Góry dla rozważnych

Kategoria: W ogniu pytań

Zdrowy rozsądek to podstawa bezpieczeństwa w górach. O tym, na co zwracać uwagę, a czego unikać na górskich szlakach, w rozmowie z Janem Krzysztofem, naczelnikiem Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego (TOPR).

Na przełomie grudnia i stycznia zginęło w Tatrach aż 14 turystów. Co zawiniło – pogoda, brak odpowiedniego sprzętu, słabe przygotowanie do wyjścia w góry?

Wypadki te są z pewnością efektem nałożenia się szczytu sezonu zimowego, bardzo dobrej słonecznej pogody i wymagających zimowych warunków w wysokich partiach Tatr. Może zabrzmi to zaskakująco, ale tak naprawdę warunki do uprawiania turystyki i taternictwa były bardzo dobre. Nie mieliśmy zagrożenia lawinowego. Zabrakło jednak realistycznej oceny własnych umiejętności i dopasowania do nich planów. Samo posiadanie raków i czekana – bez bardzo dobrego opanowania technik użycia tego sprzętu i częstego treningu – to zdecydowanie za mało. W razie potknięcia czy poślizgu, a do nich właśnie najczęściej dochodzi przy braku odpowiedniej techniki poruszania się w rakach, pozostaje tylko ułamek sekundy na próbę hamowania czekanem. Jeżeli nie opanowało się tej techniki do perfekcji i na dodatek zabraknie szczęścia, błyskawicznie spadający człowiek nabiera tak dużej prędkości, że nie ma już szans na zatrzymanie. Ruch w terenie wysokogórskim w całym tym okresie był ogromny. Turyści, którzy ulegli wypadkom, w większości mieli raki, często jednak bez czekana – i z pewnością nie przeszli wcześniej wystarczającego treningu. Twardy, zlodowaciały śnieg i lód, podobnie jak obfite opady śniegu, zagrożenie lawinowe i inne zjawiska pojawiające się zimową porą w Tatrach, są naturalnym elementem przyrody. A bezpieczeństwo – i to chciałbym szczególnie podkreślić – zawsze zależy od człowieka i jego decyzji.

Jak pan ocenia ten pomysł?

Uważam, że obecne przepisy są wystarczające. Ograniczenie dostępu do gór jest i trudne, i niepotrzebne. Wątpliwości – zarówno TOPR, jak i Tatrzańskiego Parku Narodowego – budzą kryteria zamykania szlaków. Z drugiej strony ich otwieranie może stwarzać pozory bezpieczeństwa, a w górach zawsze ryzyko wypadku będzie istniało. Tak naprawdę wiele zależy od świadomości tych, którzy wyruszają w góry.

Innym pomysłem, zresztą dyskutowanym już wielokrotnie, jest wprowadzenie na wzór Słowaków odpłatności za akcje ratownicze. Turyści powinni za nie płacić?

Obowiązek pokrycia kosztów akcji ratowniczych istnieje w wielu krajach, ale z reguły dotyczy on części kosztów, a ich wysokość jest ustalana najczęściej w drodze cywilnoprawnej lub administracyjnoprawnej. Wprowadzenie odpłatności za akcje ratownicze nie zwiększy jednak bezpieczeństwa w górach. Nasuwa mi się porównanie z akcjami gaśniczymi – czy powinniśmy za nie płacić? Pożary w większości przypadków są wynikiem zaniedbań lub niewłaściwych zachowań człowieka. Zarówno TOPR, jak i TPN stoją na stanowisku, że wprowadzenie w polskich Tatrach dodatkowych ubezpieczeń obciążających turystów będzie rozwiązaniem nieskutecznym. Nie zapewni ono stabilności finansowej TOPR, a znaczna część środków trafi do ubezpieczyciela. Nie znamy przypadków obligatoryjnych ubezpieczeń dla terenów górskich. Wykupienie ubezpieczenia tego typu jest zawsze indywidualną decyzją turysty. W Tatrach wypracowano system wsparcia służb ratownictwa górskiego poprzez 15% odpis z biletów wstępu na obszar Tatrzańskiego Parku Narodowego, co jest pewną formą udziału własnego turystów w kosztach akcji ratowniczych.

Czy jest w ogóle jakiś sposób na zmniejszenie ryzyka wypadków w górach?

Liczba wypadków jest zazwyczaj wprost proporcjonalna do liczby turystów. Rocznie na obszar Tatr wchodzi około 3 mln ludzi, przy czym to suma wejść dziennych. Pomagamy co roku około 700 osobom. W 2015 r. zginęło 13 z nich, ale trzy zmarły na skutek ostrego zachorowania w kompletnie łatwym terenie… Z pewnością porównanie tych danych do liczby osób, które zginęły na drogach (według danych Policji za 2014 r. 3202 osoby – przyp. red.), utonęły (674 osoby), czy też popełniły samobójstwo (6165 osób) nie wskazuje, by był to wielki problem społeczny. Owszem, budzi on duże zainteresowanie mediów, stąd pewnie pytania mało zorientowanych dziennikarzy „ile osób dzisiaj zginęło?”. Naprawdę nie jest źle. Oczywiście każdy wypadek to ogromna tragedia i należy robić wszystko, by liczba tych najcięższych była jak najmniejsza.

Ważne jest z pewnością edukowanie turystów w zakresie bezpiecznych zachowań. Jakiego rodzaju działania prewencyjne prowadzi TOPR?

Są to działania na miarę naszych możliwości finansowych i realistycznej oceny dotarcia do potencjalnych uczestników wypadków. Przede wszystkim ogłaszamy komunikaty lawinowe, prowadzimy szkolenia dla turystów w ramach różnych form i podmiotów organizacyjnych, zajmujemy się produkcją filmów edukacyjnych. Odsyłam choćby do naszej Akademii Górskiej na www.topr.pl, gdzie w wielu filmach pokazujemy, jak w różnych sytuacjach zwiększyć swoje bezpieczeństwo. Współpracujemy w tym zakresie m.in. z Tatrzańskim Parkiem Narodowym.

Jakie są najczęstsze przyczyny wypadków? Czy zima jest w turystyce górskiej najbardziej niebezpieczną porą roku?

Do największej liczby wypadków dochodzi przy największym nasileniu ruchu turystycznego, a więc często w lecie – i to przy pięknej pogodzie. Ale każda pora roku niesie ze sobą pewne specyficzne zagrożenia. Z pewnością zima to najpoważniejsze wyzwanie – krótki dzień, niskie temperatury, zagrożenie lawinowe, konieczność użycia specjalistycznego sprzętu i posiadanie wiedzy, jak go użyć. Mówimy tu oczywiście o turystyce wysokogórskiej, a nie spacerze Doliną Chochołowską do schroniska, gdzie wystarczy po prostu odpowiednio się ubrać.

Niektórym turystom wydaje się, że zagrożenie lawinowe ich nie dotyczy. Owszem, sporo się o nim mówi, ale to trochę taka medialna abstrakcja – nam się nie przydarzy…

Zagrożenie lawinowe jest zdecydowanie realne przez całą zimę w górach typu alpejskiego, jakimi są Tatry. Jeżeli komuś wydaje się ono nierealne, to raczej nie powinien wybierać się w teren wysokogórski. W Polsce obszar, na którym występuje zagrożenie lawinowe, to mniej niż 1% powierzchni kraju. Dopóki nie wejdziemy w Tatry, niektóre niewielkie obszary Karkonoszy, Bieszczad czy na przykład w rejon Babiej Góry, bezpośrednio nam ono nie grozi. Prawdopodobieństwo wypadku jest więc rzeczywiście niewielkie. Wiedza na ten temat staje się jednak niezbędna, kiedy planujemy wyjście w góry, zwłaszcza w ich wyższe partie. Pomijam oczywiście Alpy, gdzie ten problem jest zdecydowanie szerszy i dotyczy zagrożenia dla dróg publicznych i osiedli.

Czy można zrobić coś samemu, by wydostać się spod śniegu, gdy zaskoczy nas lawina?

Kiedy już spadamy z lawiną – bo właśnie tak zazwyczaj jest: spadamy z lawiną, a nie lawina spada na nas – niewiele już możemy zrobić. Wiele natomiast od nas zależy na etapie planowania wyjścia, wyborze drogi podejścia czy zjazdu. Wymaga to jednak odpowiedniego przygotowania i wyposażenia. Takie podstawowe informacje można zdobyć na kursach lawinowych, na których turyści poznają narzędzia pozwalające szacować ryzyko i podejmować lepsze decyzje. Niemniej jednak z ryzykiem wypadku lawinowego należy się liczyć zawsze.

Turystyka górska stała się bardzo popularna. Trasy, które jeszcze kilkanaście lat temu były zarezerwowane dla doświadczonych turystów, dziś pokonują nawet ci początkujący. Czego powinni się wystrzegać?

Eksploracja Tatr zimą w ostatnich kilkunastu latach faktycznie stała się bardzo popularna. Turyści szlaki znane im z lata starają się przejść zimą, a jest to zupełnie inne wyzwanie i od czasu do czasu doprowadza do bardzo poważnych wypadków. Przejście niektórych szlaków turystycznych zimą, zgodnie z zasadami bezpieczeństwa, wymaga podstawowych umiejętności taternickich i odpowiedniego sprzętu. Tego często po prostu ludziom brakuje, mówię zwłaszcza o umiejętnościach.

Powiedział pan, że bezpieczeństwo zawsze uzależnione jest od człowieka i jego decyzji. Jakie błędy najczęściej popełniają turyści?

Najczęstszy błąd to zła, nierealistyczna ocena własnych umiejętności i doświadczenia. Jeśli ktoś od lat jeździ w Tatry, ale tak naprawdę spędził w nich kilkanaście dni, nie ma de facto żadnego doświadczenia. Pociąga to za sobą złe wybory tras, niedostosowane do panujących i przewidywanych warunków. U turystów najczęściej cel dominuje nad realną oceną własnych umiejętności i możliwości – i to ma swoje konsekwencje.

A może są jakieś zachowania turystów, które powinny być szczególnie tępione, bo na przykład utrudniają ratownikom pracę?

Nie użyłbym określenia „tępione”, ale to na przykład samotne wyjścia w góry bez pozostawienia informacji osobie zaufanej, znajomym, chociażby w postaci SMS-a. Takie zachowanie powoduje, że prawie każdego roku prowadzimy poszukiwania, nie wiedząc, jakie plany miała osoba zagubiona i czy w ogóle poszła w góry. Podkreślam, by pozostawiać takie informacje osobom zaufanym, a później nie zmieniać planów lub o takiej zmianie poinformować. Z powodu ogromnego natężenia ruchu (średnio 8 tys. turystów dziennie, a rekordy to ponad 40 tys.) książki wyjść – takie funkcjonują dla taterników przy wejściach do TPN czy w schroniskach – byłyby i tak nie do zweryfikowania.

Czy w Tatrach są miejsca bądź trasy szczególnie niebezpieczne, których pokonywanie odradzałby pan niewprawionym turystom?

Dla niewprawnych turystów cały obszar wysokogórski, poziom turni, nawet tereny powyżej lasu nie są miejscem do zwiedzania – często latem, a zawsze zimą. Oczywiście są szlaki szczególnie trudne i wymagające, ale nie nazywajmy ich niebezpiecznymi. Są takie, jakie są, a niebezpieczeństwo stwarzają dla siebie nieprzygotowani ludzie, którzy się tam wybrali. Cały rejon od Świnicy do Krzyżnego, w tym słynna Orla Perć i szlaki dojścia, szlak na Rysy czy na Przełęcz pod Chłopkiem z pewnością do nich należą, nawet latem.

Kto trafia do tatrzańskiego pogotowia? Jakie trzeba mieć predyspozycje, oprócz sprawności fizycznej i doskonałej znajomości Tatr? Z jakimi wymogami spotka się kandydat na ratownika?

Drogi do TOPR są różne. Wyróżniłbym dwie. Liczniejsza grupa to młodzi ludzie z Zakopanego i okolic, którzy prawie równocześnie uprawiając profesjonalnie sport w górach, pojawiają się na egzaminie wstępnym. Są dla nas zazwyczaj dużym wsparciem. Druga grupa to taternicy z co najmniej kilku- lub nawet kilkunastoletnim doświadczeniem wspinaczkowym, którzy na pewnym etapie uznają, że mogą coś wnieść do pogotowia, a myślę, że również nauczyć się czegoś nowego. Wstępne wymogi to nie tylko topografia – przy czym na początek oczekujemy bardzo dobrej, ale turystycznej znajomości Tatr. To także bardzo dobra umiejętność jazdy na nartach w każdych warunkach terenowych oraz pewien dorobek wspinaczkowy, najlepiej tatrzański. Wspinanie skałkowe jest niewystarczające. Potrzebna jest też rekomendacja dwóch członków TOPR i zdany egzamin wstępny, organizowany zazwyczaj raz do roku.

Jakiego rodzaju szkolenia przechodzą kandydaci na ratowników? Czy nabywane kwalifikacje muszą być okresowo sprawdzane?

Mają oni szereg szkoleń z całego zakresu ratownictwa górskiego na różnych poziomach wymagań. Część z nich odbywa się w okresie kandydowania (stażu), zazwyczaj przez pierwsze dwa lata od przyjęcia po egzaminach wstępnych, stanowiących minimum, by złożyć przysięgę i zostać pełnoprawnym ratownikiem górskim. Od tego momentu w określonym wewnętrznymi przepisami zakresie można uczestniczyć w działaniach ratowniczych. Mogą brać w nich udział tylko członkowie TOPR mający aktualne uprawnienia. Obecnie to około 150 osób. Nabyte kwalifikacje muszą być odnawiane okresowo.

Większość ratowników TOPR pracuje społecznie, a tylko część ma etaty. W jaki sposób zorganizowana jest ich praca?

Na początku każdy pracuje społecznie. W TOPR 35 do 37 osób to ratownicy zawodowi, czyli wykonujący swoją pracę na mocy umowy o pracę. Praca jest organizowana w formie planu na poszczególne miesiące, a w planie umieszczani są zarówno ratownicy zawodowi, jak i ochotnicy deklarujący dłuższe okresy pełnienia dyżuru. Do tego mamy oczywiście system mobilizacji dodatkowych ratowników, kiedy działania ratownicze przekraczają standardowe zabezpieczenie. Pozostają z nami w łączności radiowej i telefonicznej. Ponadto każdy ochotnik może zadeklarować chęć pracy w dowolnym dniu. Żaden ratownik – czy to zawodowy, czy pracujący społecznie – nie otrzymuje dodatkowych pieniędzy za udział w akcjach ratowniczych. Powiem szczerze, że wraz ze wzrostem wymagań mamy coraz więcej lepiej przygotowanych chętnych. Z pewnością pieniądze nie są dla nich motywacją do wstąpienia do TOPR.

No właśnie, czy na utrzymanie TOPR nie brakuje środków? Kto finansuje szkolenia, wyposażenie? Akcje z użyciem śmigłowca też do najtańszych nie należą.

TOPR jest stowarzyszeniem, które na mocy ustawy o bezpieczeństwie i ratownictwie w górach i na zorganizowanych terenach narciarskich realizuje zadanie ratownictwa górskiego na obszarze Tatr, Pogórza Spisko-Gubałowskiego, jak również na innych obszarach górskich, szczególnie południowej Małopolski, na wezwanie innych służb. Finansowany jest w większości przez MSWiA w ramach realizacji zadania zleconego – to około 60-70% naszego budżetu, a także z 15% odpisu z biletów wstępu do TPN, darowizn w ramach 1% odpisu od podatku dochodowego, sponsoringu i własnej działalności gospodarczej. Korzystając z okazji, zachęcam do wsparcia 1% odpisem naszej Fundacji Ratownictwa Tatrzańskiego TOPR (więcej informacji na www.fundacja.topr.pl – przy. red.). To właśnie z tych środków finansowane są zakupy wyposażenia, szkolenia i wynagrodzenia dla ratowników zawodowych (jest ich średnio w roku 37). Dodatkowy przychód, w ramach oddzielnych umów, to ratownictwo narciarskie w większości dużych ośrodków narciarskich na terenie starostwa tatrzańskiego. Koszty tych działań pokrywają właściciele stacji narciarskich.

W zasadzie w tej chwili najpoważniejszy problem stanowi wysokość środków na wynagrodzenia ratowników. I choć jak na warunki zakopiańskie wyglądają one całkiem przyzwoicie, biorąc pod uwagę wynagrodzenia w sferze budżetowej, to z pewnością oczekiwania i potrzeby są wyższe. Chciałbym doprowadzić do tego, by zawodowy ratownik TOPR zarabiał na zdecydowanie wyższym poziomie niż przeciętne wynagrodzenie w Polsce, ale jak na razie bardzo trudno nam przekroczyć tę granicę. W 2016 r. nasz fundusz płac ze środków MSWiA wzrósł o 1%.

Typowy dzień ratownika TOPR?

Wszystko zależy od stanowiska, na którym pełni dyżur. W TOPR nie ma stałej hierarchii i raz ratownik jest szeregowym dyżurnym, a innym razem kierownikiem dyżuru, oczywiście jeśli ma odpowiednie uprawnienia. Generalnie dyżur rozpoczyna się od przygotowania i przejrzenia sprzętu, zapoznania się z zadaniami na konkretny dzień, a potem… czekanie w dyspozycji do podjęcia działań. I to tyle.

Najtrudniejsze akcje? Tych niosących ze sobą prawdziwe ryzyko jest chyba statystycznie mało?

Każde działania ratownicze niosą ze sobą ryzyko. Zanim ratownik rozpocznie pełną samodzielną działalność, musi przejść wiele szkoleń i treningów – i trwa to kilka lat. Podstawowym elementem wspólnym tych szkoleń jest opanowanie techniki i taktyki działań ratowniczych, ale przede wszystkim nabycie umiejętności oceny ryzyka działań. Oczywiście każdy lot śmigłowca w Tatry, czy wyjście w zagrożeniu lawinowym niesie za sobą dużo większe niebezpieczeństwo niż opatrywanie ran w Dolinie Chochołowskiej, ale zawsze są to świadome decyzje. Bierzemy pod uwagę możliwość zaprzestania działań ze względu na zbyt duże ryzyko dla ratowników i szukamy rozwiązań na takie sytuacje. Tego typu decyzje zawsze zapadają na miejscu działania w górach, a nie w ciepłej centrali, która w takiej sytuacji pełni raczej pomocniczą rolę. Ratownicy będący na miejscu zdarzenia wiedzą po prostu więcej.

I też popełniają błędy. Jakie najczęściej?

Błędów nie popełniają tylko ci, którzy nic nie robią, choć to akurat największy błąd… Każde poważniejsze działania – zwłaszcza gdy coś poszło nie tak, jak powinno – zawsze muszą zostać omówione, by w przyszłości tych ewentualnych błędów uniknąć. Akcję można przeprowadzić na różne sposoby. Nie oznacza to, że inny sposób jest błędem. Myślę, że nasz system jest dosyć szczelny i w odpowiednim czasie potrafi wyeliminować błędy jednostki. Ratownictwo górskie to przede wszystkim działanie zespołowe, a bezpieczeństwo zespołu zależy od wyszkolenia jednostki, wzajemnego zaufania i przyjaznej formy nieustannego sprawdzania siebie nawzajem.

W szeregi TOPR po raz pierwszy od 34 lat została przyjęta kobieta. Kobiety nie garną się do ratowania w górach, czy raczej TOPR do przyjmowania w swoje szeregi kobiet?

W naszej historii przysięgę złożyło chyba już 10 kobiet, a w ubiegłym roku okres stażu rozpoczęła kolejna koleżanka. Mało kobiet równocześnie wspina się, jeździ na nartach, zna topografię Tatr i przede wszystkim ma wystarczająco dużo czasu, by poświęcić na przykład w okresie stażu kandydackiego setki godzin na szkolenia i dyżury. Pojawił się też opór niektórych kolegów, ale myślę, że to już nie jest przeszkodą.

Jak układa się współpraca z innymi służbami? Kto od kogo się uczy?

Najbliżej współpracujemy z ratownikami słowackimi z HZS (Horská záchranná služba). To naturalne, bo każdego roku prowadzimy wspólne działania po obu stronach granicy. Myślę, że jest to przykład doskonałej współpracy ponad granicami. Współpracujemy oczywiście z Komendą Powiatową PSP w Zakopanem. Ważne było wypracowanie wspólnej procedury ewakuacji osób uwięzionych w kolejach linowych, których w naszej okolicy jest sporo. Współdziałamy na przykład ze specjalistyczną grupą ratownictwa wysokościowego PSP z Krakowa. Przez ostatnie dwa lata, w czasie remontu naszego śmigłowca, bardzo nam pomagało lotnictwo Policji. Zaowocowało to zresztą ciekawymi szkoleniami z policyjnymi jednostkami. TOPR oczywiście współpracuje też z innymi jednostkami ratownictwa górskiego na świecie. Uczymy się od siebie nawzajem, ale proszę mi wierzyć, że wśród fachowców mamy się czym pochwalić.

rozmawiała Elżbieta Przyłuska

Jan Krzysztof jest zawodowym ratownikiem górskim od 1983 r., funkcję naczelnika TOPR pełni od 18 lat.

fot. archiwum Jana Krzysztofa

Najczęstszy błąd to zła, nierealistyczna ocena własnych umiejętności i doświadczenia. Jeśli ktoś od lat jeździ w Tatry, ale tak naprawdę spędził w nich kilkanaście dni, nie ma de facto żadnego doświadczenia.