Dokąd i po co

Kategoria: W ogniu pytań

O specyfice Szkoły Aspirantów PSP w Poznaniu, jej atutach i kierunku, w którym podąża – w rozmowie ze st. bryg. Grzegorzem Stankiewiczem, komendantem szkoły.

Nie od dziś wiadomo, że szkoły aspirantów PSP nieco ze sobą konkurują. Podwyższają sobie Państwo nawzajem poprzeczkę?
Każda konkurencja sprzyja poprawie jakości pracy. W przypadku szkół kształcących aspirantów wiedza i umiejętności absolwentów odzwierciedlają poziom kształcenia. Nie ma nic złego w konkurowaniu ze sobą, o ile nie przesłania ono zasadniczej idei, czyli wychowania i szkolenia kadetów, a jednocześnie partnerskich relacji między szkołami. Ważne, byśmy wymieniali się doświadczeniami, dobrymi praktykami. W zasadzie na współpracę jesteśmy niejako skazani, ponieważ w obowiązującej od 2007 r. formule certyfikowania końcowego w naszych szkołach niezbędni są egzaminatorzy z zewnątrz. Podczas tych egzaminów wymieniamy się kadrą.

Szkoły Aspirantów PSP uczą generalnie tego samego, ale w gruncie rzeczy w różny sposób. Na czym polega specyfika poznańskiej szkoły?
Każda ze szkół zaczyna specjalizację w określonej dziedzinie ratownictwa i jest to – moim zdaniem – dobry kierunek. Centralna Szkoła PSP w Częstochowie celuje w zagrożeniach CBRN, szkoła krakowska w ratownictwie wysokościowym i katastrofach budowlanych, my zaś w ratownictwie na drogach. Niewątpliwym atutem SA PSP w Poznaniu jest wyjątkowe podejście do szkolenia praktycznego, traktujemy je priorytetowo. Zabrzmi to nieskromnie, ale mamy najlepszy w kraju poligon.

Najlepszy pod jakim względem?
Pod każdym. Na sześciu hektarach powierzchni pozyskanej w 2005 r. od Lasów Państwowych utworzyliśmy stanowiska, które oddają wszystkie rodzaje zagrożeń, z jakimi nasz absolwent może się spotkać w służbie. Można powiedzieć, że poligon jest kompleksowy. A do tego ma znakomitą lokalizację. Mieści się w pobliskim Luboniu, około 5 km od szkoły. Nie tracimy czasu na dojazd do niego i przedzieranie się przez miejskie korki. Poza tym usytuowany jest z dala od zabudowań mieszkalnych, a to ważny atut. No i ma fantastyczne perspektywy rozwoju. Formalizujemy pozyskanie kolejnych sześciu hektarów ziemi, więc będzie jeszcze rozleglejszy i zyska jeszcze więcej stanowisk ćwiczebnych. Proces kształcenia, który realizujemy w szkole, jest sprawny i skuteczny w dużej mierze właśnie dzięki temu poligonowi.

Sprawny i skuteczny, czyli…?
Myślę o efekcie końcowym, czyli wiedzy i umiejętnościach absolwenta naszej szkoły. Zależy nam nie tylko na zrealizowaniu określonych partii materiału, lecz przede wszystkim na tym, co od nas wynoszą. To ważne w kontekście służby, ale też ukończenia szkoły. Wspominałem już, że od 2007 r. obowiązują egzaminy potwierdzające kwalifikacje zawodowe, a nie obrona pracy dyplomowej, jak było wcześniej.

Czy egzaminy potwierdzające kwalifikacje zawodowe faktycznie odzwierciedlają to, czego chcielibyście kadetów nauczyć i przekazać im w trakcie tych dwóch lat nauki?
Sprawa jest złożona. Niestety mam co do tego pewne wątpliwości. Spotykam się niekiedy z głosami, że w zasadzie przygotowujemy kadetów pod testy egzaminacyjne. Że praktyka i logika strażacka zaczyna nam się trochę rozjeżdżać z programem, który faktycznie musimy zrealizować, by ten egzamin został zdany. Mówię przede wszystkim o egzaminie pierwszego rocznika – Z-22. Tu każdy kadet zdaje pojedynczo, a przecież praca strażaka polega na wykonywaniu różnorodnych czynności w rocie, to podstawa. Można zatem powiedzieć, że sama formuła egzaminu przekreśla niejako logikę naszych działań. Cóż – staramy się, chociaż łatwo jest w tych warunkach zagubić tę logikę strażackiego nauczania.

Do systemu egzaminów zewnętrznych w szkołach aspirantów ma pan chyba w ogóle dużo zastrzeżeń? Czytałam pańskie artykuły na łamach „Przeglądu Pożarniczego”…
System egzaminów zewnętrznych jest naturalną konsekwencją naszej obecności w systemie oświaty. O powrocie do obrony prac dyplomowych oczywiście nie ma mowy. To rozwiązanie, także mocno wadliwe w naszych realiach, również wynikało z uwarunkowań oświatowych. Myślę, że każdy system ma swoje dobre i złe strony. Wracając do moich publikacji, o których Pani wspomina, dziś nie mam wątpliwości, że opisywane tam rozwiązania utworzenia strażackiego ładu edukacyjnego poza systemem oświaty, są w dzisiejszych realiach niemożliwe do realizacji. Nie oznacza to jednak, że zmieniłem zdanie – przeciwnie, jeszcze bardziej się w nim utwierdziłem. Problem wychodzi daleko poza sferę samej certyfikacji. Wracając do sedna, po prostu nie jesteśmy na to w żaden sposób przygotowani. „Lepsze jest wrogiem dobrego” Myślę, że odpowiedzialni za to, co dzieje się w kształceniu pożarniczym, mają prawo trzymać się systemu, który uważają za słuszny. Od siebie dodam, że bardzo istotne jest, by być w tym konsekwentnym.

Jak często kadeci mogą korzystać z możliwości, które daje poligon? Czy aby nie jest tak, że w natłoku zajęć jedynie po nim przemkną? Proporcje między teorią a praktyką są odpowiednie, adekwatne do wymagań służby?
W programie nauczania przewidziano określoną liczbę zajęć teoretycznych, ale jest też określona liczba ćwiczeń praktycznych. Te proporcje muszą być zgodne z wymogami Ministerstwa Edukacji Narodowej, choć i my sami mieliśmy na nie wpływ. I chociaż nie możemy tutaj zbyt mocno balansować, to przecież jesteśmy autorami programów kształcenia dla tej szkoły. To nasza Rada Pedagogiczna je zatwierdziła. Każdy program jest skonstruowany optymalnie – narzucone przez ministra edukacji proporcje między teorią a praktyką są zachowane.

Konstruując stanowiska do ćwiczeń, korzystali państwo z jakiś wzorców? A może opiera się pan głównie na inicjatywach kadry dydaktycznej szkoły?
Nasza kadra ma ogromny wpływ na to, co dzieje się na poligonie. A że podróże kształcą, podglądaliśmy, jak takie poligony wyglądają na Zachodzie i w naszych rodzimych ośrodkach. Mówiąc, że jest to najlepszy w Polsce poligon pożarniczy, nie chciałem powiedzieć, że to, co istnieje gdzie indziej, jest złe. Przeciwnie – jest dobre. Szukaliśmy inspiracji w wielu miejscach. Pytaliśmy o walory użytkowe i eksploatacyjne różnych rozwiązań. Świetne obiekty zobaczyliśmy w Sieradzu. To Ośrodek Szkolenia KW PSP w Łodzi. Tam spotykaliśmy się z kolegami, by zapoznać się z ich rozwiązaniami. Staraliśmy się zobaczyć dużo w różnych placówkach. Jako że jesteśmy szkołą, zależało nam na tym, by mieć w jednym miejscu wszystkie elementy ćwiczebne.

Często słyszy się, że poziom wyszkolenia strażaków byłby dużo wyższy, gdyby kadrę dydaktyczną w szkołach pożarniczych stanowili nie teoretycy spoglądający na ochronę przeciwpożarową wyłącznie zza katedry, lecz praktycy z podziału bojowego. A jak to wygląda w Poznaniu?
Wyznaję zasadę, że w szkołach pożarniczych powinni pracować nauczyciele, którzy mają już doświadczenie w służbie. Nie ma mowy o przyjmowaniu świeżo upieczonych absolwentów. To nie będzie dobry instruktor. Zależy nam na ludziach znających praktyczne aspekty prowadzenia akcji, niuanse. To bardzo ważne, by osoba, która przychodzi do nas i będzie pracować z młodzieżą, mogła powiedzieć coś z poziomu własnych doświadczeń i obserwacji. To też jest kwestia autorytetu – łatwiej go wtedy sobie wypracować, zarówno wśród kadetów, jak i kadry.

Mówi pan o sytuacji idealnej, a w praktyce? Czy funkcjonariusze z długoletnim stażem i doświadczeniem chcą pracować w szkole?
Nie ukrywam, że z tym jest mały problem. I Poznań nie jest tu odosobniony. Co prawda ja akurat nie miałem trudności ze zgromadzeniem odpowiedniej kadry dydaktycznej, ale rzeczywiście różnica w uposażeniu funkcjonariuszy między komendą wojewódzką i szkołą powoduje, że ludzie często wybierają lepsze warunki płacowe. Szkoła mogłaby być zwieńczeniem kariery w pożarnictwie. Miejscem, do którego przychodzi się na zakończenie służby – by przekazać swoją wiedzę i umiejętności kolejnym pokoleniom. I to powinno znaleźć swoje odzwierciedlenie także w uposażeniu. Ważne, aby grupy uposażenia w szkołach były na tyle atrakcyjne, nawet atrakcyjniejsze niż w komendach, by ludzie sami z siebie chcieli tu pracować. Pozyskanie dla szkoły odpowiednich fachowców byłoby wówczas zdecydowanie łatwiejsze. Myślę, że służba mogłaby na tym znacząco zyskać – nie jutro, ale warto już dziś pomyśleć, co będzie pojutrze.

Wiedza, doświadczenie… A osobowość? Cechy, którymi powinien odznaczać się dobry wykładowca, instruktor?
Bacznie przyglądam się tym, którzy pracują w SA PSP w Poznaniu, także tym, którzy chcą do nas dołączyć. Mam w tej materii trochę szczęścia, może po części to zasługa… intuicji? Kadra SA PSP w Poznaniu to w większości doświadczeni ludzie, często z wieloletnim stażem, ale jednocześnie nie ma w ich pracy rutyny, lecz pasja. Ważne, by pracować z ludźmi oddanymi idei kształcenia i wychowania. Cenię u moich ludzi inicjatywę, zwłaszcza w sytuacjach, gdy wypracowujemy decyzje, które są dla szkoły istotne. Oczywiście nikt nie zdejmie ze mnie ciężaru odpowiedzialności za podpis pod dokumentem czy pod jakimś pomysłem, ale słucham moich podwładnych, dyskutujemy, wspólnie wypracowujemy decyzje. Wydaje mi się, że szacunek przełożonego do podwładnych polega na tym, że on uznaje zakres ich kompetencji. Skoro mają określoną odpowiedzialność za obszar, którym zarządzają, muszę się liczyć z ich zdaniem, bo oni w tym obszarze orientują się najlepiej. Owszem bywa, że komendant Stankiewicz mówi: „nie”. Staram się jednak zawsze argumentować, dlaczego taką, a nie inną podjąłem decyzję.

Strategiczne zmiany w poznańskiej aspirantce w najbliższej przyszłości? Czy szkoła czymś nas zaskoczy?
Zaskoczenia nie będzie, za to poważne innowacje tak. Skupię się na jednym, szczególnie ważnym obszarze. Jesteśmy zobowiązani przez nasze kierownictwo, by zwiększyć liczbę szkolonych strażaków. Obecnie możemy kształcić jednocześnie w systemie skoszarowanym 219 osób. Planujemy remont parteru internatu i piwnic. Chcemy przesunąć nasze magazyny z parteru do piwnic – i w tych pomieszczeniach urządzić pokoje dla dodatkowych 32 słuchaczy. To zmiana funkcjonalna wykorzystania pomieszczeń, więc wymaga określonej procedury, co ma związek z czasem. Prace na szczęście już ruszyły. Poza tym cały czas rozwijamy nasz poligon.

Jak rozumieć kwestię wychowania kadeta, o której pan wcześniej wspomniał? Współczesna szkoła przecież nie tyle wychowuje, co edukuje.
Zapewne znajdzie pani różnicę między dwoma terminami – praca i służba. Służba wymaga pewnego poświęcenia. Trafiają do nas prawie dorośli ludzie, już trochę ukształtowani. Ale czy aby na pewno są ukształtowani tak, jak byśmy sobie tego życzyli? Czy cechy, które mają, z którymi się urodzili lub które nabyli w domu, są adekwatne do tego zawodu? Owszem, oni mają już określony poziom wiedzy, określony poziom sprawności fizycznej, ale jeszcze zostaje to, co w środku – system wartości. Proszę mi wierzyć: ludzie, którzy tutaj przychodzą, prezentują bardzo różne postawy. A przecież do ratowania życia i mienia drugiego człowieka, do pomagania trzeba mieć określone predyspozycje i cechy. Każdy nasz słuchacz powinien być świadomy tego, że w trakcie działań ratowniczych już wycofać się nie można. Dlatego ten początek w szkole jest trochę szorstki, mamy obóz unitarny, staramy się wpoić im dyscyplinę, punktualność. A przede wszystkim świadomość, że od tego, jak będą wykonywali swoje obowiązki, może zależeć czyjeś życie. To powinno przekładać się na jakość ich działań. Nie widzę nic złego w tym wychowaniu, pod warunkiem, że odbywa się ono pod bacznym okiem kogoś, kto ma odrobinę empatii. Bo trafiają do nas osoby o różnym stopniu wrażliwości. I nie chciałbym, by te rygory i restrykcje spowodowały, że ktoś wartościowy się w tej naszej ratowniczej bajce nie odnajdzie.

To byłaby strata dla formacji?
Oczywiście, że tak. Na wrażliwych ludziach zależy nam najbardziej, bo tylko oni będą w stanie poświęcić siebie dla drugiego człowieka. Taka jest idea tej służby. Nie możemy tego zagubić.

Trudne decyzje na stanowisku komendanta szkoły? Pewnie ich nie brakowało.
Strategiczną decyzją na moim poziomie zarządzania jest za każdym razem powołanie odpowiedniego człowieka na określone stanowisko. I właściwie od razu można się zorientować, czy decyzja była dobra, czy nie. Decyzje personalne w istotny sposób determinują szanse na powodzenie nawet najbardziej ryzykownych planów. Tak było i w moim przypadku. Następstwa decyzji, które zmieniają pewien porządek i organizację instytucji, powinny być rozłożone w czasie, by ludzie mogli przyzwyczaić się do zmian. Niestety na początku swojej pracy na stanowisku komendanta byłem zmuszony podjąć decyzje, które musiały zacząć obowiązywać natychmiast. Musiałem całkowicie przeorganizować system szkolenia, tak by podporządkować go zmianie, która miała nastąpić za chwilę, w 2007 r. - gdy zaczęły w szkołach aspirantów PSP obowiązywać egzaminy zewnętrzne potwierdzające kwalifikacje zawodowe. Zmiany, które wprowadziłem – a mam na myśli chociażby plany wynikowe dla wykładowców szkoły, pozwalające weryfikować efekty ich pracy właściwie w każdej chwili – wiązały się z określonymi konsekwencjami społecznymi dla mnie. Czas pokazał, że podjąłem słuszne decyzje, także kadrowe, nie żałuję ich, choć dużo mnie to kosztowało. To doświadczenie utwierdziło mnie w tym, że zmiany muszą być wprowadzane w taki sposób, by podwładni mieli czas je zrozumieć, by wiedzieli, do czego wspólnie dążymy, by mieli szanse się z nimi identyfikować. Zawsze staram się przedstawiać kierunek, w którym podąża szkoła. Zależy mi na tym, by poznał go każdy, kto w niej pracuje. To też jest element integracji zespołu – wiemy, w którą stronę płyniemy i po co. Kierunek określony przez szefa czasami może być błędny, ale musi być zadany. Większym błędem, w moim przekonaniu, jest nieokreślenie go – bo wtedy dryfujemy.

rozmawiała Elżbieta Przyłuska
fot. archiwum SA PSP w Poznaniu

St. bryg. dr inż. Grzegorz Stankiewicz jest absolwentem Szkoły Głównej Służby Pożarniczej (1993). Obronił pracę doktorską na uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu na temat strategii reformowania szkolnictwa pożarniczego po II wojnie światowej. Od 2006 r. pełni funkcję komendanta Szkoły Aspirantów PSP w Poznaniu. Odznaczony m.in. Brązowym Krzyżem Zasługi, brązową odznaką „Zasłużony dla Ochrony Przeciwpożarowej” i złotym medalem „Za Zasługi dla Pożarnictwa”.


Data publikacji: lipiec 2015