postscriptum

Wimbledon 2015

Kategoria: postscriptum

Kiedy nadchodzą wakacje, to znaczy, że zaczyna się najstarszy (rozgrywany od 1877 r.), bardzo angielski, najbardziej kapryśny turniej tenisowy – Wimbledon. Kapryśny, bo na trawie, a to nie wszyscy tenisiści lubią. Bo często tam pada deszcz, więc zawody są przerywane nawet i na całą dobę lub dłużej. No i wymagania organizatorów – strój nieskazitelnie biały. Niektóre gwiazdy denerwują się, bo przecież strój to platforma reklamowa, a jak tu reklamować czystą biel bez nazwy?! Ale w końcu każdy, kto może, jedzie tam i gra, bo ważniejszego turnieju nie ma.

Agnieszka Radwańska lubi grać na trawie. I potrafi. W tym roku doszła do półfinału. Niestety, przegrała z zawodniczką, która – jak to zwykle z jej rywalkami bywa – jest wyższa, cięższa i silniejsza. Ot, kobiecy tenis robi się coraz bardziej męski, więc ktoś, kto gra inteligentnie, finezyjnie, technicznie, zwinnie, ale wygląda dziewczęco, niewiele może poradzić na rozstrzeliwanie serwisem. Mimo to pani Agnieszka była powszechnie chwalona za grę, a przy tym awansowała ponownie do pierwszej dziesiątki kobiecego tenisa. Wywiozła też z Wimbledonu sześciocyfrową sumkę w funtach, więc nie może zanadto narzekać na los. I nie narzeka.

Dla nas, strażaków, tegoroczny turniej wimbledoński też jest ważny. Otóż 1 lipca, w środę wieczorem, już po zakończeniu wszystkich meczów II rundy turnieju, w głośnikach kompleksu kortu centralnego rozległ się odczytywany czystą angielszczyzną komunikat o mniej więcej tej treści: Uwaga! Ogłaszamy alarm pożarowy! Należy natychmiast przerwać wszystkie konkurencje rozgrywane na korcie centralnym. Wszystkie osoby przebywające na korcie i w budynkach kortu centralnego powinny je opuścić, udając się do wyjść ewakuacyjnych. Należy wyjść na zewnątrz budynków (kompleksu budynków).

Sposób podania treści świadczy o tym, że automatycznie odtworzono gotowe nagranie, przygotowane na taką okoliczność, gdyż nie było czego przerywać – nikt już nie grał. Otóż zadziałał dźwiękowy system ostrzegawczy.

Najbardziej skorzystała na tym Amerykanka Serena Williams, co po raz n-ty wygrała turniej. Konferencja prasowa nudziła ją niezmiernie, więc z półsennym spokojem wysłuchała komunikatu o ewakuacji, który trwał równe 30 sekund, a po jego zakończeniu powiedziała coś w stylu: Chyba nie pozwolimy im być pierwszymi? – co wywołało salwy śmiechu wśród dziennikarzy. Na tym konferencja się zakończyła, ale… zebrani nie rozeszli się do własnych spraw, tylko ewakuowali się zgodnie z zaleceniem automatu.

W sumie opuściło kompleks ponad 3 tys. osób! W komunikatach prasowych można przeczytać, że je „ewakuowano”, co sugeruje, że ktoś ich „wziął i ewakuował”. Otóż to nieprawda! Wszystkie te osoby wyszły same, nie było najmniejszej konieczności używania wobec nich przymusu fizycznego czy wyprowadzania kogokolwiek, bo się pogubił. Co prawda przyjechało pięć zastępów straży pożarnej, ale strażacy mieli niezbyt wiele do roboty, a właściwie nic.

Przyczyną alarmu było zwarcie w instalacji elektrycznej. I od tego momentu zaczęły się czary. Bo zwarcie, proszę Państwa, w czasie takiej imprezy, w takim obiekcie, to przecież objaw jakichś niedoskonałości technicznych. Rzecznik Wimbledonu ogłosił więc, że przyczyną zwarcia były upały. Jest to oczywiście nieprawdą. Nie dlatego, że nie było gorąco (temperatura wynosiła 35,7oC), tylko dlatego, że nawet upalne temperatury są zbyt niskie, by spowodować uszkodzenie instalacji. Ona była uszkodzona i już. Potem pojawiło się zdrowsze nieco tłumaczenie – że to tylko były ćwiczenia. A wreszcie tłumaczenia z komentarzami, że ćwiczenia te miały coś wspólnego z terroryzmem, co w pojęciu puszczających te komunikaty w świat powinno wyjaśnić wszystko wszystkim już bez żadnych zbędnych tłumaczeń.

Fakty zaś wyglądały tak. Zesmażenie przewodów wyczuła czujka pożarowa, która wszczęła alarm. Został on natychmiast przekierowany do straży pożarnej (monitoring), więc szybko pojawili się strażacy. Jednocześnie uruchomił się samoczynnie wspomniany dźwiękowy system ostrzegawczy, wybawiając panią Williams od odpowiadania po raz tysięczny na te same pytania. Wokół wyjść z obiektu rozstawiły się służby porządkowe i policja, a oprócz samochodów ratowniczych podjechały też ambulanse.

Wnioski z tego są takie. Malutki pożar zauważyły sprawne urządzenia przeciwpożarowe, uruchamiając procedury alarmowe. Mimo że z alarmu żartowano, nikt go nie zlekceważył – ani gwiazdy, ani organizatorzy turnieju, ani wreszcie służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo. Tak właśnie do zera ogranicza się liczbę ofiar pożarów.

Oficer

 

Data publikacji: lipiec 2015