Wszystko zaczyna się od nosa

Kategoria: W ogniu pytań

Psy ratownicze docenia się przede wszystkich podczas takich działań, jak niedawna misja w Nepalu. Często jednak zapominamy o tym, że nie są one narzędziem, które wystarczy włączyć do prądu, by działało. Potrzeba wiele trudu i mnóstwo czasu, by psi nos mógł dać pracę ratownikom – podkreśla Michał Szalc z gdańskiej grupy poszukiwawczo-ratowniczej.

Jak to się stało, że psy pojawiły się w PSP?
Pierwszą specjalistyczną grupą poszukiwawczą z psami była grupa PCK utworzona na Wybrzeżu. To właśnie z jej pomocy korzystali strażacy podczas akcji po wybuchu wieżowca w Gdańsku w 1995 r. Wtedy też pojawił się pomysł, by taką grupę zorganizować w Państwowej Straży Pożarnej. Praktycznie przeszczepiliśmy gotowe rozwiązania, tworząc dwie grupy poszukiwawcze z psami – w dwóch miejscach jednocześnie. Pierwszy był Nowy Sącz, miesiąc później powstała grupa specjalistyczna w KW PSP w Gdańsku. Jej fundamentem stali się wcieleni do PSP członkowie wspomnianej grupy PCK.. Przez około 5 lat działały tylko one. Specjalistyczne grupy poszukiwawczo-ratownicze w Polsce współtworzyli m.in. st. bryg. Jakub Zambrzycki, bryg. Piotr Kuliński i st. bryg. Maciej Halota.

Potrzeba specjalizacji pojawiła się wraz z wieloma nowymi zadaniami przekazywanymi PSP. Jednym z nich była konieczność prowadzenia akcji ratowniczych po katastrofach budowlanych, a najlepszym narzędziem do lokalizacji żywych osób zasypanych pod gruzami są właśnie psy ratownicze. Idea skupiła pasjonatów – to był wielki plus, bo działali, mimo że regulacje prawne nie nadążały za rzeczywistością.

Regulacje prawne kopiowały to, co już funkcjonowało?
Cała masa rzeczy została skopiowana z regulaminów i regulacji grup europejskich. Autorem pierwszych wytycznych komendanta głównego PSP, na podstawie których przeprowadzono pierwsze w Polsce egzaminy psów – w 1999 r. w Gdańsku, był st. bryg. Maciej Halota. Przełożył właściwie zasady egzaminowania psów THW, czyli niemieckiej służby technicznej. Zresztą, szukając swojej drogi, cały czas bazowaliśmy na przepisach innych krajów. Początkowo cała metodyka szkolenia psów ratowniczych opierała się na tym, co udało się nam podpatrzeć od kolegów z PCK i THW oraz rozwiązaniach proponowanych właśnie przez st. bryg. Halotę. Dopiero w 1999 r. do Gdańska przyjechał Sven Wergard – szef SBK, czyli Szwedzkiego Klubu Psów Użytkowych. Był to emerytowany pułkownik armii szwedzkiej, szef ośrodka szkolenia psów wykorzystywanych we wszystkich szwedzkich służbach. Na emeryturze z ramienia rządu zajął się organizacją zasad ratownictwa z psami dla wielu służb. W Szwecji opiera się ono na wolontariacie. Sven Wergard zaprosił do siebie zespół z Gdańska, później także przedstawicieli grupy z Nowego Sącza, wielokrotnie bywał u nas na ćwiczeniach i manewrach.

To dało nam możliwość porównania dwóch systemów – szwedzkiego i niemieckiego, z którego początkowo korzystaliśmy. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na ten pierwszy. Dodatkowo Szwedzi pozwolili nam skorzystać z gotowego kursu dla przewodników psów ratowniczych. Przygotowali go szwedzcy instruktorzy, którzy później przez 3 lata prowadzili siedmio-, dziesięciodniowe szkolenia dla przyszłych polskich instruktorów. W 2003 r. skończyło się nasze szkolenie – kurs prowadzony przez instruktorów SBK w Polsce.

Później odbyło się szkolenia SBK w Nowym Sączu, gdzie my byliśmy instruktorami pomocniczymi, a do udziału w nim zaproszeni zostali niemal wszyscy nasi sąsiedzi, m.in. Litwa, Łotwa, Estonia, Ukraina, Białoruś, Rosja, Czechy i Węgry.

Dzięki temu mogliśmy rozszerzyć nasze kontakty w tej dziedzinie ratownictwa z przedstawicielami sąsiednich państw z dawnych demoludów. Poza tym dostaliśmy wyraźny sygnał od kolegów ze Szwecji, że stajemy się dla nich partnerami. Zaufali zarówno naszym psom, jak i nam, jako instruktorom.

Wspominał pan o wyborze między systemem niemieckim i szwedzkim. Czym się różnią?
Przede wszystkim poziomem emocji występujących podczas pracy psa. W systemie szwedzkim nie jest on tak wysoki, dzięki temu psy o wiele efektywniej korzystają z nosa, działają skuteczniej i mogą pracować o wiele dłużej.

Kiedy pracowaliśmy z psami zgodnie z niemieckim systemem, ich wydajność była o wiele mniejsza. Mogły pracować 15-30 min i – mówiąc kolokwialnie – spalały się. Staraliśmy się budować im kondycję, przez co stawały się atletyczne. Ale budowaliśmy układ mięśniowy, a nie uczyliśmy logicznego myślenia i efektywnego korzystania z nosa. Zmieniając metodę, wyszkoliliśmy psy, które być może nie pracują tak widowiskowo, nie pokonują dynamicznie rozległych terenów, ale szukają dokładniej, potrafią wychwycić mikrozapachy. Zaczynają działać intensywniej, gdy pojawia się konkretny bodziec (zapach).

Głównym motywem zmian systemu szkolenia było to, co zafascynowało nas w Skandynawii – psy pracowały dużo wydajniej i o wiele dłużej, łatwiej się wyciszały, dzięki czemu można było o wiele szybciej wprowadzić je znowu do działań, bo odpoczywały krócej. Jednocześnie koledzy ze Szwecji dali nam możliwość przeszczepienia swojej metodologii i uzupełnienia jej o nasze rodzime przyzwyczajenia i mentalność.

Czy pana doświadczenia potwierdzają, że obowiązujący system szkolenia się sprawdza?
System szkolenia psów ratowniczych, który zbudowaliśmy, ma oczywiście swoje wady i zalety. Przede wszystkim trzeba jednak pamiętać, że jest to system otwarty, czyli nie skupia się jedynie na strażakach zawodowych. Mamy też możliwość korzystania z zasobów ochotniczych straży pożarnych, zarówno tych włączonych do KSRG, jak i spoza niego, oraz innych podmiotów, jak np. STORAT czy część grup PCK. Jeśli jednak chcą działać w akcjach ratowniczych na terenie kraju, poddawane są weryfikacji, czyli egzaminowi dla psów i ich przewodników organizowanemu przez PSP.

Jak wygląda proces szkolenia w PSP? Jego zasady są sformalizowne?
W tym roku udało nam się opracować i wdrożyć program szkolenia przewodników psów ratowniczych, podpisany w kwietniu przez komendanta głównego. Zostały w nim dokładnie opisane etapy szkolenia przewodników. Teraz kończymy pracę nad programem dla instruktorów. Te dokumenty doprecyzowują wiele zagadnień, o których dotychczas obowiązująca regulacja jedynie wspominała.

Strażak-ratownik, przewodnik psa często ma także inne funkcje. Czy to nie za dużo?
W PSP stanowisko przewodnika psa ratowniczego jest stanowiskiem nieetatowym. Jestem normalnym strażakiem, pies to jedynie dodatek i nie mam – jak jest na przykład w Policji czy Straży Granicznej – etatu przewodnika psa. To jest trudne, bo każdego dnia zaczynamy od naszych codziennych obowiązków, a dopiero później przychodzi czas na realizację specjalizacji. które tak naprawdę są bardzo wymagające i czasochłonne.

Jestem jeszcze ratownikiem wysokościowym – oswoiłem wysokość i dzięki temu wiem, jak np. się zachować podczas transportu śmigłowcem z psem, znam sprzęt, nie przeżywam tego nadmiernie, a tym samym nie przenoszę tych emocji na psa.

Jak więc wygląda standardowy dzień przewodnika psa?
To tak naprawdę standardowy dzień strażaka. Przychodzimy, przejmujemy służbę – nasze obowiązki są takie same, jak innych strażaków z jednostki, np. konserwacja sprzętu specjalistycznego, pojazdów pożarniczych itp. Oczywiście cały czas pozostajemy w gotowości. W naszej jednostce wypracowaliśmy jednak pewne udogodnienie – gdy przychodzi czas zaplanowanych ćwiczeń z psami, mamy możliwość odroczenia wyjazdu jednego samochodu. Bo jeżeli pracujemy na gruzach, to zanim dobiegniemy do samochodu i przebierzemy się, na pewno już nie uzyskamy czasu operacyjnego. W momencie gdy zaczynamy ćwiczenia z psami, MSK jest poinformowane, że ćwiczymy na konkretnym samochodzie i zostanie on wysłany do zdarzenia jako drugi. To co prawda niewielkie zabezpieczenie, ale daje pewien komfort. Nie raz zdarzało się, że ktoś z nas był schowany w kryjówce, a nagle pojawił się alarm, trzeba było łapać psa, pozorant musiał wyskoczyć spod kamieni. To dodatkowy, niepotrzebny stres i dla nas, i dla psów, a poza tym strata całego ćwiczenia. Bo przecież jeśli się ma coś zepsuć, to psuje się w najmniej odpowiednim momencie. Na przykład pies już jest u pozoranta, już zaczyna oszczekiwanie, a ten nagle wyskakuje i zaczyna uciekać. Pies w ogóle nie wie, co się dzieje i całe ćwiczenie przynosi więcej złego niż dobrego.

Jak wybiera się psy do służby?
W Państwowej Straży Pożarnej mamy dwa rodzaje psów. Niektóre jednostki kupują szczeniaki, bo wtedy jest gwarancja, że będą na to zarezerwowane środki finansowe. W Gdańsku spora część kolegów decyduje się jednak na inną drogę – kupują psy prywatnie. Jako deklarowani przewodnicy mają warunki, żeby szkolić czworonoga w jednostce, a po zdaniu egzaminu komendant podpisuje z nimi kontrakt. Od tego momentu przysługują im uprawnienia – jak choćby karma dla psa czy opieka weterynaryjna. Wtedy przewodnik i pies mają takie same prawa, jak przewodnicy psów państwowych. Komfort, który daje takie rozwiązanie, jest chyba jednak większy.

Z czego wynika ten komfort?
Z psem podchodzi się do egzaminu, gdy ma około 2 lat. Pierwszy rok życia to tak zwane prowadzenie – mamy młodego psa, którego uczymy pewnych zachowań. Jego przyszłość to jedna wielka niewiadoma. Biorąc szczeniaka, staramy się oczywiście przeprowadzić testy i wybrać tego, który najlepiej rokuje, ale efekt końcowy to połączenie pracy przewodnika, indywidualnych cech psa i zdarzeń czy zachowań, których będzie doświadczał. Jeśli zachoruje, to mamy przerwę w procesie szkoleniowym. Jeśli przewodnik będzie musiał wycofać się z pracy w grupie – na przykład ze względu na sytuację rodzinną, to o wiele łatwiej będzie w przypadku psa kontraktowego. Jest przecież jego własnością, po prostu zostanie w jego domu. Z psem służbowym jest trudniej. Brak efektów szkolenia sprawia, że przewodnik może zostać z nich rozliczany, a często nie zależy to przecież od niego. Dlatego w Gdańsku chętniej korzysta się z rozwiązania kontraktowego. Pies należy do przewodnika, jeśli im się nie uda, nikt do nikogo nie ma pretensji.

Spotkałam się z poglądem, że jeśli pies popełnia błędy na egzaminie, to często winę za to ponosi przewodnik. Czy egzamin ma bardziej weryfikować psa, czy przewodnika?
Konstrukcja egzaminu oczywiście nie jest doskonała. Jeśli chcemy robić coś dobrze, to się rozwijamy, a wtedy zawsze dostrzegamy pewne mankamenty. Sprawdzamy pracę psa szukającego pozoranta schowanego głęboko, pozoranta schowanego w miejscu niedostępnym, chcemy zweryfikować działania psa w ciemności w dystansie – bo nie w każde miejsce będę się mógł przecież dostać, na przykład do jakiejś piwnicy pies będzie musiał wejść sam. Psy są też po to, by sprawdzały za człowieka strefę najbardziej niebezpieczną. Dopiero gdy usłyszymy szczekanie, czy też pies doniesie nam rolkę (w zależności od systemu oznaczania, jaki przyjęliśmy), będzie to sygnał dla ratowników, że tam może być osoba poszkodowana i tę konkretną część budynku należy np. ustabilizować, by prowadzić działania możliwie najbezpieczniej.

Jeśli chodzi o poziom egzaminu, to trzeba przyznać, że nie jest on nadmiernie wygórowany. Jego zadaniem jest odrzucenie psów , które po prostu się nie nadają. Przygotowany czworonóg przechodzi go bez problemu. ,

Co więcej, egzamin zostawia pewien margines na błędy – mogą go zdać psy z niewielkimi brakami. Później wszystko leży w rękach przewodników, którzy muszą mieć świadomość, że zdanie egzaminu to dopiero początek pracy. Wtedy zaczyna się etap pełnej odpowiedzialności. W każdej chwili mogą zostać wezwani do działań i będą musieli podjąć decyzję, czy pod gruzami jest jeszcze żywy człowiek.

Jak wygląda zakup psa – kandydata na ratownika?
Mamy instruktorów, którzy według określonego schematu wybierają psa. Badamy linię, bo w grę wchodzą tylko psy rodowodowe. W przypadku psów kontraktowych można spróbować z psem nierasowym.

A co z rozporządzeniem w sprawie zwierząt wykorzystywanych w akcjach ratowniczych? Wymienione są w nim przecież rasy psów, które mogą być wykorzystywane przez PSP.
Rozporządzenie mówi o psach, które kupuje PSP. W przypadku psów kontraktowych elastyczność jest o wiele większa, możemy się zgodzić na odstępstwa. Jeżeli jednak mamy kupić psa niedoświadczonemu przewodnikowi, skupiamy się na rasach, które są w jakimś stopniu gwarantem wychowania psa ratowniczego, czyli tych z rozporządzenia. Jeżeli chodzi o psy kontraktowe czy psy naszych kolegów i koleżanek z OSP albo innych grup, to decydują przede wszystkim predyspozycje konkretnego psa.

Skąd wybór ras w rozporządzeniu? Też został zapożyczony z regulacji zagranicznych?
To jest nieco zmodyfikowany zbiór ras z dawnych wytycznych THW. Generalnie dobieramy psa sprawnego, średniej wielkości, niedużego. Górną granicą wielkości jest owczarek niemiecki bądź sznaucer olbrzym. To co prawda duże psy, ale bardzo sprawne.

W PSP nie ma zakupów centralnych, jak np. w Policji, które regulują także liczbę psów w formacji.
Nie, u nas to kwestia indywidualna i dopasowana do przewodnika. Liczba przewodników psów w PSP jest ograniczona. Nie osiągnęliśmy jej jednak jeszcze. Przeliczmy jednostki, w których są grupy specjalistyczne z psami: Nowy Sącz, Gdańsk, Warszawa, Poznań i Łódź oraz Jastrzębie, jako grupa mieszana. Pięć grup, typowe jednostki ratowniczo-gaśnicze ze sprzętem specjalistycznym, z których budowany jest USAR Poland. W każdej z nich pracuje około trzynastu osób na zmianie. Docelowo – aby można było zachować płynność służby, potrzebne są trzy psy na zmianie – to daje dziewięć psów z certyfikatem. Są też młode psy, które dopiero się uczą, dołóżmy więc po jednym na zmianę – co daje 12 psów. Ta liczba zapewni płynność funkcjonowania grup. Mamy 12 psów, w pięciu jednostkach – czyli 60 psów, dokładając Jastrzębie –70 psów. Możemy też liczyć na wsparcie ochotników, np. JRS we Wrocławiu, która jest zapleczem dla GPR Wałbrzych. Druhowie ochotnicy doskonalą swoje umiejętności ratownicze do poziomu do strażaków zawodowych, zdarza się, że jako przewodnicy są lepsi. W Gdańsku od samego początku zapleczem, czy też partnerem, jeśli chodzi o część poszukiwawczą, była grupa ochotników z psami ratowniczymi, którzy wchodzą w skład GPR Gdańsk.

Zawsze można skorzystać z potencjału ochotniczych straży pożarnych?
Na terenie Polski współpraca służby zawodowej z ochotnikami funkcjonuje bez zarzutu. Gdy mamy do czynienia z misją zagraniczną, wylatują jedynie strażacy zawodowi.

Miałem okazję dwukrotnie uczestniczyć w dwóch międzynarodowych jeszcze jako ochotnik, ale wówczas nie było żadnej regulacji prawnej. Przechodziłem jak strażacy zawodowi badania po powrocie, ale przed wylotem nie miałem niczego zagwarantowanego. Jeśli chodzi o udział ochotników w działaniach międzynarodowych myślę, że chodzi po prostu o pieniądze – przygotowanie do wylotu na misję jest bardzo drogie. Nie wiem, czy jednostki ochotnicze stać na to, by przez kilka lat utrzymywać w gotowości ratownika, który być może zostanie zaangażowany w działania raz – albo wcale. Za granicą, u naszych nauczycieli ze Szwecji, koszty gotowości ratownika wolontariusza ponosi rząd. Możemy jedynie dążyć do tego rozwiązania.

Usłyszałam ostatnio, że psy w PSP są gloryfikowane – co pan o tym myśli?
Nie wiem, co miał na myśli autor tego stwierdzenia. Jeżeli patrzymy na nie z takiej perspektywy, z jakiej ja patrzę, to pewnie trochę tak. Muszę psu zapewnić odpoczynek, poświęcić mu czas... Przyjrzyjmy się akcji w Nepalu. Koledzy, którzy zajmowali się częścią techniczną, w momencie, w którym przyjeżdżaliśmy na obozowisko, przechodzili proces dekontaminacji. Ubrania, w których pracowali, nie były zabierane do namiotów, w obozowisku są wyznaczone strefy brudne i strefy czyste.

A ja mam taką strefę brudną cały czas przy sobie. Jeśli chcę zregenerować psa, żeby następnego dnia był wydajny i mógł dać pracę ratownikom, to muszę tę strefę brudną wprowadzić do namiotu, pozwolić się położyć, czy nawet okryć, żeby pies mógł wypocząć, zrelaksować się. Trudno mu to będzie zrobić w kennelu.

Kiedy wracamy do obozowiska, moi koledzy zdejmują sprzęt z ciężarówki, czyszczą go i są wolni, idą pod prysznic. A ja muszę wyprowadzić psa na spacer, zobaczyć, czy nie ma pokaleczonych łap, ran, opatrzyć je, jeśli jest taka potrzeba, wytrzeć, posprzątać, dać mu pić, jeść i dopiero wtedy mogę zadbać o siebie. To nie jest urządzenie, które wystarczy podłączyć do prądu.

Wspominał pan o opatrywaniu ran. Czy ratownicy są przygotowani do udzielania psom pierwszej pomocy przedweterynaryjnej?
Już na pierwszych kursach przewodników psów w Nowym Sączu mieliśmy przeszkolenie z udzielania pierwszej pomocy psom – Szwedzi podzielili się z nami swoją wiedzą także w tym zakresie. Później, kiedy powstał program szkolenia weterynaryjnego, był opracowywany właśnie na podstawie tych materiałów. Dodatkowo mieliśmy takie szkolenia w Gdańsku, jeździliśmy do lecznicy weterynaryjnej i uczestniczyliśmy w zabiegach. Nie mamy stopnia technika weterynarii, ale już w 2000 r. przechodziliśmy szkolenia z zakresu pierwszej pomocy przedweterynaryjnej. Jednak dopiero przed recertyfikacją opracowano program szkolenia, który pozwolił zwieńczyć naszą wiedzę formalnym dokumentem. Co nie zmienia faktu, że czasami na misji zagranicznej przydałby się nam technik weterynarii.

Czytałam o psach biorących udział w misjach zagranicznych w amerykańskiej armii, które cierpią na psią odmianę zespołu stresu pourazowego – wymagają terapii i nie wracają na służbę. Czy spotkał się pan z takim problemem w straży? Czy w ogóle jesteśmy gotowi na niesienie psom tego rodzaju pomocy?
Ten problem ujawnił się po misji w Afganistanie. Przyznaję, że analizowałem te zagadnienia, bo chciałem się przekonać, czy naszych psów nie dotknął PSD po misji w Nepalu. Na szczęście to były błędne przypuszczenia.

Psy po powrocie z Afganistanu najczęściej cierpią z powodu PSD w wyniku nagłych detonacji, podwyższonej aktywności i dlatego, że przez długi czas nie mogą się zregenerować. Spójrzmy na psy mieszkające w naszych domach – praktycznie cały czas śpią, regenerują się. A podczas misji zagranicznej stresorów jest coraz więcej – zmiana miejsca jest stresująca, grupa się przemieszcza co jest kolejnym elementem stresogennym. Niezwykle pożądaną cechą psa ratowniczego jest umiejętność wyciszenia się i relaksowania. Nie sprawdzimy tego na egzaminie, który trwa kilka godzin. Na miejscu działań przewodnik musi poświęcić wiele czasu, by pozwolić odpocząć swojemu podopiecznemu.

Jaki jest system pracy psów?
Zawsze pracuje więcej psów – minimum dwa. Drugi potwierdza miejsce, którym zainteresował się pierwszy. Czas pracy uzależniony jest od konkretnego psa – najlepiej zna go przewodnik i to on zdecyduje, czy czworonóg potrzebuje przerwy.

Świeże są jeszcze wspomnienia z akcji w Nepalu. Czy zechciałby pan przedstawić swoje wnioski z tej misji?
Świetnie przygotowany był transport do Nepalu. Psy mogły być z nami na pokładzie, dzięki temu mogły odpoczywać. Podczas powrotu jednak musiały już być w kennelach przymocowanych do pokładu samolotu, na szczęście w trakcie międzylądowań mieliśmy zawsze czas na spacer z nimi. Wniosek, który się nasuwa, dotyczy długości podróży – trzeba przewidzieć awaryjną sytuację, żeby pies mógł się załatwić i nie pobrudzić. Drugi wniosek dotyczy kenneli. Zdarzało się, że nie mogliśmy ich zabrać do obozowiska ze strefy działań. To sprawiało, że przewodnicy po powrocie do obozu byli już w ogóle przywiązani do swoich psów. Warto byłoby pomyśleć o zabieraniu na miejsce działań składanych klatek, które zawsze można wrzucić do ciężarówki. Jeśli mamy klatkę, w której możemy zostawić psa, to po skończeniu pracy możemy wejść do działań jako zwyczajni ratownicy.

W Nepalu największym problemem, jeśli chodzi o wydajność pracy psów, była temperatura i pory dnia pracy. Psy pracują w trakcie największego nasłonecznienia i największego nagrzania powierzchni betonowych. Nagrzany zapach unosi się jak dym z komina – bezpośrednio do góry (w chłodniejsze dni zapach się ścieli i jest o wiele wygodniej pracować). Psy pracują w ekstremalnych warunkach – temperatura gruzowiska wynosi 50-70C i takie powietrze wdycha pies, co może doprowadzić do udarów cieplnych. Weźmy pod uwagę, że białko się ścina w 40C – trzeba więc dbać o to, żeby pies był dobrze nawodniony i chłodzić go. Wszyscy na szczęście wróciliśmy. Psy były bardzo zmęczone, bo po prostu bardzo ciężko pracowały.

Utrudnieniem była też miejscowa flora i fauna, w tym psy, często bezpańskie. Nasze co prawda mają nie reagować na inne zwierzęta podczas pracy, ale te miejscowe broniły swego terenu przed obcymi. Zdecydowanie, mimo różnic językowych i kulturowych, nasze i nepalskie psy się dogadywały.

Czy pojawiły się jakieś pozytywne zmiany w pracy na misji w Nepalu, w porównaniu z wcześniejszymi wyjazdami?
Z Nepalu wróciłem naprawdę zbudowany. Cała nasza grupa wspierała psiarzy! Psy to promil działań ratowniczych w straży – są ważne, gdy trzeba ich użyć. Nikt nie pamięta o tej codziennej pracy – a już na pewno nie zdaje sobie z tego sprawy ktoś, kto nie ma psa. Tym razem mieliśmy mieszany zespół, który współpracował i pomagał przewodnikom. Na przykład kiedy przechodziliśmy z miejsca na miejsce i przenosiliśmy kennele, koledzy pomagali nam je nieść. Byli pomocni w takich właśnie momentach – niby prostych, ale dla przewodników to niezwykle cenne, bo z jednej strony mamy psa, z drugiej swój bagaż i bagaż dla psa (np. podwójna ilość wody) i nagle ktoś to dostrzega – przychodzi i mówi: pomogę. Przewodnicy zawsze sobie nawzajem pomagali, ale pomoc ze strony pozostałych członków grupy to było coś naprawdę fajnego. Członkowie grupy zaczynają te psy szanować i to jest wielki plus. Czasami na misjach zdarzało się, że przychodziłem do samochodu, a miejsca były zajęte. W Nepalu były zostawione miejsca dla przewodników – te drobne różnice pokazują początek dużym zmian, szczególnie że bez pracy psa nie ma działań grupy. Geofon nie zadziała, gdy osoba poszkodowana jest nieprzytomna i nie zareaguje. Podobnie w przypadku kamery termowizyjnej. Psy działają szybciej i jeśli dobrze wykonają swoją robotę, to reszta zespołu dostaje pracę. Warto o nie dbać, czasem nawet gloryfikować.

rozmawiała Monika Krajewska

st. sekc. Michał Szalc pełni służbę w KM PSP w Gdańsku, jest członkiem gdańskiej grupy poszukiwawczo-ratowniczej. Brał udział w wielu misjach zagranicznych, m.in. po trzęsieniu ziemi w Nepalu.

 

 

Data publikacji: lipies 2015