postscriptum

Prezencja

Kategoria: postscriptum

Mówi się, że nie szata(n) zdobi człowieka, ale z drugiej strony – jak cię widzą, tak cię piszą. Przekonuje o tym artykuł Tatiany Sokołowskiej „Męski Dress Code” zamieszczony w PP nr 3/2015. Wiarygodności danym tam zawartym przydaje płeć ich autorki, bo w końcu kto lepiej od kobiety zawodowca ma wiedzieć, jak mężczyzna ma się podobać...? Ze zgrozą uświadomiłem sobie przy tym wagę powiedzenia: „Nie ma drugiej szansy na to, by zrobić dobre pierwsze wrażenie”.

Ta dawka ubiorowego profesjonalizmu wywarła na kilku moich znajomych na tyle mocne wrażenie, że przyjrzeli się swojej garderobie służbowej i pozasłużbowej, zwłaszcza tej uchodzącej za elegantszą. Ja też nie zwlekałem zbyt długo. Z artykułem w ręku rzuciłem się na szafy. Bo przyznaję, że w kwestii ubioru do tej pory na gruncie prywatnym działałem na wyczucie, a na gruncie zawodowym co prawda zgodnie z regulaminami, ale czasami nieco na skróty. Tak zwyczajnie, jak to chłop, nie przywiązywałem większej wagi do tego, co z garderoby jest i po co, tylko czy jako tako pasuje i czy mi w tym wygodnie. Czyli pełna amatorszczyzna! I nie łagodzi tego w żaden sposób rzadka umiejętność wiązania krawata na podwójny, czyli symetryczny węzeł i to tak, by czubek zwisu dotykał klamry paska od spodni – po co, nie wiem, ale od zawsze tak robiłem.

Zatem uzbrojony w świeżutką wiedzę, jak to nienaganna prezencja łączy się z wrażeniem stuprocentowej skuteczności w działaniu (Kto panuje nad szczegółami własnego wizerunku, panuje nad tym, czym się zajmuje), powziąłem przebiegły plan doprowadzenia własnej postaci do opisanej w artykule doskonałości formalno-wizualnej (Elegancki mężczyzna nie zwraca na siebie nadmiernej uwagi, ale pamięta o szczegółach wyglądu). Plan ten ma drugie dno: zamaskowanie przeszłego już kryzysu wieku średniego. Ni mniej, ni więcej, tylko poprzez strój cywilny postanowiłem nadać sobie postać solidnego, doświadczonego życiowo ojca rodziny z klasy średniej (w typie: nie martw się dziewczyno, że ma głowa siwa…), a poprzez mundur nad wyraz kompetentnego starszego (acz nie podstarzałego – mundur maskuje) oficera PSP.

Otworzyłem podwoje szaf i po krótkiej lustracji zasobów odetchnąłem z ulgą. Mój uniwersalny garnitur ma kolor granatowy z odcieniem grafitowym. Dzięki temu pasuje jako „strój biznesowy formalny” oraz „strój biznesowy koordynowany”. Poza tym dobry skurczybyk jest, bo nie gniecie się łatwo, dzięki czemu zwiedził już kawałek świata. No i absolutnie bezstronne ekspertki twierdzą, cokolwiek by to znaczyło, że jest mi w nim dobrze, więc wdzięczny mu jestem za to i wróżę jeszcze długi czas używania. Przecież nie zmienia się zwycięskiego składu.

Moje krawaty mają same zalety. Nie ma wśród nich ani jednego w barwach krzykliwych, są raczej ciemne, „klasyczne” – gładkie lub w drobne wzory. Niestety, nie są z jedwabiu, ale sprawdzenie tego wymaga badań organoleptycznych, czyli kontaktu bezpośredniego, a tu na odwrót, droga pani, może być już za późno…

Koszule. Praktycznie same gładkie, większość białych – to plus. Nie wiem, czy mają kołnierzyk typu „kent”, ale ich kształt nie poddaje się modom przez dziesiątki lat. Poza tym odpowiadają kształtem kołnierzykom koszul służbowych, a tu dyskusje typ „kent” czy nie „kent” żadnego sensu nie mają.

Z butami, niestety, gorzej (choć to niezmiernie ważny element). Co prawda wykonywane są ze skóry, tylko czy akurat z licowej? Ot, z takiej gładkiej, czarnej, co się daje pastować. Nie błyszczą się jak u zawodników snookera, ale autorka artykułu na szczęście nie wymaga lakierków. Podeszwa, niestety, nie całkiem skórzana… W razie czego jakiejś nadspostrzegawczej osobie można dyskretnie dać do zrozumienia, że co prawda warstwa ścierna podeszwy jest gumowa, ale od wewnątrz to najprawdziwsza skóra! Gorzej z wzorcową liczbą dziurek. Liczyłem i nijak nie wychodzi, że sznurowadła są przeplecione przez pięć. W najnowszych butach służbowych, naprawdę dobrej firmy, dziurek do sznurowadeł jest niestety sześć: po trzy na skrzydełko… Ale nic straconego! Można przez jedną nie przeplatać i będzie dobrze!
Koniec końców uznałem, że jestem niemal gotów na podbój świata w sensie wizualnym. A gdyby ktoś wątpił, że ma do czynienia z kompetentnym strażakiem, choćby w rozmowie telefonicznej albo w oświetleniu nie do końca pozwalającym na ocenę moich starań wizualnych, to dla podniesienia wartości merytorycznej wypowiedzi będę dodawał w odpowiednim momencie: „A sznurówki to ja przeplatam przez pięć dziurek!”. I już się cieszę na efekty.


Oficer