Ratownictwo i ochrona ludności

St. bryg. Włodzimierz Kapiec jest komendantem miejskim PSP w Piotrkowie Trybunalskim, członkiem Zespołu do spraw ratownictwa wodnego przy komendancie głównym PSP. Uprawnienia instruktorskie KDP/CMAS uzyskał w 1980 r. (obecnie M2). Od 1996 r. jest nurkiem-instruktorem MSW.

Cienka niebieska linia

Kategoria: Ratownictwo i ochrona ludności

O ewolucji ratownictwa wodnego w Państwowej Straży Pożarnej, roli nurków w tym procesie i profesji instruktora nurkowania w rozmowie ze st. bryg. Włodzimierzem Kapcem – komendantem miejskim PSP w Piotrkowie Trybunalskim, nurkiem-instuktorem MSW.

Ratownictwo wodne w PSP kiedyś opierało się głównie na grupach wodno-nurkowych, teraz coraz większy nacisk kładzie się na ratownictwo powierzchniowe. Czy jednostki PSP i OSP w KSRG są pana zdaniem odpowiednio przygotowane do prowadzenia działań ratowniczych na wodzie?
Bardzo dobrze, że wreszcie przesunęliśmy akcent z prowadzenia robót nurkowych na działania powierzchniowe. Samo życie pokazuje, że dużo więcej jest potrzeb stricte ratowniczych. System poszukiwań podwodnych i działań w akcjach długotrwałych, np. w trakcie powodzi, już całkiem nieźle rozpracowaliśmy. Ale jeśli chodzi o skuteczność działań ratowniczych na wodzie, to czeka nas jeszcze wiele pracy. Nie mamy żadnego wpływu na to, jak szybko zostaniemy zawiadomieni o zdarzeniu na wodzie, ale na czas reakcji i jakość naszych działań – już tak. Przede wszystkim musimy zrobić dobre rozpoznanie akwenów na swoim terenie chronionym. Powinniśmy znać czasy dotarcia do wszystkich miejsc, gdzie takie wypadki mogą się zdarzyć. Zwracam przy tym uwagę na jedną zasadniczą rzecz – w większości są to obiekty niestrzeżone, zwłaszcza w okresie zimowym. Jesteśmy służbą dyspozycyjną przez 24 godziny na dobę i to przez wszystkie sezony roku. To na PSP i KSRG ciąży obowiązek tworzenia ratownictwa wodnego i podniesienia go na taki poziom, żeby ludzi zagrożonych wyciągać z wody żywych. A to nie jest takie proste.

Z jakością działań ratowniczych prowadzonych na wodzie bywa różnie. Nie każdy ze strażaków ma doświadczenie z takich akcji, nie każdy umie pływać, zresztą nie wprowadzono w PSP takiego wymogu.
Umiejętność pływania nie wszędzie jest koniecznością – są przecież powiaty, gdzie nie ma żadnych akwenów. Aby zostać przyjętym do służby w JRG w Piotrkowie Trybunalskim, trzeba m.in. przepłynąć dystans 50 m w czasie poniżej 90 s – ten wymóg wprowadziłem kilka lat temu. Zmusiła mnie do tego specyfika naszego obszaru chronionego – z licznymi ciekami wodnymi, zalewami Sulejowskim i Cieszanowickim. Ale nawet gdyby taki obowiązek został odgórnie narzucony – na przykład od 1 stycznia br. wszyscy nowo przyjęci do służby strażacy muszą umieć pływać – nie nastąpi żadna rewolucyjna zmiana. Bo co z resztą strażaków? Z tymi, którzy służą 10, 15 czy 20 lat? Może i niektórzy z nich nauczyliby się pływać, ale ilu zostanie dobrymi ratownikami? Nie chodzi przecież tylko o to, żeby umieć pływać, lecz by pływając, umieć ratować.

Co najbardziej przeszkadza w podwyższeniu poziomu przygotowania jednostek PSP do prowadzenia działań ratowniczych na wodzie? Na czym należałoby się skoncentrować?
Najtrudniej jest tak zorganizować pracę JRG, by na każdej zmianie służbowej znaleźli się ratownicy, którzy w każdej chwili podejmą te same działania na takim samym poziomie. I nie mówię tu tylko o ratownictwie wodnym. W Piotrkowie mamy jedną JRG, tak jak w wielu innych miastach czy powiatach. A to oznacza, że każdy strażak, który w niej służy, musi umieć gasić pożary, udzielać kwalifikowanej pierwszej pomocy. Niezależnie od tego duża część strażaków jest włączona do specjalistycznej grupy ratownictwa chemiczno-ekologicznego i specjalistycznej grupy ratownictwa wodno-nurkowego. Na jednej zmianie służbowej mamy 31 strażaków, 19 pełni codziennie służbę [siedemnastu w podziale bojowym, dwóch w MSK – przyp. red.], ale to wcale nie znaczy, że na każdej z tych zmian każdego dnia potencjał ratowniczy jest taki sam. Ilościowo tak, ale pod względem kwalifikacji strażaków, już nie. Strażak wyspecjalizowany na przykład w ratownictwie wodnym ma w miesiącu siedem służb. Jeśli pracuje co trzeci dzień (24/48), a służby przeplatane są tzw. służbami wolnymi (urlop, wyjazdy na szkolenia, choroba), na służbie jest on jeszcze rzadziej. Załóżmy, że jeden strażak ma uprawnienia stermotorzysty lub sternika motorowodnego, drugi młodszego nurka, jeszcze inny obsługuje poduszkowiec – dobrze by ludzie z takimi kwalifikacjami znaleźli się na każdej zmianie. Ale takiej konfiguracji nie daje się zachować na wszystkich zmianach i we wszystkie dni miesiąca. Dojście do poziomu, w którym na każdej zmianie będę miał zawsze fachowców w danej dziedzinie jest możliwe, ale to długi i powolny proces, na dodatek ciągły, bo ludzie odchodzą ze służby razem ze swoimi kwalifikacjami.

Przesunięcie akcentu na ratownictwo powierzchniowe ma swoje konsekwencje chociażby dla nurków – mniej wydatków na sprzęt do nurkowania, mniej szkoleń, zgrupowań nurkowych. Jak w tym procesie właściwie wykorzystać potencjał grup wodno-nurkowych?
Kiedy w PSP wdrażano ratownictwo medyczne, strażacy doszkalali się w szkołach medycznych, a do straży przyjmowani byli ratownicy medyczni. Zależało nam na tym, by mieć liderów, którzy pociągną tę specjalizację. Strażacy ze specjalistycznych grup ratownictwa wodno-nurkowego są właśnie takimi liderami w ratownictwie wodnym. Członek SGRWN to nie tylko nurek. To zwykle omnibus – znakomicie pływa, ma uprawnienia ratownika wodnego, sternika motorowodnego, szkolenie ratownicze na wodach szybkopłynących i powodziowych, uprawnienia do obsługi urządzeń wysokociśnieniowych (sprężarek) i prawo jazdy kategorii C oraz E do C (na holowanie przyczep), większość umie prowadzić poduszkowiec. Nurkowie mają wiedzę i umiejętności, których nam potrzeba, by rozwijać ratownictwo wodne na poziomie podstawowym.

Trwają prace nad aktualizacją Zasad organizacji ratownictwa wodnego w krajowym systemie ratowniczo-gaśniczym. Jakie zmiany powinny się w nich znaleźć?
Naszym najważniejszym celem jest skrócenie czasu reakcji w przypadkach tzw. nagłych zdarzeń, co wiąże się ze zmianą patrzenia na działalność nurka i jego przydatność w działaniach ratowniczych. Proces zmiany powinien zmierzać do tego, by wsparcie ratownictwa powierzchniowego zawsze stanowił tzw. lekki nurek, który zareaguje w sytuacji, gdy człowiek znika pod wodą, tonie łódź. Lekki nurek daje nam dużo większe szanse na uratowanie zagrożonej osoby. Proszę sobie wyobrazić, że strażacy przyjeżdżają na miejsce zdarzenia ze środkami ratowniczymi, np. rzutką czy kołem ratowniczym, a ofiara znika pod powierzchnię wody. Rozpoczynają więc poszukiwania powierzchniowe przy pomocy łodzi. I co? To nie do końca jest profesjonalne. W tej ekipie musi być nurek-ratownik, który natychmiast zareaguje adekwatnie do sytuacji.

Nurek do działań pod wodą musi się odpowiednio przygotować – założyć skafander, butle, maskę. To zajmuje przynajmniej kilka minut. Jak przyspieszyć jego włączenie się w akcję?
Zależy nam na tym, by nurek mógł dobrać sobie sprzęt i zadziałać tak, jak sytuacja tego wymaga, żeby wytycznymi nie były tylko i wyłącznie zasady bhp. Bo jeżeli on musi w każdej sytuacji założyć np. suchy skafander i maskę pełnotwarzową, wykonać zanurzenie kontrolne, to nie ma możliwości, by niezwłocznie udzielić pomocy. Należałoby więc korzystać ze sprzętu, który ma do dyspozycji i dać możliwość użycia własnej sprawdzonej w praktyce konfiguracji. Inaczej działa się na akwenie o głębokości 15– 20 m, który ma przejrzystość 4-5 metrów, a inaczej w sadzawce o dwumetrowej głębokości, w której zupełnie nic nie widać. Obszary, na których działamy, są skrajnie różne, więc ustawienie tylko jednego modelu ratowniczego i jednego modelu sprzętowego nie zawsze się sprawdza, a nam wiąże ręce. Czasami wystarczy, jeśli nurek-ratownik w sytuacji ratowniczej dojedzie na miejsce zdarzenia w ubraniu nurka z automatem i jedną butlą – będzie mógł natychmiast rozpocząć działania. Wtedy jest jeszcze szansa, że uratuje człowieka. Przy takich rozwiązaniach czasami przeszkadzają wdrażane na szkoleniach schematy działania, zasady bhp itp. Linia ratownictwa powierzchniowego i ratownictwa nurkowego w takim wydaniu, o jakim tutaj mówię, jest bardzo cienka.
Stosuje się przecież odstąpienie od zasad uznanych za bezpieczne. Oczywiście, stosuje się i to nie raz. To pokazuje, że nie jesteśmy skostniali w tym, co robimy. Ale zawsze pozostanie dylemat, czy wysłać nurka-ratownika do zadania, które wiąże się z narażeniem życia. Tak samo jest, gdy nasi ratownicy wchodzą w strefę zadymienia podczas pożarów. To są bardzo podobne sytuacje. O lekkim nurku można mówić tylko w kontekście ratownictwa, bo gdy prowadzimy akcje poszukiwawcze czy humanitarne, wszystkie zasady bezpieczeństwa, o których mówimy na kursach, są święte. Prawda jest też taka, że chociaż w trakcie szkoleń przywiązujemy do nich bardzo dużą wagę, strażacy-nurkowie po powrocie do jednostki już niekoniecznie – a to nie założę maski, bo to uciążliwe, a to sobie odpuszczę łączność podwodną… To niestety zła praktyka. Nie po to uczymy zasad bhp i korzystamy z profesjonalnego sprzętu, by dodatkowo czymś obciążać ratowników, lecz żeby nurek, który pracuje pod wodą, miał zapewniony najwyższy poziom bezpieczeństwa i komfort pracy. 

Ratownictwo powierzchniowe realizowane jest na szkoleniu podstawowym, ale to zaledwie liźnięcie tematu. I nagle strażacy mają być ratownikami wodnymi. Czy są wystarczająco przeszkoleni?
Życie pokazuje, jak czasami wyglądają nasze akcje. Strażacy, którzy przychodzą do JRG, nie mają żadnego doświadczenia, trzeba ich doszkolić. I tutaj wrócę do nurków. Każda specjalistyczna grupa ratownictwa wodno-nurkowego (SGRWN) ma swój własny program szkolenia doskonalącego i jeśli on jest dobrze skonstruowany, obejmuje wszystkie aspekty ratownictwa wodnego, w tym ćwiczenia na wodach otwartych, rzekach, akwenach zalodzonych z użyciem sprzętu ratowniczego. Strażacy z tych grup mają dużo do zrobienia na zmianach służbowych, mogą dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem z innymi strażakami. Obserwuję, że na tej zmianie służbowej w JRG, na której jest więcej nurków-ratowników, podnosi się poziom realizacji zadań związanych z ratownictwem powierzchniowym. Na nich powinno opierać się doskonalenie zawodowe w tej specjalizacji. Bardzo ważna jest też współpraca z innymi organizacjami ratowniczymi, np. z WOPR-em, a zwłaszcza pozyskiwanie wiedzy od ratowników wodnych. Chcą się nią z nami dzielić. Nasi strażacy bez specjalizacji wodno-nurkowej nie mają takich umiejętności i doświadczenia, takiej biegłości w ratownictwie wodnym, jak WOPR-cy. Nie musimy więc wyważać otwartych drzwi. Rozwiązaniem problemu jest współpraca oraz wdrażanie wiedzy i doświadczenia innych w trakcie naszych szkoleń doskonalących.

Do prowadzenia działań w zakresie ratownictwa wodnego uprawnione są też prywatne podmioty, które uzyskały zgodę ministra spraw wewnętrznych. Czy na waszym obszarze działają takie grupy ratownicze?
Mamy jedną grupę ratowniczą, która uzyskała zgodę ministra spraw wewnętrznych na prowadzenie działań w zakresie ratownictwa wodnego. Jej członkowie zwrócili się do mnie, jako komendanta miejskiego PSP, z propozycją podpisania z nimi umowy o współpracy. A ponieważ wprowadzamy teraz naszych strażaków w ten system szybszy – ratowniczy, to jedno z pierwszych pytań, które im zadałem, dotyczyło czasu reakcji. Okazało się, że na miejscu zdarzenia mogą pojawić się w trakcie dwóch godzin.Ale dla nas to żadna pomoc ratownicza, bo co można zrobić po takim czasie? Podmiot uprawniony do wykonywania ratownictwa wodnego byłby przydatny przy długotrwałych akcjach poszukiwawczych, powodziowych, połączonych z ewakuacją ludzi i mienia. Widzę też możliwość współpracy w zakresie szkoleniowym - wymiany doświadczeń, wspólnych ćwiczeń.

Środowisko nurków jest podzielone, różne są szkoły nurkowania. Na czym polegają różnice w wyszkoleniu nurków cywilnych i nurków MSW?
Nurkowie-ratownicy trochę inaczej patrzą na specyfikę nurkowania, chociaż my także z amatorskiego nurkowania się wzięliśmy. Zasadnicza różnica polega na tym, że nie szkolimy tylko wtedy, gdy woda ma 22-25ºC, jest ciepło i przyjemnie. Proszę sobie wyobrazić, że nurek wyszkolony w takich warunkach, któregoś dnia ma wejść pod lód. Zupełnie inaczej zachowuje się człowiek w zmrożonym skafandrze, któremu automaty mogą za chwilę zamarznąć, który ubiera się w niskiej temperaturze, wchodzi do lodowatej wody i musi reagować na zupełnie inne zagrożenia.

Strażacy, którzy przychodzą na kurs młodszego nurka MSW, nie buntują się przed odbywaniem szkoleń zimą?
Odnoszę czasem wrażenie, że są lekko zaskoczeni. Nie raz pojawiały się głosy, dlaczego nurkujemy w grudniu, a nie w czerwcu. Szkolenia, które prowadzimy w listopadzie, grudniu czy marcu, to zupełnie inne wyzwanie, zarówno dla nurka, jak i instruktora. Poznaje się wtedy ludzi. Liczą się niuanse – umiejętność ubierania się w skafander suchy, odporność na zimno i trudne warunki hydro-meteorologiczne. Kursanci różnie na to reagują. Zawsze podkreślam na końcu szkolenia, że ci, którzy je kończyli w tych zimnych miesiącach, dadzą sobie radę w każdych warunkach. A przecież nurek MSW ma być przygotowany do działań przez 24 godziny przez wszystkie dni w roku, niezależnie od pogody. Jest to też przygotowanie do nurkowania w zimnej wodzie w okresie letnim. W Polsce przeważają jeziora polodowcowe, w których woda poniżej 10 metrów ma + 4 – 6°C.
Dokłada się też chyba starań, by te niedogodności szkoleniowe przynajmniej w minimalnym stopniu zredukować? Na platformach w Bornem-Sulinowie widziałam pomieszczenia, w których można się schować przed zimnem czy wiatrem.
Obserwowałem w telewizji nurkowania na Biegunie Północnym. Pięknie to wyglądało, bo przeręblą stał duży ogrzewany namiot, w którym nurkowie chodzili w lekkich ocieplaczach i dopiero przed wejściem do wody w idealnych warunkach (+ 20°C) przygotowywali się do nurkowania. I namiastkę tego mamy w Bornem-Sulinowie. Co prawda nie są to namioty, ale pomieszczenia na platformach też są ogrzewane. W gruncie rzeczy nie chodzi tylko o komfort nurka, lecz także o sprzęt. Podczas niskich temperatur wszystkie gumowe części przestają być elastyczne – łatwo wtedy uszkodzić manszety skafandra suchego, bardzo łatwo można też doprowadzić do zamarzania automatów, co skutkuje niekontrolowanym wypływem powietrza z butli. Przekazujemy tą wiedzę szkolonym nurkom, by nie narażali swojego zdrowia i życia, nie niszczyli drogiego sprzętu.

Z czym początkujący nurkowie mają największe problemy w trakcie szkoleń? Najtrudniejsze elementy, które muszą przyswoić?
Nurek wyszkolony na poziomie P1, na przykład płetwonurek KDP/CMAS lub innej organizacji nurkowej, musi być dziś bardzo solidnie przez nas ukształtowany. Nurkowie amatorzy są teraz dużo gorzej wyszkoleni niż kilka lat temu. Nurkowanie w nocy i nawigacja podwodna była kiedyś standardem, a dziś często realizuje się je na odrębnych szkoleniach. Takie braki, z którymi trafiają do nas kandydaci na młodszych nurków MSW, znacznie utrudniają nam pracę, bo zamiast realizować poszczególne elementy szkolenia, musimy wyrównywać ich poziom nurkowy, a przez to tracimy cenny czas. Tak naprawdę powinni oni przechodzić odrębny kurs przygotowujący do szkolenia na młodszego nurka. Największym przeskokiem w technice nurkowej jest używanie suchego skafandra, zestawu dwubutlowego i maski pełnotwarzowej z łącznością. Kiedy nurek założy taki zestaw pierwszy raz, czuje się jak okuty w lekką zbroję, dla niektórych jest to pewien dyskomfort. Jesteśmy jedyną dużą grupą zawodową, która używa maski pełnotwarzowej. Pomijam nurków z Marynarki Wojennej, bo oni używają specjalnych hełmów wykorzystywanych przez nurków głębinowych, z którymi nie możemy się w żaden sposób porównywać. Ale nurkowie z Policji, BOR-u, TOPR-u czy nurkowie amatorzy pytają o nasze doświadczenia w tym zakresie. Program szkolenia dla tej maski stworzyliśmy my – strażacy-instruktorzy.

Czy szkolenia, które przechodzą nurkowie, są pana zdaniem optymalne? A jeśli nie, co należałoby w nich zmienić?
Nie są, ale instruktorzy już to dostrzegają. Od września ubiegłego roku propozycje zmian w programach szkolenia na młodszego nurka, nurka i kierownika robót nurkowych MSW wypracowywały trzy zespoły. Na spotkaniu kadry instruktorskiej z zachodniopomorskim komendantem wojewódzkim i przedstawicielami Biura Szkolenia KG PSP w grudniu zeszłego roku padły już pierwsze propozycje. W programie szkolenia młodszego nurka chcielibyśmy położyć nacisk na ratownictwo, ale kosztem wyłączenia niektórych bardzo specjalistycznych robót nurkowych, jak na przykład cięcie podwodne – termiczne i hydrauliczne, które chcemy przenieś do programu nurka MSW. To samo z wyposażeniem. Proponujemy, by pójść w kierunku lekkiego nurka i szybkiej analizy tego, co dzieje się pod wodą.

W szeregach PSP jest podobno zbyt mało kierowników robót nurkowych. Czy czas oczekiwania nurka MSW na możliwość uzyskania takich uprawnień nie powinien być w miarę krótki, tak by w szeregach straży było ich więcej?
Ale ten czas jest krótki. I to właśnie nasz problem, że po kursie nurka można praktycznie natychmiast rozpocząć kurs kierownika robót nurkowych. Często bywa tak, że szkolę kogoś w październiku na nurka MSW, a on już w grudniu przyjeżdża na szkolenie na KRN. A ponieważ spełnia wszystkie wymogi, nie mogę go odrzucić. Nurek powinien jednak mieć jakiś staż nurkowy, zanim otrzyma uprawnienia KRN. Nurkowie tygodniowy kurs KRN zaliczają , ale z doświadczeniem jest u nich gorzej. Zdobywają je dopiero w akcjach, tylko że wówczas to już ćwiczenie na żywej tkance.

Czy w trakcie szkoleń często zdarzają się wypadki nurkowe? Jesteście przygotowani na takie sytuacje?
Trwają w KG PSP prace nad procedurą wypadku nurkowego. W trakcie szkoleń centralnych w Bornem-Sulinowie bazujemy na procedurze opracowanej wspólnie z kadrą ośrodka. Ponadto każde szkolenie zabezpiecza dwóch ratowników medycznych, którzy trenują z nami różne sytuacje awaryjne. Jeśli w trakcie szkolenia ćwiczymy na przykład ewakuację nieprzytomnego nurka z 15 metrów, ratownicy medyczni biorą w tym czynny udział, sprawdzamy czas reakcji, umiejętność współpracy nurków i ratowników medycznych. Jeśli faktycznie doszłoby do wypadku lub incydentu nurkowego, możemy w przypadku wątpliwości bardzo szybko skonsultować się z lekarzem z Krajowego Ośrodka Medycyny Hiperbarycznej w Gdyni, zadysponować LPR. Znamy postępowanie, wiemy, co w takich sytuacjach robić.

W jaki sposób PSP wspiera nurków-instruktorów w dalszym rozwoju? Jak utrzymać wysoki poziom wyszkolenia instruktorskiego?
Warsztat instruktorski to podstawa. Musimy mieć kontakt z innymi grupami czy federacjami nurkowymi, np. z Marynarki Wojennej, instruktorami KDP/CMAS itp., żeby poznawać ich rozwiązania. Przychodzimy jako instruktorzy z różnych środowisk nurkowych, jedni koledzy mają doświadczenie znad morza, inni śródlądowe, jeszcze inni działają na południu Polski. Nasze środowisko nie jest jednolite, nie mamy standardu instruktorskiego. Każdy z nas sam przygotowuje zajęcia, opracowuje tematy, bazuje na własnych zasobach. Różnorodność i specyfika pozyskiwania stopni instruktorskich powoduje, że brakuje nam wspólnego głosu, by jednolicie przekazywać treści. Ja zrobię prezentację o cięciu podwodnym, kolega ma inną, tymczasem moim zdaniem powinniśmy pracować na jednej. Ja ten temat widzę tak, kolega inaczej – który z nas ma rację? Brakuje mi wyrównania naszego warsztatu, jednolitych i spójnych pomocy naukowych, prezentacji, skryptów. Oczywiście każdy z nas sięga po lektury, doszkala się indywidualnie, ale to jest zbitka wszystkiego, różnych szkół nurkowych, a my powinniśmy jako instruktorzy mówić jednym głosem. To nie jest z mojej strony zarzut, tylko potrzeba ujednolicenia tego podstawowego przekazu.

Każdy z instruktorów ma inne doświadczenie. Nie da się go idealnie ujednolicić.
Doświadczenie jest ważne i nie mówię, by z niego zrezygnować. Chodzi mi tylko o to, by zrąb przekazywanych treści był jednolity. Jeśli prowadzę zajęcia z hydrologii czy z technologii wydobywania małych przedmiotów, to powinienem pobierać materiały do zajęć z pomocy ogólnej, obowiązującej nas wszystkich, wspólnie ustalonej i skonsultowanej. Ale zajęcia dopełniam doświadczeniem, dzielę się nim. Mogę powiedzieć: „Słuchajcie nurkowie, to jest w programie, muszę was z tym zapoznać i wam to przekazać, ale doświadczenie w tym zakresie mam takie…”.

Wy jako nurkowie-instruktorzy najlepiej znacie się na tych tematach. To chyba w waszej gestii leży opracowanie takich materiałów? Nikt lepiej tego nie zrobi.
Oczywiście, to leży w gestii instruktorów. Trudno nam jednak te materiały zebrać, skonsultować. Pracujemy na co dzień w różnych częściach kraju, a na poszczególnych szkoleniach spotyka się nas sześciu, czyli jedna czwarta wszystkich instruktorów. Należałoby nas zebrać roboczo, niech każdy opracuje wybrany temat, przygotuje konspekt, prezentację, przedyskutuje ten materiał z innymi. Uczestnik kursu nie może opuszczać zajęć zdezorientowany. Nie chcę wsadzać kija w mrowisko, ale koledzy instruktorzy wiedzą, że mamy w wielu kwestiach różnice zdań i według mnie powinniśmy to poprawić, zmienić.

Nie każdy nadaje się na instruktora, nawet jeśli ma doskonałe wyszkolenie i uprawnienia. Jakich cech charakteru nie powinno zabraknąć nurkowi-instruktorowi?
Instruktor – niezależnie od dziedziny, w której szkoli – to człowiek, który zna swoją wartość, ma dużą wiedzę, ale przede wszystkim umie ją przekazać. Znam kolegów, którzy mają z tym kłopot. Są doskonałymi fachowcami, ale kiedy przychodzi im stanąć naprzeciwko grupy słuchaczy kursu nurkowego, nie radzą sobie. Zdecydowanie wolą nurkować. A na kursie nurka mamy już partnerów nurkowych, nie młokosów, którzy nic nie wiedzą.

Co jest najważniejsze w byciu profesjonalnym instruktorem?
Wiarygodność. Dobrze, żeby instruktor nie mówił: naprzód, tylko: za mną. To chyba podstawowa zasada, która pozwala przekonać ludzi i do sprzętu, i do siebie. Mówię to z własnego doświadczenia. Jednym z najtrudniejszych elementów, które ćwiczymy pod wodą jest wymiana maski pełnotwarzowej na maskę nurkową. Ćwiczymy to do bólu, ponieważ w razie awarii maski pełnotwarzowej jedynym wyjściem jest zrzucenie jej i użycie zapasowego automatu. Kilka razy zdarzyło mi się, że nurkowie, których szkoliłem, mieli z tym problem, nie mogli się przełamać. To wynikało z warunków „zimnej wody”, niedoszkolenia nurka, ze strachu przed odrzuceniem źródła powietrza. Jeden z chłopaków w żaden sposób nie był w stanie wykonać tego ćwiczenia. Próbowaliśmy na basenie, pół metra pod platformą, przekonywałem go i śmiechem, i groźbą, nic nie pomagało. Stwierdziłem, że nie ma innego sposobu, jak tylko wejść z nim pod wodę i pokazać mu to na własnym przykładzie. Nie było to moim obowiązkiem, bo jako instruktor mam obserwować, co dzieje się pod wodą, zabezpieczać. Ale nie widziałem innego sposobu. Zrobiłem to kilkakrotnie i ten chłopak się przełamał. To nas odróżnia od innych szkoleń, że tam pod wodą znikają stopnie, znika hierarchia, możemy liczyć tylko na siebie, tworzy się zupełnie inna więź.
Instruktor nie powinien unikać konfrontacji z uczestnikami szkolenia?

Nie trzeba być wyłącznie teoretykiem, czasami dobrze jest pokazać to, o czym się mówi. Bo po tej drugiej stronie są pewne oczekiwania: „Teoretycznie to wiesz, ale zejdź ze mną…”. I jeśli instruktor nie obawia się takich rozwiązań, inna jest siła jego oddziaływania. Zresztą kursanci po szkoleniu znają naszą wartość, to się widzi i czuje – czy w ich oczach byłem tylko figurantem z pagonami, czy prawdziwym instruktorem. Ja przede wszystkim dążę do tego, by ludzie, których wypuszczam ze swoich rąk, mieli poczucie dobrego przygotowania, by nie zawahali się, gdy trzeba wyciągnąć rękę i kogoś uratować, nawet ryzykując własne życie.

rozmawiała Elżbieta Przyłuska

 

St. bryg. Włodzimierz Kapiec jest komendantem miejskim PSP w Piotrkowie Trybunalskim, członkiem Zespołu do spraw ratownictwa wodnego przy komendancie głównym PSP. Uprawnienia instruktorskie KDP/CMAS uzyskał w 1980 r. (obecnie M2). Od 1996 r. jest nurkiem-instruktorem MSW.

fot. Marcin Wajdyk