Historia i tradycja

Pożary i podpalenia w międzywojniu

Kategoria: Historia i tradycje

Straty powodowane przez pożary w okresie międzywojennym były bardzo dotkliwe. Nierzadko płonęły całe wioski, zniszczeniu ulegały budynki, inwentarz, plony, sprzęt gospodarczy. Ogień trawił także duże części miast.

Tragiczne pożary często obejmowały wiele budynków jednocześnie – na wsi i w miastach przeważała bowiem zabudowa drewniana. Według danych Powszechnego Zakładu Ubezpieczeń Wzajemnych w 1930 r. na 1 411 351 budowli w miastach i miasteczkach było aż 1 094 867 budynków drewnianych [1]. Na skutek pożarów przestrzennych tylko w latach 1919-1920 spłonęły: Zawieprzyce (powiat lubelski) – 264 budynki, Wizna (powiat łomżyński) – 146 budynków, Tyszowce (powiat tomaszowski) – 144 budynki, Turza Wielka (powiat mławski) – 142 budynki, Gnojno (powiat konstantynowski) – 102 budynki, 99 budynków w Wieliszewie (powiat warszawski) i 91 budynków w Hucie Starej (powiat częstochowski) [2]. Wielki i groźny pożar przestrzenny powstał 7 sierpnia 1921 r. w Kłodawie (woj. poznańskie). Spaliło się doszczętnie 37 domów mieszkalnych, 10 stodół z pełnymi zbiorami, 76 obór, chlewów i różnych przybudówek gospodarczych, uszkodzonych zostało siedem domów. Zniszczeniu uległo 130 budowli. Dach nad głową straciło 85 rodzin [3]. W sierpniu 1921 r. pożar tak bardzo zniszczył Pińsk (spalona została jedna trzecia miasta), ówczesną stolicę województwa poleskiego, że przeniesiono ją do Brześcia nad Bugiem. W roku 1934 ogień strawił też większość zabudowań Puńska w woj. białostockim.

Źródła danych

Obok licznych prywatnych zakładów ubezpieczeń, opierających się głównie na kapitale zagranicznym, działały także publiczne zakłady: Zakład Ubezpieczeń Wzajemnych w Warszawie, Zakład Ubezpieczeń Wzajemnych w Poznaniu dla województw poznańskiego i pomorskiego oraz Powszechny Zakład Ubezpieczeń Wzajemnych z siedzibą w Warszawie (obejmujący zasięgiem działania resztę kraju). Pierwszy i ostatni miały monopol ubezpieczenia budowli mieszkalnych i gospodarczych, a właściciele takich budowli obowiązani byli ubezpieczyć je od ognia. Z obowiązku tego wyłączone były m.in: obiekty fabryczne, obiekty narażone na wyjątkowe niebezpieczeństwo pożaru, teatry, kina itp.

Badania statystyczne dotyczące pożarów w okresie międzywojennym nie były prowadzone w sposób systematyczny i jednolity. Brakowało zunifikowanego systemu rejestracji, więc dane są niepełne i często nieporównywalne. Rejestrację i statystykę pożarów i pozostałych szkód prowadziły jedynie zakłady ubezpieczeniowe, na własne potrzeby i w odniesieniu do ubezpieczonego w danym zakładzie mienia. Miarodajnym źródłem informacji statystycznych o pożarach są dwa główne zakładów ubezpieczeń (Zakład Ubezpieczeń Wzajemnych i Powszechny Zakład Ubezpieczeń Wzajemnych), które zajmowały się opracowywaniem takich zestawień [4]. Nie obejmowały one jednak obiektów i mienia nieubezpieczonego, stąd luki w danych dotyczących pożarów i spowodowanych nimi szkód w zakładach przemysłowych, niepodlegających obowiązkowi ubezpieczenia [4]. Zakłady te ubezpieczały się przeważnie w mniejszych prywatnych towarzystwach ubezpieczeniowych.

Pożary i ich przyczyny

W latach 1924-1930 zarejestrowano w całym kraju 73 485 pożarów. Spłonęło w nich lub zostało uszkodzonych 246 185 budowli. Tendencja była rosnąca: w 1924 r. odnotowano 6 624 pożarów, ale już w roku 1930 było ich 16 753. Najwięcej pożarów, bo aż 89%, powstawało na terenach wiejskich i tam też odnotowywano największe szkody, sięgające 93% ich ogólnej wartości. Z przeprowadzonych przez Powszechny Zakład Ubezpieczeń Wzajemnych wyliczeń wynikało, że w 1930 r. przeciętna szkoda pożarowa w wyniku jednego pożaru w mieście wyniosła 2170 zł, zaś na wsi 3490 zł* [2].

W latach 1933-1937 zarejestrowano ogółem 98 100 pożarów, w których spłonęło lub zostało uszkodzonych 276 600 budynków. Na jeden pożar w województwach centralnych, południowych i wschodnich przypadały średnio trzy budynki spalone lub zniszczone, a w województwach zachodnich – 1,8 [1]. W 1937 r. w pożarach w naszym kraju (bez woj. poznańskiego) zginęło 156 osób, a 832 osoby zostały ranne lub poparzone, w tym 59 strażaków [4]. Straty spowodowane pożarami w okresie międzywojennym szacowano na około 70 mln zł rocznie – według ówczesnej wartości walutowej.

Dominującymi przyczynami pożarów w latach 1933-1937 były podpalenia (szczególnie na wsiach województw centralnych, południowych i wschodnich) oraz wady w budowlach [4]. Około połowy pożarów w miastach spowodowanych było wadliwą budową kominów i urządzeń wewnętrznych [3]. 

Przyczyny pożarów

Województwa centralne, południowe
i wschodnie

Województwa zachodnie

razem

miasta

wieś

 

w odsetkach

podpalenia

30,7

14,2

32,5

24,5

nieostrożność

21,4

32,8

20,1

15,7

zabawa dzieci ogniem

2,8

2,2

2,9

-

wady urządzeń oświetlenia i ogrzewania

-

-

-

15,1

wyładowania atmosferyczne

8,7

3,8

9,3

12,6

iskry

-

-

-

11,9

wady w budowlach

29,7

40,4

28,5

9,2

pozostałe (nieznane i nieustalone)

6,7

6,6

6,7

11,0

Ogółem

100,0

100,0

100,0

100,0

Częste podpalenia wynikały najczęściej ze sporów majątkowych i innych konfliktów  (szczególnie na wsi). Podpalaczami bywali najczęściej ludzie pozbawieni własności, parobkowie i robotnicy rolni. Nierzadko pożary wywoływano celowo, dla uzyskania wysokiego odszkodowania. Ten ostatni proceder szczególnie rozwinął się w połowie lat 20., wraz z upowszechnieniem się ubezpieczeń majątkowych od pożarów. Liczba podpaleń w Polsce systematycznie rosła: w 1923 r. było ich 1603, w 1924 r. – 1689, w 1925 r. – 2007, w 1926 r. – 2218, w 1927 r. –  2094, w 1928 r. – 2352, w 1929 r. – 2521, w 1935 r. – 3104, a w 1937 r. aż 4889 (dane nie obejmują woj. poznańskiego) [5].

W latach 1928-1933 Powszechny Zakład Ubezpieczeń Wzajemnych notował znaczną liczbę pożarów spowodowanych wyładowaniami atmosferycznymi. I tak: w 1928 r. było to 1221 pożarów, w 1929 r. – 2008, w 1930 r. – 968, w 1931 r. – 1617, w 1932 r. – 1941 i w 1933 r. – 889. Przez 6 lat z tego tytułu Zakład wypłacił odszkodowania w wysokości ponad 16 mln zł, zaś prywatne zakłady ubezpieczeń tylko za okres 1930-1933 – ponad 1,8 mln zł [5].

Jednym z najpoważniejszych pożarów powstałych od wyładowań atmosferycznych był pożar zakładów spożywczych produkujących alkohole (Spółka Akcyjna „Akwawit” –Rektyfikacja Okowity i Fabryka Chemiczna w Poznaniu), powstały w nocy z 19 na 20 maja 1937 r. (zdjęcie nr 1). Na skutek uderzenia pioruna zapalił się zbiornik z 2 mln l spirytusu. Pod wpływem wysokiej temperatury rozszczelnił się, a zgromadzony w nim płonący spirytus zaczął rozlewać się po okolicy. Drugi, nienapełniony zbiornik (na 200 tys. l spirytusu) został w wyniku wybuchu odrzucony na odległość 15 m. Akcja gaśnicza pod dowództwem naczelnika Zawodowej Straży Pożarnej w Poznaniu insp. poż. Jana Kiedacza zaangażowała oprócz straży pożarnej (80 osób) także żołnierzy z pobliskiego Fortu Winiary. Nikt nie zginął, jednak w wyniku pożaru spłonęły doszczętnie Zakłady Graficzne Putiatyckiego (płonący spirytus zalał piwnice ), część zabudowań Akwawitu i trzy wagony kolejowe na zakładowej bocznicy pobliskiej rzeźni. Straty oszacowano na 3 mln zł [6].

Pożary w stolicy

W Warszawie zamieszkałej przez ponad milion mieszkańców – według danych Warszawskiej Straży Ogniowej – w latach 1924-1938 rejestrowano rocznie średnio ponad 600 pożarów w budynkach. Najmniej pożarów powstało w 1934 r. – 551, a najwięcej w 1929 r. – 827. Pożary najczęściej zdarzały się w budynkach mieszkalnych (średnio w ponad 400), a także w obiektach przemysłowych i publicznych (po kilkadziesiąt). Co ciekawe, celowe podpalenia w Warszawie należały do rzadkości (zaledwie kilka rocznie). Najwięcej podpaleń, bo aż sześć, miało miejsce w 1934 r. (pod uwagę wzięto lata 1924-1938) [7, 8].

W ostatnim roku przed wybuchem wojny odnotowano w stolicy 653 pożary: spowodowane nieostrożnością – 205, wadą konstrukcyjną – 121, od wybuchu – 8, a z innych przyczyn lub nieustalonych – 319. Największe pożary miały miejsce w fabryce garbarskiej A. Rosena przy ul. Elbląskiej (zdjęcie nr 2), fabryce lakierów przy ul. Burakowskiej oraz składach towarowych przy ul. Spiskiej. Zakład Ubezpieczeń Wzajemnych w 1938 r. wypłacił ubezpieczonym 136 tys. zł za szkody pożarowe w budynkach [9].

6 czerwca 1939 r. powstał duży pożar Dworca Głównego w Warszawie, o którym było głośno w całej Polsce (zdjęcie nr 3). Został wzniecony w trakcie prowadzenia prac spawalniczych w hali głównego budynku dworca, znajdującego się w ostatnim stadium budowy. Efektem policyjnego dochodzenia było zatrzymanie pięciu pracowników firmy budowlanej mających nocną zmianę. „Ilustrowany Kuryer Codzienny” z 8 czerwca 1939 r. w artykule pt. „Olbrzymi pożar Dworca Głównego w Warszawie” pisał: „Pożar w ciągu pół godziny osiągnął najwyższe nasilenie. Ogień, rozszerzając się z wielką szybkością wskutek silnego wiatru i wysokiej temperatury, objął strop wielkiej hali odjazdowej głównego budynku dworca. (…). Wnętrze zniszczonej przez pożar hali przedstawia obraz straszliwej ruiny. Zawalony na przestrzeni 400 m2 strop zamienił się w około 160 t przepalonego i powyginanego żelastwa i gruzu. (…). Wytężona akcja ratunkowa pociąga za sobą ofiary. Walący się strop zasypuje dwóch dzielnych strażaków (…)”. 

Podpalenia

W okresie stabilizacji pieniądza, po 1924 r., pojawiły się nowe warunki dla ubezpieczeń. Wartość złotego utrzymywała się na tym samym poziomie, dzięki czemu ubezpieczeni nie ponosili konsekwencji spadku jego wartości. Wzrosła „opłacalność” pożarów. Możliwe stało się też spekulowanie zyskami ubezpieczeniowymi. Ratunkiem w ciężkiej sytuacji finansowej, na wypadek zadłużenia, utraty płynności finansowej czy widma bankructwa było paradoksalnie podpalenie własnego mienia (nazywane podpaleniem asekuracyjnym). Na niektórych terenach II Rzeczpospolitej wybuchały wręcz epidemie takich pożarów. Według szacunków przedstawicieli firm ubezpieczeniowych stanowiły one około 30-40% wszystkich pożarów. Najwięcej podpaleń asekuracyjnych pojawiło się w woj.  poznańskim i woj. pomorskim [2].

Przykładem podpalenia w celu wyłudzenia odszkodowania był pożar w zakładzie fryzjerskim z 6 stycznia 1939 r., o którym pisał „Kurjer Warszawski”. Otóż Sąd Okręgowy na sesji wyjazdowej w Otwocku skazał Icka Skamandra na 6 lat, a jego żonę na 2 lata więzienia za podpalenie w nocy własnego zadłużonego zakładu fryzjerskiego. Sąsiedzi, którzy próbowali ratować ich mienie, zauważyli, że meble były w jednej części pokoju pokryte łatwopalną pastą, a w powietrzu czuć było zapach benzyny. Ponadto dozorczyni widziała tuż przed pożarem uciekającego Icka. Sąd ustalił, że właściciele zakładu zadłużyli się i ubezpieczyli zakład na kwotę 4500 zł. Przed pożarem usunęli z niego drogie urządzenia do suszenia włosów i ondulacji. Po pożarze zażądali 4200 zł. Realne straty oszacowano na 150 zł [10].

Na Kresach Wschodnich masowo podpalano budynki znajdujące się na gruntach przeznaczonych do komasacji, czyli tworzenia gospodarstw o zwartej powierzchni poprzez zamianę rozproszonych działek jednego właściciela na grunty leżące wokół jego działki.

Wśród podpalaczy cudzego mienia najliczniejszą grupę stanowili sprawcy kierujący się zemstą (np. po zwolnieniu z pracy czy zawodzie miłosnym) i piromani. Podpalano także w celu ukrycia innych zbrodni, np. zatarcia śladów zabójstw lub występków. Służący, by ukryć kradzież lub malwersacje mienia gospodarza. Podobnie jak niesumienni kasjerzy i pracownicy podkładającyogień w firmach i biurach. Piromanami najczęściej byli chłopcy w okresie dojrzewania i służący. Zdarzali się oni także wśród członków straży pożarnej. Statystyki okresu międzywojennego prawie 18% wszystkich pożarów przypisują piromanii. Podpalano najczęściej stogi siana, zabudowania pokryte słomianymi strzechami, szopy, składnice towarów [9]. Były to zazwyczaj obiekty, które podpalano w najprostszy sposób. W 1935 r. dwóch młodych chłopców ze wsi Bereżce w woj. poleskim okazało się sprawcami podpalenia, które przerodziło się w ogromy pożar. Przez trzy listopadowe dni strawił on dziesiątki hektarów. Nazwano go największym pożarem ówczesnej Europy. Ogień przemierzał tereny od wsi Bereżce nad Prypecią na północny zachód. Był to obszar o szerokości 10 km i długości prawie 30 km. Spalonych zostało kilka tysięcy stogów siana, stanowiących jedno z głównych źródeł dochodów wielu mieszkańców okolicznych wsi [11].

Odrębną grupę podpalaczy stanowiły dzieci nieostrożnie bawiące się zapałkami. Notowano też przypadki podkładania ognia przez dzieci, które nie chciały iść do szkoły [11].

Do podpaleń sprawcy używali łatwopalnych płynów – nafty, benzyny i spirytusu [11]. Znane były przypadki użycia do wzniecenia ognia tzw. kwaczy, czyli kilku zwiniętych i nasyconych naftą szmat oraz łuczywa. Dobrze przygotowany kwacz tlił się nawet 45 min, a dopiero potem następowało zapalenie płomieniowe [11].

Jednym z najbardziej znanych podpalaczy okresu międzywojennego był Jakub Nowak ze wsi Chomęcice w powiecie poznańskim, który przez kilka miesięcy 1928 r. podpalał stodoły i stogi na terenie powiatów: obornickiego, wągrowickiego, gnieźnieńskiego, szubińskiego i żnińskiego. W ten sposób mścił się na ich właścicielach za odmowe udzielenia mu jałmużny lub przegonienie z terenu gospodarstwa. Ujęto go w listopadzie 1928 r. Podczas wizji lokalnych Nowak przyznał się do 28 podpaleń na terenie Wielkopolski. Spowodowane przez niego straty oszacowano na 420 tys. zł. Prowadzący śledztwo uważali jednak, że przestępstw popełnił znacznie więcej.

Polityka karna

W Kodeksie karnym z 11 lipca 1932 r. opisano omawiane tu przestępstwo w art. 215, który brzmiał: „Kto sprowadza niebezpieczeństwo pożaru, zawalenia się budowy albo katastrofy w komunikacji lądowej, wodnej lub powietrznej podlega karze (…)”. Według postanowień tego kodeksu odpowiedzialność ciążyła nie tylko na tym, kto już sprowadził pożar, ale i tym, kto sprowadził jego niebezpieczeństwo. W jednym przepisie stypizowano dwie możliwe postacie przestępstwa. W ten sposób kodeks rozszerzył penalizację na czyny poprzedzające nastąpienie pożaru.

Za umyślne sprowadzenie niebezpieczeństwa pożaru przewidziana była kara więzienia od 6 miesięcy do 15 lat, zaś za nieumyślne wywołanie tegoż niebezpieczeństwa –  od tygodnia do roku lub grzywna od 100 do 1 mln zł. Za przygotowanie do popełnienia tego przestępstwa groziła kara od 6 miesięcy do 5 lat. Tyle samo groziło  za wchodzenie w porozumienie dla jego popełnienia. Sprowadzenie pożaru oraz jego niebezpieczeństwo ścigane było z urzędu, przy czym jego umyślna postać była zbrodnią [12].

W 1937 r. sądy woj. pomorskiego wydały w sprawie pożarów 14 wyroków, a w roku 1938 – 42 wyroki. Za podpalenia skazywano od roku do dwóch lat więzienia. Surowsze kary wymierzano sporadycznie. Jedynie sprawcę pożaru, w wyniku którego zginęły dwie osoby, skazano na karę śmierci. Łagodniej traktowano sprawców nieumyślnych pożarów, wobec których orzekano od jednego do sześciu miesięcy pozbawienia wolności. Od czasu do czasu wymierzano grzywny.

Ponadto nałożono 134 kary administracyjne za spowodowanie pożarów wynikających z niedbalstwa, nieostrożności lub przekroczenia przepisów policyjno-ogniowych. Łącznie orzeczono winę w 148 przypadkach. W 1938 r. władze administracyjne wydały 335 orzeczeń karnych za przekroczenie przepisów przeciwpożarowych [10].

Działania Policji Państwowej

Według komisarza Policji Państwowej Lucjana Gałczyńskiego, jednego z najlepszych policyjnych ekspertów w sprawach pożarów, kierującego w latach 30. XX w. poznańskim Urzędem Śledczym, wykrycie sprawców podpaleń działało na nich odstraszająco [10]. Ich bezkarność przyczyniała się zaś do eskalacji podpaleń.

Podczas wykonywania czynności śledczych w sprawach o pożary zwracano uwagę na znaczenie szybkiego przybycia policjantów na miejsce zdarzenia. Dużą wagę przywiązywano do oględzin pogorzeliska i jego otoczenia. Starano się znaleźć źródło ognia, a zwłaszcza resztki lontów, długich świec w słomie i tym podobnych dowodów przestępstwa. Szukano śladów użycia łatwopalnych płynów, a latem także soczewek, które mogły wywołać pożar, skupiając promienie słoneczne. Śladów użytych do podpalenia płynów policjanci szukali w pęknięciach fundamentów, pozostałych fragmentach podłogi i innych ocalałych przed spaleniem miejscach. Sprawdzano woń znalezionych na pogorzelisku przedmiotów. Zabezpieczone przedmioty wkładano do wody, aby sprawdzić, czy są nasycone tłuszczem, lub podgrzewano je, by lepiej wyczuć zapach płynu łatwopalnego. Przechowywano je w szczelnie zamkniętych szklanych naczyniach. W niektórych urzędach śledczych zaczęto stosować niemiecki środek Rhodocrit. Przedmioty oblane naftą lub inną substancją łatwopalną, posypane Rhodocritem, po kilku godzinach zabarwiały się na czerwono. Środek ten pozwalał na wykrycie nawet niewielkiej ilości substancji łatwopalnej.

Policjanci sprawdzali także, czy nie było pootwieranych okien i drzwi, silnie rozgrzanych pieców, nieuzasadnionego zgromadzenia materiałów łatwopalnych w pobliżu pieców. Szukali też śladów podpalaczy (do tropienia wykorzystywano psy służbowe). W trakcie oględzin miejsc pożaru sporządzali szkice zabudowań i dokumentację fotograficzną.

Podczas przesłuchiwania świadków zwracali uwagę, czy znają oni czas powstania pożaru i jakie mają alibi. Z policyjnej praktyki wynikało, że nieletni i młodociani podpalacze często znajdowali się wśród gapiów przyglądających się pożarowi. W kieszeniach trzymali resztki lontów i inne przedmioty używane do podpalenia. Dlatego ustalano, kto był na miejscu pożaru, a nieletnich często przeszukiwano. Ponadto w sklepach sprawdzano, kto kupował przedmioty mogące służyć do podpalenia.

Podpalenia asekuracyjne stały się w okresie międzywojennym nagminne, dlatego też  wprowadzono procedury, które miały przyczynić się do poprawy ich wykrywalności. Policjanci przybyli na miejsce pożaru mieli obowiązek ustalić właściciela obiektu oraz to, na jaką kwotę ubezpieczona była nieruchomość. Rażące różnice między kwotą ubezpieczenia a wartością realną pozwalały podejrzewać, że było to podpalenie. Prowadzone działania miały też zmierzać do ustalenia kondycji finansowej pokrzywdzonego, a zwłaszcza – czy nie jest zadłużony. Policja sprawdzała też, czy przed pożarem z budynku nie zostały usunięte wartościowe przedmioty, a dzieci nie trafiły do członków rodziny. W celu wykluczenia wersji podpalenia asekuracyjnego ustalano czas, jaki minął od ubezpieczenia do dnia powstania pożaru i to, czy stawka ubezpieczenia krótko przed pożarem nie została podwyższona.

Ciekawostką jest, że Centralny Ośrodek Wyszkolenia Pożarniczego w Warszawie miał zostać wyposażony w nowoczesne laboratoria i urządzenia techniczne, które umożliwiłyby prowadzenie w pełni profesjonalnych badań dowodów rzeczowych zabezpieczonych na pogorzelisku. Budowę obiektów tej pierwszej nowoczesnej szkoły pożarniczej realizowano w latach 1937-1938.

Literatura kryminalistyczna

O zainteresowaniu policji podpaleniami świadczyła wydawana w tamtym okresie prasa policyjna, a przede wszystkim ukazujący się w latach 1920-1939 tygodnik „Na posterunku”. W artykule „Podpalenia asekuracyjne i sposób ich zwalczania” (nr 46 z 1939)  J. Mazanek wskazywał na przypadki niestarannego badania pogorzeliska, zbyt pochopnego wyciągania wniosków, trzymania się ściśle wcześniej przyjętej wersji i przedwczesnego umarzania postepowań przygotowawczych [10]. Dużo uwagi podpaleniom poświęcano także w policyjnej literaturze kryminalistycznej. Tego, jak wykrywać podpalenia, uczono policjantów w podręczniku „W służbie śledczej. Podręcznik dla urzędników policji i szkół policyjnych”, napisanego przez naczelnika i zastępcę naczelnika Urzędu Śledczego m.st. Warszawy i wydanego w 1923 r. [13].  

*szacuje się, że w latach 30. siła nabywcza złotego była 7-10 razy większa niż obecnie

Literatura

[1] A. Bałabuszyński, Bezpieczeństwo ogniowe w budynkach mieszkalnych, „Dom. Osiedle. Mieszkanie”, nr 7-8/1933.

[2] I. Kienzler, Dwudziestolecie międzywojenne. Katastrofy i klęski żywiołowe, t. 40, Wydawnictwo Bellona 2014.

[3] http://osp-klodawa.bloog.pl/kat,163775,index.html

[4] Pożary w latach 1958-1968, „Studia i Prace Statystyczne” nr 21, Główny Urząd Statystyczny PRL, Warszawa 1969.

[5] M. Rogowski, Pożary w zakładach przemysłowych, Powszechny Zakład Ubezpieczeń Wzajemnych. Biuro Prewencyjne, Warszawa 1947.

[6] http://pl.wikipedia.org/wiki/Po%C5%BCar_Akwawitu_w_Poznaniu

[7] „Rocznik statystyczny Warszawy” z 1928 r., Magistrat m.st. Warszawy 1930.

[8] „Rocznik statystyczny Warszawy” z 1933 r., Zarząd Miejski w m.st. Warszawy. 1935.

[9] Warszawa w liczbach 1939, Wydawnictwo Wydziału Statystycznego Zarządu Miejskiego w m.st. Warszawy.

[10] B. Sprengel, Czynności kryminalistyczne Policji Państwowej w sprawach pożarów, [w:] V. Kwiatkowska-Darul (red.), Czynności procesowo-kryminalistyczne w polskich procedurach. Wydawnictwo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2004.

[11] http://kresowiacy.com/2013/07/rok-1935-najwiekszy-pozar-na-polesiu/

[12] B. Sygit, Pożary w aspekcie prawnokarnym i kryminologicznym, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa-Poznań 1981.

[13] M. Sonenberg, L. Kurnatowski, Służba śledcza. Podręcznik dla urzędników policji i szkół Policyjnych, Urząd Śledczy  m.st. Warszawa 1923.

Tomasz Sawicki
jest biegłym sądowym z zakresu dochodzeń popożarowych, członkiem Polskiego Towarzystwa Ekspertów Dochodzeń Popożarowych

maj 2016