Na niebieskich

Kategoria: W ogniu pytań

Jak w praktyce wygląda prowadzenie pojazdów uprzywilejowanych i jak to jest siedzieć za icj kółkiem? Rozmowa z sekc. Markiem Harczukiem – kierowcą-ratownikiem i przewodnikiem psa w JRG 15 w Warszawie.

Jak to jest być kierowcą?
Tylko kierowcą? To już nie w PSP. Dziś nie można już być po prostu kierowcą. Oczywiście są wyznaczone osoby pełniące tę funkcję, to jest zapisane w odpowiednim rozkazie, ale ich zadania są wymienne. Dzisiaj jestem kierowcą, ale na następnej służbie będę ratownikiem w obsadzie. Mowa raczej o kierowcy-ratowniku. A jak to jest być kierowcą? Dzisiaj jest nim prawie każdy, wystarczy spojrzeć na drogi. Wielu ludzi ma prawo jazdy.

40 1Jednak same uprawnienia to chyba nie wszystko, bo przecież nie zawsze idą za tym umiejętności. Jaki więc jest przepis na dobrego kierowcę?
Jest tylko jedna recepta – trzeba dużo jeździć. Podstawą jest praktyka i nie można jej niczym zastąpić. Nie ma też automatycznego przełożenia, że każdy dobry kierowca cywilny – nawet jeśli jeździł wcześniej samochodami ciężarowymi – będzie się znakomicie sprawdzał za kierownicą pojazdu uprzywilejowanego. Oczywiście o wiele łatwiej jest, jeżeli już wcześniej miał do czynienia z ciężarówką. Jednak specyfika jazdy „na niebieskich” jest po prostu inna, co czuje każdy, szczególnie w pierwszych latach służby. Kiedy na wyświetlaczu pojawia się moja cyfra, a w głośniku informacja, że zdarzeniem jest poważny wypadek i są poszkodowani, np. zakleszczeni ludzie – pojawia się ogromny stres. Oczywiście z czasem jesteśmy w stanie coraz bardziej nad nim panować, ale nie sposób pozbyć się emocji. Trzeba nauczyć się z nimi prowadzić samochód.

Na początku jeździ się bardziej dynamicznie, mniej ostrożnie, bardziej agresywnie?
To nie tak. Zanim ruszę, sprawdzam, czy wszyscy są już w samochodzie – zresztą to praktyka większości kierowców. Nie ma też czasu na to, żeby denerwować się na innych na drodze. Wiem, dokąd jadę, chcę to zrobić jak najszybciej, ale nie rezygnuję z bezpieczeństwa i nie marnuję energii na niepotrzebną irytację. Nie mogę sobie na przykład pozwolić na wjechanie na czerwonym świetle z dużą prędkością. Drogę zasłaniają inne samochody, reklamy, budynki przy skrzyżowaniu – zarówno ja mogę kogoś nie zauważyć, jak i ktoś może nie widzieć mnie. A jeżeli zobaczy, musi jeszcze zareagować, to też trwa. Dołóżmy do tego prędkość i może się okazać, że spotkamy się na sobie. W takim przypadku to będzie moja wina – to ja muszę przecież przewidzieć ludzkie reakcje i sytuację na drodze.

Co jest największym błędem kierowcy pojazdu uprzywilejowanego?
Najgorsze to zaufać innym uczestnikom ruchu – założenia, że na pewno skręcą albo nas przepuszczą, często są mylne, więc najbezpieczniej stosować zasadę ograniczonego zaufania.
Inni kierowcy chyba też potrafią podnieść poziom adrenaliny.
Oczywiście zdarza się, że zachowanie jakiegoś kierowcy bywa irytujące. Na szczęście większość, widząc nadjeżdżający samochód straży, stara się pomóc, ustąpić miejsca. Znajdą się też tacy, którzy wyznają zasadę „jestem na swoim pasie, jadę zgodnie z przepisami, nie mam zamiaru się ruszyć”. Taki kierowca widzi nasz samochód na sygnałach, słyszy go, ale nic z tym nie robi. Agresją niczego bym nie ugrał – podjeżdżam więc bliżej, staram się go pospieszyć dodatkowym sygnałem dźwiękowym, w jakiś sposób na niego wpłynąć. Zdarzają się też kierowcy, którzy dzięki samochodowi uprzywilejowanemu chcą ominąć korki i jadą tuż za nim. Przyznam szczerze, że oni nie za bardzo mnie interesują – skupiam się na tym, co jest przede mną, co dzieje się po bokach. Jeśli będę musiał gwałtownie hamować, to zahamuję – a on musi uważać podwójnie. Ja nie mam na to po prostu czasu. Bywa też tak, że na wąskiej uliczce kierowca tak bardzo chce nam ustąpić drogi, że zatrzymuje się tuż obok jadącego z naprzeciwka… W takiej sytuacji jesteśmy uwięzieni i my, i oni. Jeszcze inni, widząc niebieskie światła, nagle hamują. Intencje niby dobre, ale ja nie jestem w stanie zatrzymać się w miejscu tak ciężkim samochodem, moja droga hamowania jest zupełnie inna i sytuacja może stać się niebezpieczna.

Co jeszcze przeszkadza w jeździe, prócz takich zawalidróg?
Chyba najgorsze są wąskie drogi osiedlowe. Z jednej strony – sam mieszkam na osiedlu bloków i rozumiem ludzi, którzy po prostu nie mają gdzie zaparkować. Z drugiej – w uliczce, w której często trudno przejechać samochodem osobowym, trzeba się dobrze nagimnastykować, żeby zmieścić samochód ratowniczo-gaśniczy, szczególnie że nam się spieszy. Dostajemy np. wezwanie, bo jest zadymienie na dziesiątym piętrze. Czasami to nic groźnego, komuś się przypala garnek. Ale może to być poważny pożar, ktoś czeka w oknie na naszą pomoc. Kiedy nie sposób przejechać, wyobraźnia często podpowiada te najgorsze scenariusze i naprawdę chcemy być na miejscu jak najszybciej. A na dokładkę gdzie się nie spojrzy, tam słupki chroniące zieleń albo płotki czy barierki. Niby nie jest to wielka przeszkoda, ale na pewno zabiera trochę czasu, a ten jest niezwykle cenny.

Od czego się zaczyna przygoda z kierownicą?
Od służby w podziale bojowym. Później decydują już potrzeby konkretnej jednostki. Ja za kierownicą znalazłem się bardzo szybko. Na początku służyłem w Zamościu, w województwie lubelskim. W mojej jednostce obowiązywała zasada, że doświadczony kierowca zabierał najpierw kandydatów na kierowców do garażu, sadzał za kierownicą i obserwował – na przykład czy nacisną sprzęgło przed odpaleniem samochodu. Miało to formę wstępnej weryfikacji – na podstawie prostych zachowań, wręcz odruchów dało się poznać, czy konkretna osoba tylko zrobiła prawo jazdy przed rozpoczęciem służby w straży, czy wcześniej faktycznie miała jakieś doświadczenia za kierownicą.

A cechy charakteru? Są takie, które koniecznie musi mieć osoba siadająca za kierownicą pojazdu uprzywilejowanego?
Weźmy pod uwagę, że mówimy o straży pożarnej, o ratownikach. Już samo to determinuje podejście do tego, co robi się na służbie, a więc i do jazdy samochodem. Nie można z góry założyć, że osoba spokojna nie nadaje się do bycia kierowcą, podobnie jak nie można uznać, że doskonale się w tej roli odnajdzie. Tutaj przecież mamy jeszcze do czynienia z adrenaliną, z emocjami. Mam wrażenie, że każdy po pierwszych miesiącach służby, kiedy się już oswoi z wezwaniami do konkretnych zdarzeń, nauczy się funkcjonować w tej atmosferze, sprawdzi się też w roli kierowcy. Badania psychologiczne oczywiście są, nawet na swój sposób wymagające, ale każdy zdrowy człowiek jest je w stanie przejść. Przecież cywilni kierowcy zawodowi też przechodzą testy, bardzo podobne. Jeśli ktoś ma dobry wzrok i dobry słuch, to nie powinien mieć z nimi problemu. Najlepszym badaniem jest już sama służba. Niektórzy chcą jeździć, jak się da najczęściej, inni lepiej się czują już bezpośrednio przy akcji. To wcale nie znaczy, że jako kierowcy by sobie nie poradzili – po prostu lubią robić coś innego.

Jak nauczyć się jeździć na sygnale? Są jakieś szkolenia skierowane tylko dla kierowców?
Niewątpliwie szkolenia dla samych kierowców by się przydały. Niestety w PSP ich nie mamy. Ja uczyłem się od starszych kolegów. Na zlecenie dowódcy zapoznawali nas z samochodami i uczyli obsługi sprzętu znajdującego się w samochodzie. Później mieliśmy wspólne wyjazdy – nazywaliśmy je topografią terenu. Wsiadaliśmy do samochodu całą obsadą, stary kierowca z tyłu, młody – za kierownicą. Poznawaliśmy gabaryty samochodu, jego ciężar, zachowanie na zakrętach i w ciasnych uliczkach. Uczyliśmy się hamowania, poruszania między drzewami – przecież samochód ratowniczo-gaśniczy jest nie tylko ciężki, ale i wysoki. Kilka takich jazd po mieście bardzo pomagało.

Szkolenia z obsługi nowego sprzętu organizuje często producent. Miałem okazję brać udział tylko w jednym – było raczej teoretyczne, ale faktycznie nieco pomogło w codziennej pracy. Nie wszyscy są przecież na bieżąco w nowych rozwiązaniach technicznych stosowanych w ciężarówce. Szkolenia z techniki jazdy – to już sfera marzeń, nawet o tym nie myślę…

Gdyby mógł pan wybrać jakiś element szkolenia przeznaczonego tylko dla kierowców, to co by to było?
Powiem na swoim przykładzie, pomijając te oczywiste elementy, o których pewnie większość by pomyślała. Miałem doświadczenie w jeździe samochodem ciężarowym, a dodatkowo zanim zacząłem służbę w PSP, byłem także kierowcą OSP – to oczywiście nie to samo, jednak daje już jakieś przygotowanie. Wcześniej nie spotkałem się z taką specyfiką. Jadąc z jakimś transportem, dajmy na to – margaryny, mamy oczywiście jakieś ograniczenia czasowe, ale sami o wszystkim decydujemy i najczęściej jesteśmy w stanie zaplanować całą podróż. W PSP wszystko wygląda inaczej – bywa, że mamy wyznaczoną trasę, dowódca podejmuje na bieżąco jakieś decyzje, MSK przekazuje dodatkowe informacje, chłopaki przygotowują się do akcji ratowniczo-gaśniczej, któryś szykuje akurat aparat powietrzny i coś nam nagle zaczyna syczeć. Albo na przykład zostajemy wysłani na jakąś małą, nieznaną uliczkę, więc w kabinie szeleści rozkładana mapa i ktoś w pośpiechu daje wskazówki dojazdu. Wszyscy są zestresowani, dużo się dzieje. To bardzo rozprasza. Nie byłem przygotowany na ten natłok informacji. Można byłoby to w jakiś sposób przećwiczyć i przygotować młodego kierowcę.

Nie ma szkoleń z jazdy przeznaczonych tylko dla kierowców, starsi uczą młodszych, dodatkowe informacje dostarcza producent na szkoleniach produktowych. Czy w takiej sytuacji jesteście w stanie wykorzystać w pełni możliwości konkretnego samochodu?
Musimy to zrobić. Nie mamy w sumie wyboru. Nowe rozwiązania się pojawiają, ale nigdy nie ma na szczęście aż tylu odrębności, żeby sobie z nimi nie poradzić. Kierowca miałby jednak o wiele większy komfort, gdyby mógł to wcześniej przećwiczyć. Mam świadomość, że stworzenie programu szkoleniowego tylko dla kierowców zmusiłoby do zmiany podejścia – kierowca musiałby być tylko kierowcą [a nie kierowcą-ratownikiem – przyp. red.], chociażby ze względu na koszt takiego zawodowego przygotowania. Jednak pamiętajmy, że nie jesteśmy w stanie być specjalistami w każdej dziedzinie. Jeśli jestem od lat kierowcą i obsługuję samochód razem ze sprzętem, ciągle mam taki sam zakres obowiązków, to będę miał to wyćwiczone nieporównywalnie lepiej, niż jeśli robiłbym to raz na jakiś czas.

Jak pan sądzi, czy w przygotowaniu kierowcy pomógłby symulator jazdy samochodem uprzywilejowanym?
Nigdy nie miałem okazji jeździć na takim symulatorze, więc trudno mi odpowiedzieć. Kiedy zaczynałem jeździć ciężarówką, dostępne były tylko stare Jelcze, w których trzeba było się czasem naprawdę zmęczyć, żeby dobrze prowadzić. Teraz to wszystko wygląda inaczej – wszędzie zamiast starych drążków są guziki i kontrolki. Technika ma nam ułatwić zadanie, ale nie jest niezawodna. Jeśli coś się popsuje, to na dobrą sprawę nie wiadomo co z tym zrobić. Stare rozwiązania były intuicyjne, wystarczyło czasem coś dokręcić, przesunąć i zaczynało działać. Tak samo jest z symulatorem. Czy by pomógł? Każda forma szkolenia wniesie coś nowego, ale nic nie zastąpi praktyki w prawdziwym samochodzie, na prawdziwej ulicy.

Skoro nie jest się tylko kierowcą, to nie ma też jednego samochodu, za który się odpowiada. Nie ma problemu, żeby się przestawić z jednego na drugi?
Wszystko znowu zależy od doświadczenia i od samych samochodów. One się po prostu różnią – chociażby ze względu na producenta konkretnej zabudowy. Każdy ma swoje autorskie rozwiązania. Jednak jeśli w jednostce znajdują się samochody różnych producentów, to przestawienie się z jednego na drugi zawsze zabiera kilka sekund. Byłoby łatwiej, gdyby wszystkie pochodziły od jednego producenta, albo chociaż były wykonane w taki sam sposób, wtedy moglibyśmy działać wręcz automatycznie.

Mówił pan o korzystaniu z map. Samochody ratowniczo-gaśnicze są wyposażone w nawigację – jest nieskuteczna, nie zawsze się sprawdza?
Nawigacja jest niewątpliwie pomocna, kiedy jedziemy w odległe zakątki miasta czy do innej miejscowości. Jednak w samochodach zawsze są mapy – bo jak wiadomo nawigacja bywa zawodna. To tylko urządzenie, nie zwalnia z myślenia. Jeśli wezwanie dotyczy małej uliczki, to koledzy z tyłu, kiedy już są gotowi, otwierają mapy i podpowiadają kierowcy. Poza tym uważam, że własny rejon zdecydowanie trzeba znać. Skoro mam po nim jeździć i docierać do wszystkich miejsc jak najszybciej, to muszę po prostu wiedzieć, gdzie jadę.

Zdarza się panu stosować zasady jazdy na niebieskich w prywatnym samochodzie?
Oj nie! Nie mogę sobie na to pozwolić, bo pewnie już bym stracił prawo jazdy. Każde kłopoty z prawem jazdy prowadzą do kłopotów w pracy. Takie ryzyko się nie opłaca. Jazda alarmowa jest po prostu zupełnie inna niż cywilna, nie można ich porównywać, a już na pewno nie można ich łączyć.

rozmawiała Monika Krajewska