Walka z czasem

Kategoria: W ogniu pytań

Liczy się każda godzina, trzeba dotrzeć do poszkodowanych możliwie najszybciej po zdarzeniu, żeby mieli szansę przeżyć. A jednocześnie sprostać ustawie o zamówieniach publicznych, zorganizować transport, spakować sprzęt i zebrać ludzi. Jak to zrobić, by zdążyć z pomocą? Odpowiada Mariusz Feltynowski.

W jaki sposób PSP uzyskuje informacje o trzęsieniu ziemi? Można przewidywać, że pomoc będzie potrzebna jeszcze zanim pojawi się oficjalna prośba rządu poszkodowanego państwa?

Dyżurny operacyjny kraju pełniący całodobową służbę w Stanowisku Kierowania Komendanta Głównego, które jest częścią struktury KCKRiOL jest zobligowany do śledzenia wskazanych platform internetowych. Mamy dostęp do globalnego systemu alarmowania i ostrzegania, w którym pojawiają się komunikaty, jeśli stanie się coś złego. Istnieje możliwość filtrowania powiadomień według wskazanych kryteriów, opisujących jakie zdarzenia nas interesują: trzęsienia ziemi, powodzie, pożary lasów, tsunami, wybuchy wulkanów itp. Jeżeli któreś z nich będzie miało miejsce, to dostaniemy powiadomienie. Takich zdarzeń jest mnóstwo każdego dnia na całym świecie. Każde zostaje odpowiednio oznaczone kolorem. Biały oznacza, że nie dzieje się nic poważnego, podobnie zielony. Uwagę dyżurnego przykuwa kolor pomarańczowy i czerwony, zarezerwowany dla zdarzeń o dużej skali. Wtedy faktycznie może do nas dotrzeć prośba o pomoc.
Ta  nigdy nie pojawia się od razu. Trzęsienie ziemi w Nepalu miało miejsce w sobotę, 25 kwietnia. Tego samego dnia rano (naszego czasu) dostaliśmy powiadomienie o zdarzeniu i zaczęliśmy monitorować spływające informacje na platformie informacyjnej –  wirtualny OSOCC (On-Site Operatnions Coordination Centre).
Platforma ta pozwala na uzyskiwanie bieżących informacji o tym, ile i jakich grup zostaje wysłanych, co dokładnie się stało, pojawiają się też wiadomości zebrane lokalnie dotyczące dostępności lotnisk, instytucji odpowiedzialnej za zarządzanie zdarzeniem, priorytetów lub nawet konstrukcji budynków. To z kolei pozwala nam zoptymalizować konfigurację grupy i zabrać najodpowiedniejszy sprzęt.

Już wtedy zaczynają się przygotowania?

Zaczynamy się przygotowywać do wyjazdu, jeszcze zanim nadejdzie oficjalna prośba o pomoc. Niezależnie od tego, czy na świecie dochodzi do jakiejś katastrofy, czy nie – pozostajemy w ciągłej gotowości. Mamy miesięczny grafik tzw. najbardziej prawdopodobnego dysponowania modułów międzynarodowych, nie tylko specjalizacji GPR. Z pięciu tzw. średnich GPR w kraju dwie są zawsze gotowe do wyjazdu zagranicznego, a trzy zostają do zabezpieczenia kraju. Grupa ciężka zbudowana jest na bazie dwóch grup średnich. Dowódcy tych dwóch grup oraz ich stanowiska kierowania dostają sygnał, że może spłynąć prośba o pomoc, aktualizują dostępność osób swojego zespołu i dokumenty. Zresztą tydzień przed rozpoczęciem miesięcznego dyżuru zgłaszają listę dostępnych osób i ich funkcje w grupie. Osoby te w tym czasie powinny pozostawać w dyspozycji do akcji międzynarodowej. Zawsze może się okazać, że któryś z ratowników jest np. chory, ma ważne sprawy, uniemożliwiające wyjazd na  2 tygodnie. Stąd potrzeba weryfikacji, by w razie czego uzupełnić skład ratownikami z pozostałych grup. Trzeba także zadbać o to, by w grupie wyruszającej na misję obsadzone były wszystkie funkcje i to zdublowane, bo pracujemy non-stop na zmiany, więc muszą się znaleźć także ludzie z niszowych specjalizacji, chociażby lekarze, eksperci ds. konstrukcji budowli, których obecnie w PSP nie ma wielu.

Na czym polegają wstępne przygotowania?

Generalnie na weryfikacji dostępności osób zgłoszonych do dyżuru i z tym większych problemów nie ma. W KCKRiOL sytuację dotyczącą rozwoju katastrofy poza krajem na bieżąco monitoruje dyżurny, ale dostęp do wirtualnego OSOCC mają także zastępcy dyrektorów KCKRiOL, przeszkoleni naczelnicy, przedstawiciele poszczególnych grup poszukiwawczo-ratowniczych, innych modułów i wyznaczone osoby z wydziału odpowiedzialnego za udział w operacyjnych działaniach międzynarodowych PSP – akcjach i ćwiczeniach. Zgodnie z procedurą przedstawiciel tego wydziału zobowiązany jest do stawienia się w Komendzie Głównej PSP, kiedy już spłynie oficjalna prośba o pomoc, by dla ministra spraw wewnętrznych przygotować rekomendacje o wyjeździe, rozkaz dla komendanta głównego i konfigurować grupy. Analogicznie służba dyżurna jest wzmacniana funkcjonariuszem CKR I. Szablony dokumentów są gotowe, natomiast właściwe dokumenty są jednak przygotowywane dopiero po oficjalnej prośbie o pomoc.
Jednocześnie wykonywane są także inne czynności, m.in. analizuje się możliwość zdobycia środków transportu lotniczego, a po otrzymaniu prośby o pomoc uruchamiamy procedurę refinansowania części poniesionych kosztów z UE. Jeszcze przed wylotem wiemy, ze Komisja Europejska zwróci nam 55% kosztów transportu.

Co ze sprzętem? Czy on jest już gotowy, wystarczy go tylko zapakować, czy także wymaga odpowiedniego przygotowania przed wylotem?

Znaczna część sprzętu jest spakowana w skrzyniach do transportu lotniczego. Do zabrania pozostaje głównie ten nieszablonowy oraz telefony satelitarne itp., co nie jest standardowo używane w kraju. Chcielibyśmy docelowo, by sprzęt dla całej ciężkiej grupy przechowywany był w dwóch specjalistycznych kontenerach do działań krajowych i tych poza Polską. Na razie mamy jeden – w Krakowie, przetarg na drugi w Warszawie został uruchomiony. Część sprzętu – ale znacznie mniej niż kilka lat temu – to ten wykorzystywany na co dzień w JRG. Trzeba go więc zabrać z samochodów.

Jeśli grupa zabiera unikatowe wyposażenie, to czy nie osłabia to gotowości w kraju?

Mamy pięć modułów, trzy zawsze zostają w kraju, więc jeśli nawet zabierzemy część sprzętu, to i tak pozostałe grupy są  odpowiednio wyposażone. Poza tym mamy również w kraju wiele, dobrze wyposażonych grup ratownictwa technicznego.

Jak wygląda procedura wyboru przewoźnika? Po trzęsieniu ziemi w Haiti stanowiło to wielki problem.

I tak, i nie. My naprawdę robimy znaczne postępy, usprawniamy wszystko, co jest  niezbędne do szybkiego i sprawnego wylotu. Powiedziałbym, że są dwie najtrudniejsze rzeczy, zanim grupa wyleci na miejsce zdarzenia. Pierwszą jest zawsze decyzja polityczna, a drugą – środek transportu. Decyzja polityczna MSW o wylocie do Nepalu została podjęta niezwykle szybko, w około pół godziny po dotarciu prośby o pomoc. Bardzo szybko zajęliśmy się kwestią transportu grupy. Rozpoznaliśmy możliwości pozyskania transportu wojskowego – taki był możliwy dopiero we wtorek. Rozpoznaliśmy też kilku przewoźników komercyjnych i wybraliśmy najtańszą opcję, zgłaszając się następnie do UE o refinansowanie 55% kosztów. Zgodnie z informacją Komisji byliśmy najszybszym krajem w UE w tym zakresie, pozostałe pracowały na naszych wypełnionych formularzach.

Jak wygląda procedura wyboru przewoźnika komercyjnego? W tym przypadku także obowiązuje ustawa o zamówieniach publicznych.

Tak, choć procedura jest zdecydowanie uproszczona. Wysyłamy zapytanie, spływają odpowiedzi, powoływana jest komisja w Komendzie Głównej PSP – dokładnie tak, jak w trybie przetargu, ale nie obowiązują tak odległe terminy. Liczy się przecież każda godzina.

Czy nie można tego uprościć? Na przykład powołać jednego przewoźnika, który będzie zawsze w gotowości? Takie rozwiązanie postulowano po zdarzeniu w Haiti.

Trzeba byłoby go wybrać wcześniej w trybie przewidzianym przez prawo. Tylko trudno znaleźć podmiot, który byłby chętny do podpisania takiej umowy. Zgodnie z nią musiałby w ciągu kilku godzin po zdarzeniu zagwarantować środek transportu. A z takimi akcjami mamy do czynienia raz na kilka lat i nigdy nie wiadomo, kiedy zajdzie taka potrzeba. W tym czasie on musiałby pozostawać w gotowości, za którą my, jako PSP, nie chcielibyśmy płacić. Umowa związana byłaby z wieloma obostrzeniami. Chcieliśmy podpisać taką ramową umowę z LOT Cargo, ewentualnie z brokerem, ale z punktu widzenia danej firmy to wcale nie było opłacalne. Może gdybyśmy latali raz w miesiącu, to dostrzegliby sens takiego rozwiązania. Co innego kwestia wizerunku firmy przewożącej polskich ratowników, ale to nie ma bezpośredniego wymiaru ekonomicznego.
Są państwa, które mają w swoich strukturach ministerstwo do spraw sytuacji nadzwyczajnych i powołaną specjalnie bądź wydzieloną flotę do takich działań. Oczywiście te samoloty są na co dzień wykorzystywane, ale w razie potrzeby dwa zajmują się transportowaniem grupy. Takie rozwiązanie funkcjonuje np. w Federacji Rosyjskiej. Poza tymi wyjątkami każde państwo korzysta z takich samych rozwiązań, jak my. Nie widzę w tym żadnego problemu, jeżeli się to ćwiczy i praktykuje.

Mamy decyzję o udzieleniu pomocy, wybranego przewoźnika i co dalej?

Wszystko zaczyna się dziać równolegle.  Wiadomo już wtedy, że jakiś przewoźnik na pewno będzie wybrany. Organizujemy punkt koncentracji sił i środków. W przypadku wylotu do Nepalu była to JRG nr 15 w Warszawie, przy której działa grupa poszukiwawczo-ratownicza. Dyżury są konfigurowane w ten sposób, by wybierać Warszawę albo Kraków, bo to najlepsze miejsca dojazdu dla pozostałych ratowników i mają szkoły PSP, gdzie odwód może pomóc chociażby w załadunku. Na sprawny wyjazd ratowników z pionu operacyjnego pracuje wiele innych pionów i za tę ich niewidoczną pracę chciałbym im podziękować.

W przypadku wyjazdu do Nepalu bardzo szybko udało się zebrać całą grupę, wybrać przewoźnika itp. Przedłużało się jednak oczekiwanie na lotnisku. Ratownicy czekali od rana do 23.00. Skąd takie opóźnienie?

Myślę, że trzeba się nauczyć cierpliwości i edukować społeczeństwo i media. To nie są loty komercyjne, zaplanowane, wpisane w grafik. Żeby samolot mógł wystartować, musi mieć zgodę nie tylko na lądowanie w miejscu docelowym, lecz także na przelot przez terytorium każdego z państw. My byliśmy gotowi do wylotu już rano, ale uzyskiwanie zgód trwało kilkanaście godzin. Wydaje się że długo, ale i tak byliśmy znacznie przed wymaganym czasem 48 godzin. Trzeba spojrzeć na to z innej perspektywy. Całą procedurę udało się przeprowadzić na tyle sprawnie, że wylądowaliśmy jako druga grupa z Europy. Grupy z państw, które miały o wiele bliżej, a nawet dysponowały własnymi środkami transportu – np. Rosjanie czy Amerykanie, nie uzyskały zgody na lądowanie w Nepalu, tylko w New Delhi i tam utknęły na kilka godzin. Duże podziękowanie dla kapitana samolotu, prezesa PLL Lot i całej firmy za zaangażowanie i faktyczne starania byśmy dotarli nie tylko szybko, lecz także bezpiecznie.

W przypadku wylotu do Nepalu nie było problemu z nadbagażami? Wylot na Haiti był możliwy dopiero po redukcji ciężaru, co zmusiło do pozostawienia w kraju także ratowników. Tym razem obyło się bez takich kłopotów?

Tym razem było wzorcowo – wręcz idealnie – życzyłbym sobie i moim następcom byśmy tak latali. Wzięliśmy tyle sprzętu, ile powinniśmy wziąć, bez żadnych ograniczeń wagowych. Nie mieliśmy też żadnych problemów logistycznych na miejscu, nawet jeśli chodzi o wodę pitną. Podczas wylotu do Haiti zrezygnowaliśmy z jej zapasów, co sprawiło, że mieliśmy później nieco trudności. Tym razem zabraliśmy odpowiedni zapas, można też było kupić wodę na miejscu czy wykorzystać naszą stację do uzdatniania wody. Ta ostatecznie została w Nepalu jako darowizna.

Czy wcześniejsza akcja na Haiti zmusiła do wprowadzenia modyfikacji w działaniu samej grupy, poprawiających jej sprawność?

Tak. Staramy się uczyć na błędach innych i także swoich. Korzystając z doświadczenia z Haiti, zabieramy na pokład drabinę, żeby móc się wydostać z samolotu, jeśli nie ma rampy ze schodami. Staramy się też wynająć samochody ciężarowe na miejscu, ale jeszcze w Polsce przed wylotem, a nie jak już dotrzemy do miejsca akcji, bo można stracić cenne godziny. Oczywiście działamy równolegle – nasze potrzeby logistyczne zgłaszamy formalnie przed wylotem władzom lokalnym, ONZ, bądź pierwszej grupie przyjeżdżającej, która tworzy punkt przyjęcia sił i środków. Staramy się także wykorzystać kontakty dyplomatyczne. Jeżeli jest konsul, to prosimy, by nam załatwił ciężarówki, a my za nie po prostu zapłacimy, lub Polacy znajdujący się już na miejscu wynajmują sprzęt w naszym imieniu. Cel jest jeden – jak najszybciej wejść w działania. Dzięki temu działamy szybciej i sprawniej, a dodatkowo możemy wynająć więcej samochodów – tak by nie tylko móc pracować w dwóch miejscach jednocześnie, lecz także by realizować dodatkowe zadania, pojechać na rozpoznanie w inne sektory, ocenić konstrukcje budynku, wesprzeć ewakuację polskich obywateli itp.
Gdy już wylądowaliśmy w Nepalu, podzieliliśmy się z konsulem zadaniami – ustaliliśmy, że on będzie odpowiadał za przygotowanie naszych rodaków i obywateli UE do ewakuacji, a my zajmiemy się swoją pracą i będziemy sobie przekazywać informacje. Byliśmy w stałym kontakcie z konsulem, spotykaliśmy się na lotnisku i wymienialiśmy informacje o kolejnych krokach. Pojawił się pomysł, by członków naszej grupy, chociażby z telefonem satelitarnym, agregatem prądotwórczym wyznaczyć do wsparcia działań ewakuacji Polaków na lotnisku, jeżeli MSZ o to poprosi. Jest to świeży pomysł, ale nawet dwie takie osoby po kursach UE lub ONZ mogłyby sporo pomóc.

Po przylocie ratownicy są już gotowi do działania? Mogą od razu przystąpić do swoich zadań?

Tak. Sprzęt do rozpoznania pakowany jest do samolotu na końcu. Jeżeli na płycie lotniska dostaniemy koordynaty i mamy środek transportu, to możemy od razu wysłać zespół do rozpoznania w określone miejsce.
W Nepalu było dobrze, ale nie idealnie. Z płyty lotniska pojechaliśmy na miejsce, gdzie mieliśmy rozbić obozowisko. Po godzinie poinformowano nas, że za kolejne półtorej pojawi się przewodnik i ciężarówki, które zawiozą nas tam, gdzie mamy działać. Nic nie dzieje się jednak samo, zawsze w takich sytuacjach trzeba wywierać presję na lokalne władze bądź ich przedstawicieli. Można do tego przywyknąć, ale zawsze jesteśmy w pewien sposób zdziwieni – szczególnie zaskakuje to ludzi, którzy są na takiej akcji po raz pierwszy, bo na ćwiczeniach jest inaczej. Tu to my jako dowódcy musimy wręcz naciskać, by wyznaczono nam kolejne zadania zgodne z potencjałem grupy i pozwolono działać na pełnych obrotach.
Trzeba jednak postarać się to zrozumieć. Władze takiego państwa nie mają na głowie tylko jednej grupy, dodatkowo jeszcze muszą się zająć masą bieżących zadań. Dlatego grupa, która przyjeżdża z pomocą musi być w pełni samowystarczalna, by po otrzymaniu zadania, mogła zacząć natychmiast działać, a nie prosić o dodatkową pomoc od tych, którzy sami pomocy potrzebują – po to jest standaryzacja, certyfikacja międzynarodowa.

Wynajęcie cywilnych ciężarówek daje pełną samodzielność?

Również tutaj nie ma książkowego rozwiązania. Oczywiście daje to większą samodzielność, bo wtedy kierowca jest cywilny, więc nie podlega lokalnej strukturze wojskowej Nie możemy jednak mówić o 100% samodzielności. W Nepalu po kilku dniach zaczęło brakować paliwa. Korzystaliśmy z cywilnych ciężarówek i z tego sprzętu, który gwarantowało nam wojsko. Kiedy zaczynały się pojawiać problemy z paliwem, dostęp do niego miało tylko wojsko, zatem nasze cywilne ciężarówki siłą rzeczy stały się bezużyteczne. Dobrze było korzystać jednocześnie z zasobów cywilnych i wojskowych.

Kto w Nepalu wyznaczał zadania?

W zasadzie do samego końca było to władza polityczna lub wojsko. Sposób zarządzania określony przez władze wyglądał tak: „Żadna grupa nie jedzie nigdzie sama i nie ma prawa robić tego, co sama wymyśli. Pomagacie, nie robicie samowolki. Jeśli coś takiego się wydarzy, grupy poproszone będą o opuszczenie kraju.”
Jedziemy pomagać, trzeba o tym pamiętać, mamy wspierać lokalne struktury ratownicze. Działamy tak, jak chcemy by u nas działały inne grupy. W Nepalu za operację odpowiadało wojsko, które było zorganizowane centralnie – była komenda główna, która wszystko zatwierdzała. Pierwszej nocy zostaliśmy podporządkowani konkretnemu batalionowi, i to on wskazywał nam określone miejsca działania, które znajdowały się na obszarze, za który był odpowiedzialny. O efektach naszych działań raportowaliśmy zarówno lokalnemu wojsku, jak i do sztabu ONZ, którego w tych pierwszych dniach jeszcze fizycznie nie było. Dopiero następnego dnia wieczorem odbyło się spotkanie wszystkich dowódców grup, podczas którego określono, jak będzie wyglądała struktura organizacji i zarządzania zgodna z INSARAG.
Kiedy już ukształtował się OSOCC, została sporządzona struktura tak zwanych sektorów, klastrów, związanych z konkretną specjalizacją, np. określona organizacja odpowiada za namioty, Światowa Organizacja Zdrowia WHO za koordynację działań medycznych. My jako GPR jesteśmy z założenia podporządkowani komórce, która nosi nazwę UCC, czyli komórce do spraw koordynacji działań poszukiwawczo-ratowniczych. Z taką organizacją działań zetknęliśmy się już wcześniej na Haiti, więc tu poszło całkiem sprawnie. Z tym nie mają problemy grupy certyfikowane. Nowością było powołanie analogicznej komórki FMT odpowiedzialnej za koordynację działań medycznych grup zagranicznych. Każdy zespół medyczny, niezależnie od wielkości grupy, był jej podporządkowany, jeżeli nie to oznaczało, że robi samowolkę, a zatem szkodził.
Codziennie informowaliśmy ustnie i pisemnie na platformie internetowej OSOCC o tym, co zostało przez nas zrobione i deklarowaliśmy, czy np. mamy wolne zasoby, żeby wziąć kolejne zadanie.

Zadania wyznaczało wojsko w koordynacji z ONZ. Nie pojawiały się żadne rozbieżności, że np. wojsko wskazywało jeden sektor działania, a OSOCC inny?

Zawsze kraj decyduje, a siły międzynarodowe pomagają. Tu realnie lokalni ratownicy i wojsko wskazywało ONZ, gdzie można działać. Zgodnie wytycznymi najpierw działaliśmy w samym Katmandu, później na jego obrzeżach i dopiero później mogliśmy wyruszyć dalej. Na takich misjach musimy być elastyczni, wykorzystywać każdą możliwą szansę na znalezienie żywej osoby. Z jednej strony działać na miejscach wskazanych przez wojsko lub ratowników (później przez lokalną policję), z drugiej realizować zadania, za które jesteśmy odpowiedzialni jako grupa certyfikowana i próbować każdej szansy.

Jak powinna wyglądać sytuacja idealna, po tym, jak jakieś państwo poprosi o pomoc?

Sytuację idealną opisują procedury, ale nie oszukujmy się – takiej po prostu nie będzie. Jedyne, co mogę powiedzieć to to, że obecny system jest o wiele lepszy niż jeszcze kilka lat temu. ONZ analizuje każdą poprzednią akcję i wyciąga wnioski, Unia buduje coraz szybsze i kompatybilne z ONZ zasoby. Jest wzajemne wsparcie. Państwo poprosiło o pomoc przez ONZ, a dodatkowo na samym początku już zostało określone (czego brakowało na Haiti), że to na grupach certyfikowanych spoczywa większa odpowiedzialność. To był nasz polski wniosek na podsumowaniu akcji Haiti i w Nepalu to one odpowiadały za dany sektor i za oświadczenie, czy na tym obszarze nie ma już osób żywych.

Zadanie grupy to nie tylko poszukiwanie żywych osób.

Akcja ma kilka etapów, a grupa pięć komponentów. Na początku skupiamy się na poszukiwaniu osób żywych, nie marnując czasu na inne zadania. Kolejna faza jest w pewien sposób przejściowa. Nadal szukamy ludzi, którzy żyją, ale już powoli zaczynamy wprowadzać działania humanitarne, polegające na wydobywaniu zwłok bądź robieniu dostępu do nich. Staramy się na tym etapie nie ograniczać jedynie do sektora, za który jesteśmy odpowiedzialni, tylko działać szerzej, wykorzystując do tego wynajęte samochody cywilne. W tej fazie wydzielamy już zespoły medyczne. Lekarze i ratownicy działają, dopóki na miejscu nie zostanie zorganizowany szpital polowy, który przybywa z reguły później niż GPR albo nie zacznie pracować inna tego rodzaju placówka ochrony zdrowia. Podczas akcji w Nepalu płynnie przekazaliśmy poszkodowanych Japończykom. Leki oddaliśmy do lokalnego szpitala. Na wszystko, na każdą osobę, której się pomogło trzeba mieć pełną dokumentację, bo tego wymaga standard międzynarodowy.

Jak ratownicy odnoszą się do działań humanitarnych? Jadą tam po to, żeby ratować – czyli cel jest zupełnie inny.

To na pewno – każdy jedzie tam po to, żeby nieść pomoc, każdą możliwą, byle na najwyższym możliwym poziomie. Grupy poszukiwawcze nie są od tego, by poszukiwać zwłok – nie mają określonych zasobów, nawet psy nie są do tego szkolone. Ze wszystkich grup tylko Rosjanie mieli jednego psa zwłokowego. Zostaliśmy jednak poproszeni o działania polegające na robieniu dostępu do zwłok i ich ewentualne wydobycie. To, analogicznie jak w naszej kulturze, było bardzo ważne dla ludności, rodzin i władz. Na spotkaniu z lokalnymi władzami dowiedzieliśmy się, że grupy, które nie chcą się tym zajmować, proszone są o natychmiastowe przygotowywanie strategii wyjścia z kraju. Koledzy z grupy podeszli do tego bardzo racjonalnie. Potraktowali to jako działania techniczne – choć trudne, to sprawdzające wiedzę, stosowanie zasad bezpieczeństwa i umożliwiające pracę z ciężkim sprzętem. No i robiąc dostęp do osoby martwej, nie ma dylematu ewentualnego ryzykowania zdrowiem ratowników, można działać wolniej, bezpiecznej, bo to już inny priorytet.

Czym jeszcze się zajmowaliście?

Oceną konstrukcji i wsparciem psychologicznym. Skupiliśmy się także na ustaleniu z władzami, opracowaniu, a następnie wdrażaniu procedury przyjęcia pomocy humanitarnej zgodnie z priorytetami Nepalu. Namioty i wodę chcieliśmy podzielić tak, by odpowiadało to konkretnym potrzebom, przekazując albo polskim rodzinom, które zgłaszały się do nas, albo też Polakom prowadzącym organizacje pozarządowe. Resztę sprzętu – zgodnie z zaleceniem konsula – oddaliśmy lokalnej armii. Zapewniał, że pomoc przez nią udzielana jest bardzo sprawnie zorganizowana. I faktycznie tak było. Stworzyli obóz z namiotami. Ludzie mogli przestać spać w rurach przepustowych i pod jakimiś płachtami, a przenieść się do obozowiska z przyzwoitymi warunkami sanitarnymi.

Był czas na to, by w ogóle zadbać o potrzeby samych ratowników?

Staramy się zawsze działać na zmiany – te pierwsze są zdecydowanie dłuższe. Jedna grupa od razu wchodzi do działania, pozostali zajmują się tworzeniem obozowiska. Pierwsze zmiany mogą trwać nawet 12 godzin. Później zmieniamy się w miarę możliwości co 8 godzin. Ratownicy po przyjeździe z gruzów do obozowiska mają chwilę na prysznic – nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego jak to istotne, podobnie jak wstępna dezynfekcja ubrania po kontakcie ze zmarłym. Ciepły posiłek, ciepła kawa i herbata – to podstawa. Logistyka to nieraz niedoceniane, ale bardzo ważne działanie.

Czy udało się wykorzystać w Nepalu cały nasz potencjał?

Raczej tak, choć trudno na to pytanie odpowiedzieć zerojedynkowo. Zrobiliśmy zdecydowanie więcej, niż nas proszono. Przekazaliśmy nawet namioty potrzebującym – nie tylko te duże, rodzinne, lecz także – na końcu akcji – nasze indywidualne. Opracowaliśmy procedurę przyjęcia pomocy humanitarnej, rozładowaliśmy samoloty itp. Uważam, że więcej GPR nie mógł zrobić na miejscu.
Na pewno nie był w pełni użyty sprzęt stabilizacyjny, bo w naszym sektorze nie trafiliśmy na żywą osobę, tak więc nie było potrzeby wykorzystania takiego cięższego sprzętu.

Jakie największe trudności na miejscu się pojawiły?

Największy problem – z pespektywy dowódcy – zaczyna się zawsze wtedy, gdy brakuje pracy, spada adrenalina towarzysząca działaniom non stop. To moment, kiedy kończymy swoje zadania ratownicze, a nie dostajemy nowych, a np. powrót mamy zaplanowany za kilka dni.

Nie można zmienić tego planu?

Teoretycznie można, ale musi po nas przylecieć samolot zapakowany pomocą humanitarną. Zmiana planu nie jest więc prosta.

Ile może zająć odtworzenie pełnej gotowości?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Nigdy dotychczas się nie zdarzyło, że zostawiliśmy wszystkie nasze namioty. W razie konieczności, moglibyśmy wyjechać, opierając się na namiotach pozostałych trzech grup lub zabrać duże namioty pneumatyczne. Uprzedzę pytanie – nie jesteśmy w każdym razie niegotowi do kolejnego wyjazdu, choć odtworzenie namiotów i innych rzeczy pozostawionych jako darowizny jest pilnie potrzebne. Na pewno musimy się starać, by nie zostawiać sprzętu ratowniczego mimo takich zapotrzebowań. Jest on niezbędny do działania w kraju i poza nim i najtrudniej go odtworzyć.
Są też plusy – jest to doskonała okazja by wprowadzić jednolity standard we wszystkich grupach –a tak mieliśmy 7 rodzajów. W Polsce po Haiti i recertyfikacji udało się wprowadzić jednolite umundurowanie, działamy więc jako jednolita grupa, a jeśli chodzi o wyposażenie indywidualne, to niestety nadal każda grupa ma swoje typy namiotów, a Komenda Główna jeszcze inny. Zdjęcia robione z dronu pokazały obozowisko przypominające mieszaninę.

Jak członkowie grupy przechodzą do normalności? Przewidziane są np. spotkania z psychologiem?

Tak, ale jestem przeciwny sztywnemu rozwiązaniu, które zmuszałoby każdego do spotkania z psychologiem po akcji.  To powinno mieć formę oferty. Wtedy nie ma wewnętrznego oporu i większość, a w zasadzie wszyscy chcą porozmawiać. Nie uważam też za zasadne, by psycholog wracał z ratownikami na pokładzie samolotu. To się sprawdza podczas ewakuacji Polaków do kraju, ale nie jest dobre dla ratowników. Wtedy jest po prostu za wcześnie. Natomiast psycholog może być dostępny podczas przerwy w warunkach hotelowych, w miejscu, gdzie możemy odpocząć i zjeść normalny posiłek. Psycholog może pomóc i pomaga, jeśli ratownik sam przyjmie ofertę rozmowy z nim.

Jakie wnioski nasuwają się po akcji w Nepalu?

Na pewno warto byłoby brać zawsze maksymalną liczbę ludzi, czyli 83 – niezależnie od tego, jako która grupa docieramy na miejsce. Zawsze pojawiają się dodatkowe zadania, np. opracowanie procedury przyjęcia pomocy humanitarnej, taki zapas byłby wskazany, żeby nie obniżać możliwości grupy. Trzeba zawsze organizować dodatkowe środki transportu, co pozwoli na większą elastyczność. Powinno się doprowadzić do tego, by więcej członków grup poszukiwawczo-ratowniczych było ratownikami medycznymi. Gdy kończy się faza poszukiwań żywych osób, więcej strażaków mogłoby zostać wydzielonych do udzielania pomocy medycznej. Przydadzą się także specjaliści z dziedzin niszowych – a taką jest stabilizacja i ocena konstrukcji budynków. Podczas tego zdarzenia była taka potrzeba, a my nie mamy w swoich strukturach inżyniera budowlanego zajmującego się stricte tym zagadnieniem. Można także rozważyć, w jaki sposób rozbudować wsparcie psychologiczne dla osób poszkodowanych.
Uniwersalnym wnioskiem, aktualnym także tym razem, jest potrzeba nieustannych ćwiczeń i weryfikowania wszystkich procedur związanych z wyjazdem. Widać kolosalny postęp w ciągu ostatnich pięciu lat, zwłaszcza jeśli porównujemy się z grupami innych państw. Wyjechaliśmy bardzo sprawnie swoim komponentem, byliśmy szybciej niż grupy, które wydawały się nam zawsze niedoścignione, np. z Rosji i USA. Na pewno trzeba poprawić współpracę z MSZ. Musimy wiedzieć, czego możemy oczekiwać od konsula, w jakim zakresie może nam pomóc. Bez udziału ministerstwa to wręcz niemożliwe. Z drugiej strony już po wylądowaniu na miejscu, sami możemy mu bardzo pomóc. Mamy chociażby terminale satelitarne i możemy być wsparciem podczas ewakuacji naszych obywateli do czasu gdy z sąsiedniej ambasady nie doleci wsparcie.
Na pewno pomogą także inspekcje gotowości operacyjnej, szczególnie te niezapowiedziane oraz ćwiczenia obejmujące także komendę główną – żeby dać gwarancję, że na wypadek wyjazdu nie tylko dyżurny będzie dostępny, ale każde biuro ośmiogodzinne, które jest zaangażowane w proces wyjazdu – czyli operacyjna, finanse, logistyka, biuro prawne, biuro łączności, biuro współpracy międzynarodowej a nawet gabinet (media) i kadry. Wtedy będziemy działać jeszcze sprawniej i będziemy szybsi.
Kierunek zmian powinien być jeden. Powinniśmy zostać jak najszybciej modułem unijnym. Sprawi to, że to UE będzie decydowała o tym, dokąd jesteśmy dysponowani, bez względu na to, gdzie odnotowane zostanie zdarzenie. Po to przecież dyżurujemy. Takie rozwiązanie sprawi, że refinansowanie kosztów transportu może sięgnąć 85%, a w przyszłości nawet 100%, analogicznie z refinansowaniem akcji. Realne koszty takiej akcji będą wtedy o wiele, wiele mniejsze – obecnie możemy liczyć na refinansowanie transortu do 55% kosztów, co i tak jest o wiele tańsze niż realne koszty transportu wojskowego i przede wszystkim kilka razy szybsze. Powinniśmy rozpatrywać równolegle wszystkie opcje zgodnie z procedura.

Co trzeba zrobić, by zostać takim modułem?

Jesteśmy na dobrej drodze. Jako jedno z niewielu państw zadeklarowaliśmy w tym roku, że chcemy zgłosić wszystkie swoje moduły do systemu unijnego dobrowolnych zasobów, ale to UE podejmie ostateczną decyzję co z jakiego państwa wybierze. Mamy nadzieję potwierdzić przygotowanie naszego GPR już w najbliższych miesiącach. Dodatkowo pełniliśmy rolę przewodniczącego INSARG naszego regionu w zeszłym roku, robiliśmy duże ćwiczenia, szkolimy inne kraje w tym zakresie. Może do końca roku uda się dostosować także moduły pomp wysokiej wydajności, które nie mają jeszcze jednolitych strojów itp., w przyszłym roku zrobić to samo z modułami CBRM, a na końcu z modułami do gaszenia lasów z ziemi za pomocą pojazdów (GFFFV). Co prawda nie wszystko od nas zależy, ale te założenia są realne.

Co nam to da, prócz większego refinansowania?

To będzie gwarancja zdobywania doświadczenia. Jeżeli przy jakimś mniejszym zdarzeniu będzie zapotrzebowanie jedynie na trzy grupy ratownicze, to wtedy my tam polecimy, a inni będą czekać. Jeśli ratownicy jeżdżą tylko przez 5 czy 10 lat regularnie na ćwiczenia, to motywacja spada, ale przede wszystkim nie zdobędą nowego doświadczenia, które wykorzystujemy w kraju. Jeśli nie będziemy się rozwijać, to nie będziemy dobrze realizować swoich ustawowych zadań.

rozmawiała Monika Krajewska

bryg. Mariusz Feltynowski jest zastępcą dyrektora Krajowego Centrum Koordynacji Ratownictwa i Ochrony Ludności, był dowódcą ciężkiej grupy poszukiwawczo-ratowniczej w Nepalu.

 data publikacji: czerwiec 2015