd do Szwecji i świadomość tego, z jak dużym komponentem będę miał do czynienia. Na tym etapie potrzebowałem przede wszystkim ułożyć sobie współpracę z osobami wchodzącymi w skład zespołu dowodzenia, aby powoli rozpędzać machinę organizacyjną. Zacząłem od kontaktu z osobami, które w KG PSP są odpowiedzialne za proces przygotowania do wyjazdu. Następnie wykonałem kilka telefonów do tych, z którymi pracowałem wcześniej w czasie różnych przedsięwzięć w kraju i za granicą. Bardzo zależało mi na tym, żeby praca sztabu opierała się na ludziach sprawdzonych, z właściwymi kwalifikacjami, czyli takich, którzy pomogą problemy rozwiązywać, a nie będą je generować. To były kluczowe elementy przed nakreśleniem dalszego planu działania.

Jak zostaliście przyjęci przez stronę grecką?

Już pierwszy kontakt z Grekami na granicy bułgarsko-greckiej, gdzie zostaliśmy przywitani przez miejscowego prefekta, prasę i wiele innych osób, pokazał ich duży entuzjazm i serdeczność. Kiedy dotarliśmy do miejscowości Seres, gdzie mieliśmy spędzić noc, ponownie spotkaliśmy się z bardzo ciepłym przyjęciem. Otrzymaliśmy pożywienie, wodę, zamówiono nam również ciepły posiłek z lokalnych restauracji. Na wyspie Evia, jak i w kolejnych miejscach, w których prowadziliśmy działania, obserwowaliśmy pozytywne reakcje, co było bardzo budujące.

Dotarliście na miejsce…

Dotarcie na Evię z miejscowości Seres zajęło nam pół dnia. Główną trudność stanowiła przeprawa promowa, którą z uwagi na ograniczenia tonażu trzeba było podzielić na trzy kursy. Po dopłynięciu na wyspę zaczęliśmy rozglądać się za odpowiednim miejscem pod bazę operacji. Ostatecznie otrzymaliśmy do dyspozycji najlepszą z możliwych lokalizacji, tuż nad brzegiem morza. Po dotarciu do miejscowości Neos Pirgos późnym wieczorem rozpoczęliśmy jej budowę. Równolegle prowadzony był rekonesans terenu objętego pożarem pod kątem potencjalnych stref roboczych. Nasze działania szły zatem dwutorowo. Przed północą, po odprawie w sztabie, wiedzieliśmy już dokładnie, gdzie będziemy prowadzili działania od następnego dnia.

Na miejscu działały grupy ratownicze z różnych krajów. Jak układała się wasza współpraca?

W działaniach uczestniczyły grupy ratownicze z 22 krajów – połowa to przedstawiciele UE, a druga strażacy spoza Unii, wysłani do działań w ramach bilateralnych umów międzyrządowych. W kluczowym momencie strażaków z krajów unijnych było około 1500. Jeśli chodzi o moduły GFFFV, to poza nami przyjechali również Rumuni, Czesi, Francuzi, Niemcy i Słowacy. Niektóre kraje, jak Włochy, Hiszpania i Chorwacja, udostępniły dodatkowo swoje samoloty gaśnicze.

Na Evii współpracowaliśmy właściwie tylko z Ukraińcami i tę współpracę oceniam bardzo dobrze. W rejonie Attyki przez dłuższy czas działaliśmy jako jedyna grupa międzynarodowa. Dopiero po przyjeździe drugiej zmiany w tym rejonie pojawili się również Rumuni. Trudno mi ocenić tę współpracę, ponieważ mieliśmy zaledwie pół dnia kontaktu, ale z informacji od kolegów z drugiej zmiany słyszałem, że układała się ona całkiem nieźle.

W Polsce obowiązują zasady dotyczące zabezpieczenia przeciwpożarowego lasów. Jak to wygląda w Grecji, czy są jakieś różnice?

Wygląda to inaczej niż u nas. Grecja nie ma moim zdaniem tak dobrze zorganizowanego systemu ochrony przeciwpożarowej lasów. Większość spalonych obszarów stanowiły tereny naturalne, które z założenia w razie pożaru w części się poświęca, gdyż są trudne do opanowania przy takiej dynamice żywiołu. Coś się jednak w tym podejściu zaczęło zmieniać. Skala tegorocznych pożarów uświadomiła Grekom pilną potrzebę wprowadzenia konkretnych przepisów prawnych, bowiem przy postępujących zmianach klimatycznych obecne problemy będą tylko narastały. Każdego roku pożary w tym kraju powodują olbrzymie straty. Trudno ocenić cały system przez pryzmat jedynie tych miejsc, w których pracowaliśmy. Faktem jest, że nie widzieliśmy dróg pożarowych, żadnej przemyślanej gospodarki leśnej. Używając ciężkiego sprzętu i buldożerów, sami tworzyliśmy pasy oddzielające, które miały stanowić ostatnią przeszkodę na drodze rozwijającego się pożaru. Generalnie system gaszenia pożarów w Grecji opiera się na samolotach i śmigłowcach gaśniczych. W czasie jednego ze spotkań zastępca komendanta głównego greckich strażaków podkreślał, że istniejące rozwiązania nie zapewniają właściwej ochrony przeciwpożarowej i dlatego pewne zmiany są konieczne. I nie chodzi tylko o to, by wzmacniać potencjał gaśniczy o kolejne samoloty, ale by stworzyć właściwe przepisy w zakresie prewencji pożarowej w lasach.

Jaki drzewostan przeważał w rejonach waszych działań?

W rejonie górskim przede wszystkim drzewa iglaste, w niższych partiach z elementami lasu mieszanego. Głównie sosny, oblepione żywicą, która stanowiła doskonałe paliwo. Połączenie tego z wysoką temperaturą, zmiennym wiatrem, którego prędkość momentami przekraczała 50 km/h oraz niską wilgotnością ściółki tworzyło idealne warunki rozwoju pożaru. Ogień momentalnie przechodził z powierzchniowego w wierzchołkowy i rozprzestrzeniał się po koronach drzew, przenosząc z łatwością na kolejne obszary leśne. Główne działania, które można było w tej sytuacji podjąć, polegały na ograniczeniu jego intensywności i częściowym stłumieniu poprzez wykonywane z powietrza zrzuty wody. Zadaniem strażaków na lądzie było zatrzymanie pożaru na umownej linii obrony i utrzymanie go w jej granicach oraz niedopuszczenie do przedostania się na zabudowania pobliskich miejscowości.

Działania w Grecji z pewnością niosły ze sobą szereg wyzwań i trudności.

Zidentyfikowaliśmy trzy główne obszary, które można by określić mianem wyzwań. Pierwsze z nich to ograniczone zasoby wody do celów przeciwpożarowych. Nie mieliśmy takiego komfortu, jak w Polsce, gdzie istnieją zidentyfikowane cieki wodne oznakowane jako punkty czerpania wody, jak również tego, że generalnie mamy jej pod dostatkiem. W tę krytyczną środę, kiedy broniliśmy miejscowości Vilia, sieć hydrantowa była praktycznie nie do użycia. Podobnie jak sieć wodociągowa, która została wyłączona w całym mieście. Priorytetem w tym momencie stało się zasilanie w wodę samolotów i śmigłowców, których działania stanowiły o efektywności gaszenia. O ile samoloty mogły pobierać wodę z pobliskiej Zatoki Korynckiej, o tyle śmigłowce z zawieszonymi zbiornikami bambi bucket trzeba było tankować z cystern lub innych zbiorników, wykorzystywanych wcześniej do zasilania samochodów.

Drugie wyzwanie to warunki terenowe, przede wszystkim praca w rejonie górzystym. Po wykonaniu zrzutów wody z powietrza konieczne było dogaszanie pożaru z lądu. Strażacy z podręcznym sprzętem burzącym, hydronetkami plecakowymi pokonywali wiele kilometrów w tym trudnym terenie. I tak przez wiele godzin. W zadymieniu i wysokiej temperaturze, sięgającej około 40oC. Tę ostatnią wymieniłbym jako trzecie z wyzwań, które determinowało naszą pracę. To główne czynniki wypływające na formę fizyczną strażaków i nasilające się zmęczenie.

3 aut rgb

Odprawa w bazie operacji

fot. Piotr Zwarycz / KG PSP

16 sierpnia mieliście oficjalnie zakończyć działania na wyspie Evia i wrócić do kraju. W związku z zaostrzeniem się sytuacji pożarowej w okolicach Aten wasza misja w Grecji została wydłużona.

Tego dnia nawet pojechaliśmy do Aten, aby pożegnać się z ambasadorem i komendantem greckich strażaków. Podczas spotkań wyczuliśmy jednak, że coś jest nie tak, atmosfera była bardzo nerwowa. Wracając do bazy operacji, dostrzegliśmy unoszący się na horyzoncie pióropusz dymu. Chwilę później wszystko się wyjaśniło. Za pośrednictwem naszego greckiego oficera łącznikowego zostaliśmy poproszeni o pomoc w związku z powstałymi w rejonie Aten pożarami. Sytuacja stawała się tam dramatyczna i pożar rozwijał się w dwóch różnych lokalizacjach. Musieliśmy zdecydować, co robimy dalej. Jedyną możliwością w tej sytuacji było natychmiastowe zadysponowanie części plutonów gaśniczych pozostających w bazie operacji w odległości około trzech godzin jazdy od miejsca pożaru. Tego samego wieczora do działań weszły dwa plutony gaśnicze, a nad ranem kolejne dwa. Następnego dnia po południu dołączyła pozostała część grupy.

Czy były jakieś różnice między akcją na wyspie Evia a tą koło Aten?

Tych dwóch pożarów zupełnie nie da się porównać. Docierając do Evii, mieliśmy pożar zlokalizowany. Nasze działania polegały na jego dogaszaniu i monitorowaniu pogorzeliska, w niewielkim stopniu wiązały się z klasycznym gaszeniem pożaru. Większość stanowiły drobne zarzewia ognia, pożary pojedynczych drzew, pożary małych obszarów, które były przez nas szybko złapane, ewentualnie wymagały wsparcia kilkoma zrzutami wody z powietrza. Była to praca bardzo żmudna i męcząca. Nie mieliśmy tam do czynienia z żywym ogniem, jak w Attyce.

Tam zakres działań był dużo szerszy. Doświadczyliśmy pożarów w skali, jakiej większość z nas nie widziała nigdy w życiu. Sytuacja była bardzo trudna, dynamiczna, zmieniała się praktycznie z godziny na godzinę. Naszym głównym zadaniem było nie tylko gaszenie samego pożaru, ale i niedopuszczenie, by przedostał się do pobliskiej miejscowości. Nieustannie sprawdzaliśmy prognozy pogody, szczególnie pod kątem porywów wiatru i jego kierunku, ponieważ był to czynnik znacząco wpływający na rozwój pożaru. W pewnym momencie gwałtowna zmiana kierunku wiatru doprowadziła do sytuacji, w której pożar zaczął realnie zagrażać bazie operacji. Jednym słowem – drugi tydzień działań dał nam się porządnie we znaki.

Co z pracą w sztabie?

Chciałbym podkreślić szczególną rolę sztabu w przypadku działań poza granicami kraju. Pełni on rolę centrum skupiającego wszystkie poziomy dowodzenia: od strategicznego po interwencyjny. Poza aspektami typowo operacyjnymi, w tym organizacją działań we współpracy z odpowiednimi centrami operacyjnymi kraju gospodarza, w jego kompetencjach pozostają również kwestie bieżącego funkcjonowania modułu, np. zaopatrzenie w żywność, wodę, odbiór nieczystości, bieżące naprawy sprzętu. Ważnym elementem jest również zapewnienie właściwej komunikacji i prawidłowego zarządzania informacją. Stąd konieczność codziennego raportowania nie tylko do kraju, ale także do Emergency Response Coordination Centre (ERCC) w Brukseli. Do tego dochodzą liczne spotkania dowódców z partnerami, mediami, lokalną ludnością.

Każdy dzień zaczynał się około 6.00, a kończył około północy. Po przygotowaniu raportów robiliśmy krótkie wewnętrzne spotkanie podsumowujące i planowaliśmy kolejny dzień. Jako dowództwo staraliśmy się także codziennie organizować odprawy ze wszystkimi członkami grupy, między innymi po to, by przekazywać informacje na temat bieżącego funkcjonowania i dalszej perspektywy działań. Dobra komunikacja w tak dużej grupie jest kluczowym elementem, mogącym zadecydować o powodzeniu całej akcji.

To nie pierwszy raz, gdy na pana barkach spoczął ciężar odpowiedzialności za powodzenie całej akcji. Czy trudno było kierować tak dużą grupą ludzi i tak dużą akcją?

Jak wspomniałem wcześniej, miałem ten komfort, że mogłem dobrać osoby do zespołu dowodzenia. Wiedziałem, że ludzie, którzy ze mną pracują, są bardzo kompetentni. Znamy się wiele lat, współpracowaliśmy już wcześniej i to zaprocentowało. Jeśli chodzi o osoby funkcyjne wyznaczone przez województwa, tutaj również trafiłem na wielu mądrych, poukładanych i ambitnych ludzi. Dzięki temu, że każdy wiedział, jaka jest jego rola, łatwiej nam było wspólnie rozwiązywać problemy.

Dość szybko udało się też dotrzeć ze sobą członkom obu komponentów. Po tygodniu byliśmy już jednym modułem GFFFV Poland. Niebagatelne znaczenie miało również pełne wsparcie ze strony kierownictwa KG PSP. I na koniec chciałem pochwalić cały zespół w KCKRiOL, w tym służbę dyżurną, z którą codziennie dzieliliśmy się ważnymi informacjami, za świetnie zorganizowany back office. Pełny profesjonalizm.

W związku z wydłużeniem czasu trwania misji w Grecji nastąpiła podmiana składu osobowego. Czy nowa grupa strażaków stanowiła skład tych samych dwóch modułów, które obecne były już w Grecji? Jak przebiegała ta wymiana?

Tego rodzaju wymiana składu osobowego miała miejsce po raz pierwszy w historii modułów PSP. Zdecydowaliśmy się na podmianę całego składu „jeden do jednego”. Wymiana odbywała się w ramach tych samych jednostek. Głównym powodem takiej decyzji był fakt, że pojazdy i sprzęt, który przekazywaliśmy drugiej zmianie, pochodził z konkretnych komend miejskich i powiatowych. To musiały być osoby na co dzień użytkujące te pojazdy i sprzęt, ponieważ czekało ich, tak jak nas wcześniej pokonanie trasy o długości ponad 2300 km.

W dniu podmiany składu cały moduł był wyłączony z działań. Rankiem szykowaliśmy się do powrotu, zrobiliśmy odprawę. Myślami byliśmy już w domu, gdy około 10.00 w pobliżu naszej miejscowości zobaczyliśmy na horyzoncie kłęby dymu. Od razu podjęliśmy decyzję o wysłaniu całego potencjału gaśniczego na miejsce, nie zastanawiając się wówczas, jak fizycznie w takich warunkach dokonać podmiany.

Koledzy z drugiej zmiany siedzieli już w samolocie lecącym do Aten. Po ich przyjeździe mieliśmy zaledwie pół godziny na przekazanie zmiany. Obsady samochodów zadysponowanych do działań wymieniły się na strefach, pozostali odprawili się w bazie operacji. Już dużo wcześniej pozostawaliśmy w kontakcie z naszymi zmiennikami, więc nie było tak, że przekazaliśmy im informacje na szybko i byle jak. Będąc już w kraju, na spokojnie śledziliśmy ich działania i kibicowaliśmy im, żeby udało się szybko ten pożar ugasić.

Podsumowując – jak według pana wypadła ta akcja na tle innych, w których brali udział nasi strażacy?

Kiedy w 2009 r. tworzyliśmy moduły ratownicze do działań międzynarodowych, przyjęliśmy, że najczęściej będą dysponowane moduły pomp wysokiej wydajności, z uwagi na wysokie zagrożenie powodziowe w Europie. Powódź w Polsce w 2010 r. utwierdzała nas w przekonaniu, że obraliśmy właściwy kierunek. Okazuje się jednak, że po gwałtownym początku i dużej aktywności modułu HCP, tak naprawdę nie mieliśmy akcji powodziowej poza granicami kraju od 7 lat, kiedy po raz ostatni byliśmy na Bałkanach (w Bośni).

W tamtym okresie mieliśmy też dobrze funkcjonującą grupę poszukiwawczo-ratowniczą USAR Poland, która właśnie zdobyła certyfikat ONZ (2009). Od tego czasu była dysponowana trzykrotnie: na Haiti (2010), do Nepalu (2015) i Libanu (2020). Tych akcji nie da się jednak porównać do tych realizowanych przez pozostałe moduły PSP, choćby z uwagi na zniszczenia infrastruktury spowodowane przez trzęsienie ziemi, a także fakt, że grupa udaje się na miejsce drogą lotniczą, stąd szereg ograniczeń sprzętowych, wagowych, gabarytowych etc.

Co do modułów GFFFV – w ostatnich latach ich aktywność znacznie wzrosła. W ostatnich trzech latach spośród akcji ratowniczych poza granicami kraju z udziałem PSP w dwóch przypadkach mieliśmy do czynienia z pożarem lasów, a raz z wybuchem – w porcie Bejrucie. Okazuje się zatem, że to moduły GFFFV i grupa USAR Poland wykazują się największą aktywnością na arenie międzynarodowej. Można by nawet powiedzieć, że gaszenie pożarów lasów stało się specjalnością PSP.

Pamiętam początki budowy tych modułów, kiedy słyszało się głosy powątpiewające w sens utrzymywania tego rodzaju grup, z uwagi na niewielkie prawdopodobieństwo ich wyjazdu do działań. Jak jest, sami widzimy. Cieszę się, że wyciągnęliśmy sporo nauki z akcji w Szwecji i wiele rzeczy udało się poprawić. Na tle dotychczasowych działań, które zwykle były dość schematyczne, ta akcja przyniosła wiele nowych doświadczeń. Mam tu przede wszystkim na myśli skalę zdarzenia, odległość, konieczność relokacji, podmianę całego składu i szereg innych spostrzeżeń, które z pewnością dokładnie przeanalizujemy i wdrożymy w zasadach organizacji modułów, a także będziemy chcieli przećwiczyć w kraju i zagranicą.

2 aut rgb

bryg. Michał Langner podczas spotkania z komendantem głównym greckiej straży pożarnej gen. Stefanosem Kolokourisem

fot. Piotr Zwarycz / KG PSP

Jakie nasuwają się wnioski po zakończeniu misji w Grecji?

Po pierwsze musimy bardziej usprawnić proces dysponowania modułów do działań. Tym razem mieliśmy kilkanaście godzin przygotowań w nocy, a przed sobą perspektywę ponad 2000 km na kołach, przez kraje spoza UE, co było dużym wyzwaniem. Wolałbym, żeby ten proces był krótszy i każdy mógł właściwie wypocząć przed tak męczącą podróżą.

Mamy trochę wniosków organizacyjnych, szczególnie w zakresie zadań realizowanych przez województwa w trakcie kompletowania osób i sprzętu. Jest też parę wniosków szkoleniowych, dotyczących m.in. taktyki gaszenia pożarów oraz zwiększenia kompetencji osób funkcyjnych poprzez delegowanie na kursy specjalistyczne.

Musimy zastanowić się nad kwestiami finansowymi, usprawnieniem pewnych procedur związanych z rozliczaniem i płatnościami. Mamy dobrze funkcjonujący system oparty na służbowych kartach kredytowych, ale jak się już wielokrotnie okazało, przy tak dużym module rezerwa finansowa musi być znacząco zwiększona. Przygotowania do akcji w Szwecji i Grecji miały miejsce w piątek – przed weekendem, kiedy ciężko było np. pobrać pieniądze z banku.

Jest też szereg wniosków logistycznych do szybkiego wdrożenia i z dłuższą perspektywą realizacji. Chcielibyśmy np. stworzyć bazę sprzętu podręcznego, który jest niezbędny przy tego typu działaniach, a nie zawsze dopuszczony ze względu na brak certyfikacji. Ponadto będziemy dążyli do tego, żeby namioty, którymi dysponujemy, były trwalsze i dawały większy komfort pracy.

Niezbędne wydaje się również zbudowanie jednolitego narzędzia teleinformatycznego, opartego na chmurze rządowej, umożliwiającego połączenie informacji o siłach i środkach i ich lokalizacji za pomocą interaktywnych map. Udostępnianie w czasie rzeczywistym danych lokalizacyjnych, a także informacji o skali zdarzenia, podział na odcinki bojowe, informacje o dostępnym punktach czerpania wody to absolutne minimum, którego potrzebujemy, żeby efektywnie pracować. Myślę, że w najbliższym czasie zorganizujemy warsztaty, na których wspólnie z przedstawicielami modułów przedyskutujemy, co jeszcze można zrobić lepiej, żeby następnym razem działać jeszcze sprawniej niż dotychczas

[Zdjęcie obok lead – bryg. Michał Langner - fot. Piotr Zwarycz / KG PSP]

rozmawiała EMILIA KLIM